literacki

Zacznijmy w ten sposób: dlaczego zdecydowałaś się napisać książkę?

Zawsze lubiłam pisać. Odkąd nauczyłam się komunikować za pomocą pisma, lubiłam w ten sposób wyrażać swoje myśli. Pisałam, bo wtedy łatwiej było mi zrozumieć i uporządkować świat wokół. Były wiersze, były pamiętniki, były opowiadania. Szkoła chyba przyćmiła tę moją pasję. Przez cały okres edukacji nikt, dosłownie nikt nie zainteresował się tym, że piszę. Owszem, miałam dobre stopnie za wypracowania, ale to dwie różne sprawy. Zresztą jakoś tak się zdarzyło, że nauczyciele widzieli we mnie raczej ścisłowca. Do trzeciej klasy szkoły średniej byłam przekonana, że wyląduję na studiach matematyczno-fizycznych. Dopiero w trzeciej klasie trafiła do naszej klasy jako nauczycielka języka polskiego młodziutka „profesorka”. Tak mnie porwała swoją pasją, że z dnia na dzień zmieniłam zdanie i zaczęłam się przygotowywać do egzaminu na filologię polską. Dziś wiem, że nie jest to kierunek dla ludzi, którzy chcą rozwijać swoje zdolności twórcze. Owszem było to piękne 5 lat. Dla prowincjuszki z małego miasta w czarownym Wrocławiu – szkoła życia. Potem przyszedł czas na rodzinę i o pisaniu właściwie zapomniałam. Ale widocznie to nie umarło, tylko poczekało sobie we mnie. I po prostu przyszedł taki dzień, że otwarłam komputer i zaczęłam pisać. Skończyłam pierwszą książkę dzięki wsparciu męża, który nie pozwolił mi zarzucić pomysłu i bardzo mnie wspierał.

 

Od czego zacząć? Jak to było w Twoim przypadku?

Ponoć najważniejsze jest pierwsze zdanie. I chyba tak jest naprawdę, bo swoje poprawiłam wielokrotnie. Ja piszę nazwijmy to –  spontanicznie. Po prostu otwieram komputer i wtedy w głowie uruchamia mi się to wszystko. Oczywiście robię sobie jakiś wstępny zarys , który i tak bierze w łeb, gdy zaczynam składać słowa. Wtedy już postaci żyją swoim życiem. Same wiedzą, co zrobić i jak. Same mówią. Czasami mam wrażenie, że one właściwe same się tworzą, a ja jestem tylko narzędziem w całym tym procesie.

Timeless_Books

 

Skąd czerpałaś inspirację?

Choć pierwsza książka, którą wydałam – „Wiccanka” – jest oparta w całości na wymyślonej fabule, to jednak na pewno w pewien sposób wyraża moje spojrzenie na świat. Nie wierzę w to, że osoba pisząca jest do tego stopnia w stanie narzucić sobie kreację, że odgradza ją ona od własnych doświadczeń, poglądów czy przekonań. Każda książka zdradza autora. Tylko trzeba dobrze czytać. Więc odpowiem chyba najprościej, jak można – inspirację brałam z życia. A później z wiary męża w moje umiejętności. Bo bez jego wsparcia pewno nigdy pisać pierwszej książki bym nie skończyła.

 

Jak długo trwała Twoja praca nad książką?

Napisałam ją stosunkowo szybko. O ile pamiętam w miesiąc – siedząc nocami nad klawiaturą komputera. Potem zmęczyła mnie i zostawiłam ją taką prawie skończoną, ale niedokończoną. Po kilku miesiącach przeczytałam to, co napisałam, uznałam, że dalej mnie bawi i skończyłam. Pamiętam noc, gdy kończyłam pisać ostatnie strony. To było naprawdę niezapomnianie uczucie!

 

Jak to w ogóle wyglądało? Opowiedz, krok po kroku!

