[…]Rady dla utalentowanych krawcowych można było znaleźć także w prasie. Największym powodzeniem cieszyła się bodaj cotygodniowa rubryka „Moda” w tygodniku „Przekrój”, w której felietony i projekty publikowała Barbara Hoff, kiedyś żona Leopolda Tyrmanda. W końcu lat siedemdziesiątych Hoff, która powie później, że chciała nie tylko podpowiadać Polsce, jak się ma ubierać, ale sama tę Polskę ubierać, założyła Hoffland, absolutny ewenement dobrego stylu w krajach obozu socjalistycznego.

Jej sprzedawane w Domach Towarowych Centrum ciuchy cieszyły się ogromnym powodzeniem i na długi czas zawładnęły gustami przede wszystkim Polek. Niestety, szczęściarzy, którzy zdołali się dopchać do półek, było niewielu. Ciuchy z Hofflandu cieszyły się zresztą dobrą sławą również poza Polską. Nie tylko one, bratnie narody Związku Radzieckiego i innych krajów socjalistycznych zazdrościły nam też wyrobów przemysłu kosmetycznego. Gdy w Moskwie zorganizowano wystawę pod hasłem „Wyprodukowano w Polsce”, podczas której Pollena i Uroda rozdawały próbki swojej produkcji, mieszkanki Moskwy przypuściły na te dwa stoiska regularny szturm. Zwiezione do stolicy Związku Radzieckiego zapasy szybko się wyczerpały i trzeba było ściągać z Polski uzupełnienie. Breżniew powiedział później Gierkowi z przekąsem: „Wzbogaciłeś się Edward, zaczynasz czynić prezenty moskwiczankom”.

Edward Gierek

Nie sposób zaprzeczyć, że nagle w Polsce zrobiło się, nieomal, światowo. „Gdzieś tak koło 1974 roku, urządzając w domu imprezę, przy odrobinie szczęścia mogłem mieć na stole: do picia luksemburskiego szampana, francuskie brandy, piwo w puszkach, bywało że i Heinekena, oczywiście colę, kawę Select, herbatę Twings, aha, jeszcze pomarańczowy soczek Dodoni” – wspominał w książce „Bananowy song” Krzysztof Masłoń, później znakomity dziennikarz działu kultury „Rzeczpospolitej”. Ale jednak było „nieomal światowo”, przy czym „nieomal” czyniło różnicę. Sporą. „Oczywiście wszystko to mieć mogłem, ale po pierwsze – nigdy razem, bo albo jednego artykułu nie było, albo drugiego, a po drugie – za ile. Z innymi wiktuałami było identycznie: o tym, że dogoniliśmy świat, przekonywać miały kawiorowe pasty i puszki z zupą rekina, na które – jak wiadomo – zapotrzebowanie na Mazowszu i Podlasiu było niebywałe. W Warszawie przestały być na krótko rarytasem solone orzeszki, czekolada z orzechami, a i paczkowana krojona szynka konserwowa (kupno puszki Krakusa niezmiennie uważano za uśmiech losu). A w kiosku, jeszcze bez specjalnych podchodów, kupowało się papierosy marlboro”.

Niestety, na ogół w sklepach brakowało nie tylko kawiorowej pasty i zupy z rekina. „Byłam u koleżanki w Goryszach, pow. Ciechanów. Cięli wtedy rzepak. Gospodyni była w rozpaczy, co dać na obiad ludziom. Doradziłam jej naleśniki z serem i zupę jarzynową. Odpowiedziała mi, że taki obiad mogą jeść ludzie w mieście – pisała w 1972 roku w liście do telewizji Irena J. z Warszawy. – Ludzie na wsi, ciężko pracujący od świtu do nocy, muszę jeść mięso i kiełbasę. Ponieważ w tamtejszej spółdzielni w Chotomiu nie było nic, wybrałam się do Ciechanowa (6 km autobusem). W trzech tamtejszych sklepach nie znalazłam ani kawałka kiełbasy, choćby tej najtańszej zwyczajnej. Moim zdaniem rolnikowi trzeba pomóc, żeby choć w żniwa miał kawałek kiełbasy. Wodę ma w studni”. Trzy lata później Józef R. z Częstochowy w liście do władz opisywał z kolei problemy z oponą do motoroweru Pegaz, której nikt nie potrafił naprawić. „Postanowiłem kupić nową, ale w sklepach nie ma. Napisałem więc do producenta tych motorowerów, do Bydgoszczy. Odpowiedzieli mi, że detalicznie nie sprzedają, wskazali mi Polmozbyt w Gliwicach. Napisałem. Odpowiedź: nie posiadamy na stanie magazynowym. Skierowano mnie do Polmozbytu Poznań. Odpowiedź: zamówionego ogumienia nie posiadamy chwilowo i prosimy złożyć ponownie zamówienie na przyszły rok”. Częstochowianin kończył swój list dramatycznym, wręcz egzystencjalnym pytaniem: „Co mam robić, gdzie mam szukać, na czym jeździć”.