Może opowiem, jak wyglądała praca nad kolejną książką i jak wygląda nad trzecią – dopiero się piszącą. Bo to chyba będzie bardziej interesujące z punktu widzenia technicznego. Po pierwszej „Wiccance” sporo się nauczyłam. Po pierwsze, do drugiej części dobrze się przygotowałam. Gdy pisałam „Wiccanka. Inkluzja”, najpierw dużo czytałam. Chciałam, gdy już zasiądę przed komputerem i to coś we mnie się uruchomi, mieć wiedzę, by potem historia się ładnie pisała. Postanowiłam sobie, że na pisanie wykorzystam wakacje. Pojechaliśmy z rodziną nad Morze Bałtyckie i to właśnie tam napisałam część drugą ”Wiccanki”. Wyglądało to tak, że wstawałam bardzo wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali. Wtedy pisało mi się najlepiej. Wkoło była cisza, piękne widoki, a ja sobie siedziałam na werandzie i słyszałam szum morze, bo byłam od niego dosłownie kilkanaście metrów. To jedno z najmilszych wspomnień w moim życiu, jeśli chodzi o pisanie. W ciągu dnia udawało mi się wyrwać na pisanie godzinkę – dwie, gdy rodzina miała poobiednią sjestę, no i zostawał wieczór. Nocne pisanie nie wchodziło w grę, bo na zewnątrz zjadłyby mnie komary, a wewnątrz budziłabym wszystkich. No i udało się. Wracałam z gotową książką. W domu przyszedł ten mniej przyjemny moment redakcji tekstu, poprawek, weryfikacji. Prosiłam też znajomych o opinie i dawałam im wydruki do czytania i oceny. Teraz książka czeka na wydanie. A ja piszę kolejną. Tu jednak narzuciłam sobie kolejną zasadę wynikającą z doświadczenia. Nie siądę przed komputerem bez dokładnego rozpisania sobie wątków. O ile pierwsza „Wiccanka” była stosunkowo prosta jeśli chodzi o fabułę, o tyle w „Wiccance. Inkluzja” tych wątków trochę było i akacja była dość skomplikowana. Bez planu wiele rzeczy musiałam sprawdzać, wracać do nich, szukać, a to spowalniało pracę. W tej chwili – jeśli chodzi o część trzecią serii – jestem już po tak to nazwijmy zebraniu dokumentacji do książki. I pisze mi się ona w głowie – jej plan. Mam już pomysł, mam fabułę. Teraz muszę znaleźć dobry moment, by siąść i pisać. Może uda mi się jesienią wygospodarować trochę czasu.

 

Co byś poradziła tym, którzy się zabierają do pisania książek?

Życzyłabym im wytrwałości, konsekwencji, wiary w siebie. Nie słuchajcie, co mówią inni! Albo inaczej, słuchajcie, ale wyciągajcie swoje wnioski. A najgorsi są niespełnieni pisarze, tacy co to też by mogli, ale… Pamiętam, ile przykrości w pierwszej chwili sprawiła mi koleżanka, która  należy do tej grupy. Więc ta koleżanka, chcą mi dokuczyć, na jednym z mediów społecznościowych zamieściła wpis o pisarzach grafomanach. Wiem też, że opowiadała takie rzeczy na temat moje twórczości znajomym. Nigdy oczywiście nie powiedziała mi tego w twarz. Ale uczucie przykrości to była chwila. Potem sobie pomyślałam, że nikt mi nie zabierze tego, że piszę, że daje mi to wielką radość, że chcę to robić nadal i uczę się tego. I tak myślę, że może to budzić zawiść. Ale to nie mój problem. I nie powinien to być problem żadnego piszącego. Natomiast nie polecam piszącym – żadnych kursów czy warsztatów pisania. Najlepiej ćwiczy się i język, i wyobraźnię, pisząc. Po prostu.

 

Może podpowiesz na co zwracać uwagę, czego unikać i jak można się nauczyć więcej na ten temat?

Nie chciałbym się wymądrzać, bo napisałam dopiero trzy książki, czwartą kończę, a piątą mam w głowie (dwie nie są z  serii „Wiccanka”). Więc wiem tylko tyle, ile mogłam się nauczyć w tym czasie. Może zatem napiszę tutaj tak: pamiętajmy  – młodzi twórcy. Młodzi oczywiście stażem. Piszemy dla siebie. Czytelnicy będą czy nie, piszemy dla siebie. Jeśli sprawia nam to radość i przyjemność i jeśli dzięki temu się wyrażamy, róbmy to. Ale jeśli ma to być źródłem stresu i rozczarowań, dajmy sobie spokój. Początkujący twórcy są wbrew pozorom w bardzo dobrej sytuacji. Oni jeszcze nic nie muszą. Chcą, piszą. Nie chcą, nie piszą. Słyszę o umowach z wydawnictwami, które narzucają, że trzeba w ciągu roku napisać na przykład 2-3 książki w ramach umowy… Moim zdaniem pisanie pod presją, po prostu zabija talent. Prowadzi do pewnej sztampy. A przecież w pisaniu chodzi o coś innego. Nie zaprzęgnie się ptaka do karety, bo ani ona nie pojedzie, ani ptak nie będzie latał.

old-70613_640 

No właśnie, jak to było z wydawcą? Łatwo znaleźć wydawcę jeśli się debiutuje?

Nie, nie jest łatwo. U mnie był to chyba raczej przypadek.

 

Ostatnie pytanie: czy pisarzem się rodzi, czy zostaje?

Zdecydowanie zostaje. To jest trudna praca. Osobiście nie nazwałabym się jeszcze pisarką. Tak na marginesie zresztą – zauważyłeś, że słowo pisarz brzmi poważniej niż pisarka. Wracając do odpowiedzi – człowiek rodzi się z pewnymi umiejętnościami, ale tylko wtedy jeśli je pielęgnuje, pracuje nad nimi – coś z tego powstaje. Nie wierzę w takie mity, że ktoś siada nad kartką papieru i pisze arcydzieło. Pisarz to moim zdaniem przede wszystkim  – na początku talent, a potem doświadczenia i praca. Te doświadczenia są bardzo ważne.

A na koniec, jako że mamy tutaj Weekend Literacki, a wczoraj był Dzień Czytania Trylogii Henryka Sienkiewicz – mała puenta. Nie wiem, czy wiesz, jak powstała Trylogia? Sienkiewicz pisał ją w trudnej sytuacji rodzinnej. Jego żona chorowała i potrzebował pieniędzy. Właściwie można powiedzieć, że napisał tę fantastyczną serię dla pieniędzy. Już wtedy był znany. Przede wszystkim jako dziennikarz. Popularność przyniosły mu jego Listy z podróży do Ameryki, gdzie pojechał z Heleną Modrzejewską. Stał się po nich – można powiedzieć celebrytą. Ale wcześniej różnie bywało. Jego pierwsze utwory były odrzucane. Nie porzucił jednak pasji. Powoli i konsekwentnie szedł swoją ścieżką i pisał. I już jako celebryta wydał „Ogniem i mieczem” w odcinkach. Publikowały je dwa znane czasopisma. Rozpoczęła się narodowa histeria. Sienkiewicz był na ustach wszystkich. Jego książką żyła cała Warszawa i prowincja. „Potop”  – druga część „Trylogii” już tylko utwierdził jego pozycję. „Pan Wołodyjowski”  – pisany z wielkim trudem i wysiłkiem ze strony Sienkiewicza, a nawet powiedziałabym z niechęcią, był już odpowiedzią na zamówienia publiczne. Tego od niego oczekiwano. Sienkiewicz był i jest najbardziej znanym polskim pisarzem. Jego książki tłumaczone są na wszystkie języki świata i od ponad 200 lat się sprzedają. Jak pisał Gombrowicz, „nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego”.   Przykre, że wyrzucono „Trylogię” z kanonu lektur szkolnych. Ale to już na marginesie. Przykład Sienkiewicza podałam, by pokazać, że nic nie przychodzi samo i przypadkiem. I zakończę Sienkiewiczem: „Ale gdy pożyjesz dłużej, poznasz, że gdy ktoś chce czegoś na świecie dokazać, temu nie wolno ni własnej, ni cudzej słabości folgować, nie wolno większych spraw dla mniejszych poświęcać”.

Życzę wszystkim pisarzom i piszącym powodzenia.

.

Rozmawiała Katarzyna Zarówna

Komentarze