Na razie jednak bal się rozkręcał. Żytnio-ziemniaczany komunizm Gomułki stawał się coraz bardziej odległym wspomnieniem, wypierany przez soczki „Dodoni”, czekolady z orzechami, a w końcu nawet przez coca colę. W 1974 roku ruszyła w Polsce produkcja tego amerykańskiego napoju, o którym jeszcze w latach pięćdziesiątych mówiono, że to „imperializm w płynie”. Coca cola oficjalnie po raz pierwszy pojawiła się w Polsce w 1957 roku, cztery lata po śmierci Stalina i rok po śmierci Bieruta, na stoisku amerykańskim na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Wywołała euforię, ale oczywiście nie trafiła do sklepów. Kilkaset butelek, które pozostały po targach, rozdano działaczom partyjnym, spróbowali go też nieliczni szczęśliwcy, którym podczas targów udało się dopchnąć do amerykańskiego stoiska. Czternaście lat później na negocjacje do Polski przyjechali z Rzymu przedstawiciele The Coca-cola Company, a umowę licencyjną o podjęciu produkcji napoju podpisali wicepremier Mieczysław Jagielski oraz prezes Paul Graul, Czech z pochodzenia.

W lutym 1972 roku w Browarze Warszawskim rozpoczęła się budowa pierwszej linii produkcyjnej, a 19 lipca – co z pewnością było związane z hucznie obchodzonym w PRL świętem 22 lipca – napełniono pierwsze butelki. Sprowadzano je z Hiszpanii, krajowe, oczywiście zgodne z wzorem dostarczonym przez amerykański koncern, zaczęto wytwarzać dopiero w październiku w Hucie Szkła w Wołominie. Natomiast koncentrat coli przywożono z Neapolu i Amsterdamu. Z czasem produkcja coca coli ruszyła też na Śląsku – najpierw w Browarze Górnośląskim w Zabrzu, a później w Browarach Tyskich.

Smaki z Polski

Nowych wiatrów wiejących nad Wisłą nie dało się nie zauważyć w prasie. O ile w latach sześćdziesiątych znaczną część łamów „Kobiety i Życia” zajmowały porady dotyczące przeróbki starego płaszcza, to na początku ery Gierka czytelnicy dowiadywali się, jak zorganizować przyjęcie i przygotować drinki, jak ubrać się na dyskotekę i na przyjęcie. A także co warto upchnąć w syrence lub maluchu wybierając się na wczasy do Sopotu lub nawet do Jugosławii.

Drzwi uchyliły się także, jak mówiono w marksistowskim języku, w sferze nadbudowy. Odpowiedzialny za nią w Biurze Politycznym Józef Tejchma w grudniu 1971 roku nakreślił zarys nowej polityki kulturalnej: „Prowadzić bardziej elastyczną politykę w dziedzinie swobód twórczych, opartą o następujące zasady: popieranie i upowszechnianie tej twórczości, która jest ideowo bliska partii i sprzyja realizacji jej celów; bardziej elastycznego dopuszczania do publikacji dzieł, które nie są nam politycznie wrogie, nie są ideowo zaangażowane, lecz posiadają walory artystyczne. Oczywiście nie miałyby one preferencji w upowszechnianiu; bezwzględnej eliminacji dzieł o politycznie wrogiej wymowie, zwłaszcza antyradzieckiej i antykomunistycznej”. Efekty są widoczne. Tylko w pierwszym roku rządów gierkowców, do księgarń trafiły „Wiersze zebrane” Zbigniewa Herberta, „Mizerykordia” Marka Nowakowskiego, „Siekierezada” Edwarda Stachury, „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego i „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego.

Co nie znaczy, że decydenci zrezygnowali z ręcznego sterowania kulturą i pozwolili na jej żywiołowy rozkwit. Dziedzina to zbyt ważna i zbyt mocne były partyjne przyzwyczajenia. Gdy na początku lat siedemdziesiątych Stary Teatr z Krakowa miały wystawić w Londynie „Dziady” w interpretacji Konrada Swinarskiego, towarzysze z krakowskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR usilnie sugerowali zmianę tytułu sztuki. Nie chcieli, aby słowo „dziady” kojarzyło się z socjalistyczną Polską. Wtedy przegrali, zmieniono za to jeden z odcinków „Sagi rodu Forsythów”, bardzo popularnego w dekadzie Gierka serialu – zamiast „Strajk”, odcinek ten figurował jako „Tabakierka”.

Przodownikiem ingerencji w kulturę był chyba premier Piotr Jaroszewicz. Gdy szef rządu obejrzał nakręcony w 1971 roku film Andrzeja Trzos-Rastawieckiego „Trąd”, wpadł w szał. Premierowi nie spodobała  się opowieść o mężczyźnie podejrzanym o udział w zbiorowym gwałcie i zamordowaniu kobiety. Główny bohater ma wprawdzie niezbite alibi, ale podejrzewa, że w sprawę jest zamieszany jego brat. Próbuje go odszukać i wpada na trop bandy trudniącej się „wystawianiem” młodych dziewcząt starszym panom. Brat głównego bohatera pełni rolę amanta, który zwabia kobiety w pułapkę, ale próba nakłonienia go do wyznania swoich win kończy się fiaskiem, główny bohater zostaje dotkliwie pobity. W efekcie interwencji Jaroszewicza film zdjęto z ekranów, wydano także zakaz publikowania pozytywnych recenzji.

Smaki z Polski

Najważniejsza była jednak telewizja, najlepszy instrument propagandy sukcesu, wizytówka nowej ekipy. Jeszcze przed objęciem władzy przez Edwarda Gierka, w październiku 1970 roku, uruchomiono drugi program TVP, za to pierwszą audycję w kolorze wyemitowano w marcu 1971 roku. Polacy nie bardzo na tym na razie korzystali, bo kolorowych odbiorników telewizyjnych było wówczas w kraju jak na lekarstwo, ale ważny był efekt propagandowy. Prawdziwy przełom nastąpił w 1972 roku, gdy władzę nad Radiokomitetem objął Maciej Szczepański. Jego bliskie związki z Gierkiem – znali się z Katowic, gdzie Szczepański kierował „Trybuną Robotniczą” – okazały się kołem zamachowym dla TVP. Wkrótce telewizja zaczęła emitować nowe audycje, z których wiele gromadziło imponującą widownię (Bank Miast, popularno-naukowa Sonda, Teleranek z akcją Niewidzialna Ręka i Klubem Śmiałych), programów rozrywkowych (w tym hitowe Studio 2, w ramach którego w październiku wystąpiła ABBA, jeden z najpopularniejszych wówczas zespołów w Europie) oraz seriali („Czterdziestolatek”, „Daleko od szosy”, „07 zgłoś się”, „Dom). Amerykańskie filmy przestały być rarytasem, a serial „Pogoda dla bogaczy” dosłownie wyludniał ulice miast – w konsumpcyjnym amoku wszyscy chcieliśmy choć na chwilę poczuć się Carringtonami.

Ogromne nakłady na telewizję miały swój cel. Stefan Kisielewski napisał w „Dziennikach”, że „Szczepański uprawia bardzo sprytną politykę. Daje mnóstwo amerykańskich filmów, coraz lepsze programy rozrywkowe i sportowe i oto cała Polska siedzi bez przerwy przed telewizorem i nie myśli, tylko chłonie tę opiumową strawę. Ameryka – opium dla ludu, to dobre hasło – ten spryciarz wie dobrze, że jakby pokazywał Rosję, toby ludzi szlag trafił. I tak Polska śpi – a oni rządzą”.

Najważniejszym programem telewizyjnym był jednak w epoce Gierka Dziennik Telewizyjny. Jego widzowie codziennie dowiadywali się o kolejnej rozpoczętej lub zakończonej budowie, kolejnym oddanym moście, drodze, fabryce. O kolejnej gospodarskiej wizycie I sekretarza, o sukcesach Związku Radzieckiego i bratnich krajów socjalistycznych, o porażkach i kryzysach chylącego się ku upadkowi kapitalizmu.

Na co dzień działacze kultury odczuwali w latach siedemdziesiątych nieporównywalnie większą swobodę niż za rządów Gomułki. „W moim pokoleniu socjalistycznego zamordyzmu nie odczuwało się zbyt mocno – opowiada Andrzej Łyszyk, w latach siedemdziesiątych działacz studencki. – W końcu był kabaret TEY, był Pietrzak, była studencka FAMA. Zresztą zakres swobód w środowisku studenckim był większy niż w całym kraju. Studenci mogli nieźle żyć bez partii, bez organizacji młodzieżowej i tego całego czerwonego burdelu”.

To prawda. Tyle, że niepełna. Cenzura interweniowała w epoce Gierka średnio 10 tysięcy razy w ciągu roku. Jak ujawnił w marcu 1977 roku Tomasz Strzyżewski, cenzor, który uciekł do Szwecji z zestawem dokumentów, nie można było w latach siedemdziesiątych informować między innymi o kupowanych na Zachodzie licencjach, o sprzedaży mięsa do ZSRR, wielkości spożycia kawy w Polsce, finansowaniu działalności ORMO, nieodbieraniu od rolników w punktach skupu bydła i trzody chlewnej, katastrofie w kopalni w Katowicach… Lista była bardzo długa. Jeden z zapisów głosił: „Nekrologi, inseraty i inne formy w prasie, radio i TV oraz klepsydry itp. zapowiadające  różne spotkania na cmentarzach, przy pomnikach, miejscach walk itp. (z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego bądź jego poszczególnych epizodów) byłych żołnierzy zgrupowań, oddziałów itp., AK i innych prawicowych organizacji uczestniczących w Powstaniu Warszawskim nie mogą być zwalniane do publikacji”.

Smaki z PolskiGustaw Herling-Grudziński w „Dzienniku pisanym nocą” przyznawał, że rządzący na Węgrzech Janos Kadar i w Polsce Gierek nie są „socjalistycznymi despotami, lecz w miarę dobrodusznymi, a w miarę surowymi Ojcami. Gdy chodzi o błahostki, pozwalają dzieciom na rozmaite psoty i wisusowską przekorę, przymykają nawet pobłażliwie oko na pokazywanie języka i podobne wybryki złego wychowania oraz wrodzonej krnąbrności. W dwóch kardynalnych punktach jednak marszczą brwi i przybierają miny marsowe, sięgając odruchowo po pasek albo też kiwając w geście pogróżki palcem”. Owe puszczane płazem błahostki to „paplanie opozycjonistów inteligenckich po kawiarniach”, a w wypadku robotników „uleganie mitowi konsumpcjonizmu”. A granice nieprzekraczalne? „Nie wolno ruszać wzniesionych w Polsce i na Węgrzech fundamentów socjalizmu tudzież wywoływać nieodpowiedzialną demagogię demokratyczną upiorów przeszłości, czyli feudalizmu i nacjonalizmu. I nie wolno, rzecz jasna, kwestionować kierowniczej roli Związku Sowieckiego”.

Gierek umyślił sobie, że przepisem na sukces i podbicie serc społeczeństwa jest skopiowanie w całym kraju swoich – i wojewody Jerzego Ziętka – osiągnięć z „Katangi”. W 1973 roku Stefan Kisielewski bawił w Beskidzie Śląskim. „Gierek potroszczył się tu na Śląsku o urok życia dla robotników – napisał w „Dziennikach”. – Jechałem kolejką z Szyndzielni, oglądałem pod Szyndzielnią urządzenia rekreacyjne, piłem piwo (nędzne, ale łatwo dostępne), jadłem obiad w schronisku (zimny, ale możliwy), widziałem motoryzację – zbiorowa świetna, w postaci wygodnych fabrycznych autokarów, indywidualna – stare motocykle i kiepskie autka – ale są. Ludzie mają forsę, korzystają, tylko pułap możliwości strasznie niski”. 

C.D.N.

Książka dostępna pod adresem: www.wydawnictwopoznanskie.com i w księgarniach

Piotr Gajdziński

Komentarze