„Uczony, koneser, pijak, poeta, zboczeniec, najbardziej uroczy człowiek” – tak określił omawianego tutaj autora William Butler Yeats, jeden ze sławetnej kompanii „estetów”, a przy tym najwybitniejszy w tym gronie poeta. Zdanie to wyczerpuje w zasadzie wszystko, co możemy powiedzieć o tej osobliwej postaci i dobrze oddaje atmosferę epoki oraz otoczenia, w jakim przyszło osobie tej egzystować, głównie na zasadzie ekscentrycznego ornamentu.

.

Zbyteczne jest zatem streszczanie krótkiego (35 lat) i mało budującego żywota Erica Stenbocka, tym bardziej, że uczynił to z powodzeniem wydawca w załączonym do książki Biogramie. Zajmijmy się więc przede wszystkim utworem, pierwszy raz opublikowanym w Polsce dzięki luksusowej edycji gdańskiej oficyny „Zoas Press”, nie zapominając jednak o tle środowiskowym, w jakim takie dziełko miało szansę zaistnieć.

Od razu trzeba stwierdzić, że tytułowy Faust ma niewiele wspólnego z postacią znaną nam ze staroniemieckiej legendy, tragedii Christophera Marlowe’a czy dramatu Goethego. Zbieżny jest jedynie punkt wyjścia: stary uczony, nie zyskawszy dzięki nauce odpowiedzi na dręczące go zagadki wszechświata i mając poczucie, że zmarnował życie ślęcząc bezowocnie nad księgami, nie zaznawszy przy tym nigdy prawdziwej miłości, zwraca się ku okultyzmowi. Na tym wszakże zbieżności się wyczerpują.

Demon, który objawia się głównemu bohaterowi, nie jest bowiem psotnym i nieco wulgarnym Mefistem, lecz kusi go pod postacią samego księcia piekieł, Lucyfera, ukazanego w stylu typowo romantycznym. „Znalazłem definicję Piękna – mojego Piękna. To coś, co jest żarliwe i smutne (…) nie wyobrażam sobie niemal odmiany Piękna, zupełnie pozbawionej Nieszczęścia. Wychodząc z powyższych przesłanek – ktoś mógłby powiedzieć: opętany nimi – nie mogę nie zakończyć wnioskiem, że najdoskonalszym przykładem męskiego Piękna jest Szatan – w duchu Miltona” – wyznawał Baudelaire w Dziennikach intymnych, dając upust głęboko kamuflowanym fantazjom. „U Miltona Zły przybiera definitywnie wygląd – komentuje Mario Praz w znakomitej analizie Zmysły, śmierć i diabeł w literaturze romantycznej (Gdańsk 2010) – postaci niegdyś pięknej, której świetność przyćmiły smutek i śmierć, jest ‚majestatyczny, choć pokonany’. (…) Piękno przeklęte jest stałym atrybutem Szatana…”. Owo „piękno przeklęte” przybiera w tym wypadku szczególną formę, ma bowiem, zgodnie z duchem epoki, postać powabnego androgyna. „Androgynia jest płcią par excellence artystyczną: łączy ona w sobie dwa pierwiastki, męski i żeński, równoważy jeden za pomocą drugiego. Każdej postaci wyłącznie męskiej brak wdzięku, każdej postaci wyłącznie kobiecej brak siły” – wywodził literacki rówieśnik Stenbocka, trzeciorzędny, acz niezwykle modny w owym czasie, francuski „demonolog”, Josephin Peladan w wykładzie o Leonardzie da Vinci.

Ewa Kuryluk, rozważając twórczość kolejnego sławnego „estety”, wybitnego grafika i ilustratora, Aubreya Beardsleya (zaprzyjaźnionego zresztą ze Stenbockiem), w którego dziełach typ demonicznego androgyna przewija się niemal obsesyjnie, stwierdziła, przywołując ustalenia znanego rumuńskiego mitografa: „Hermafrodyta uważany jest za egzemplaryczny obraz doskonałego człowieka, pisze Eliade wykazując, że androgyn symbolizował nie tylko koegzystencję pierwiastków męskich i kobiecych, ale w ogóle połączenie i pogodzenie w jednej istocie wszelkich kosmicznych przeciwieństw. (…) Dochodzi tu do głosu odwieczny dualizm tkwiący w postaci hermafrodyty: jako ideał wcielający ludzkie marzenia o pogodzeniu antagonistycznych pierwiastków, jest on najdoskonalszym z bóstw, jak twór natury jest monstrum nie budzącym niczyich pożądań…” (Ewa Kuryluk, Salome albo o rozkoszy, Kraków 1976). Podobna ambiwalencja uczuć dochodzi w pełni do głosu w opowiadaniu Stenbocka, albowiem demon kuszący Fausta jest pociągający i odrażający zarazem, a spoza czarownej maski co rusz wyziera oblicze zimnej, wyrachowanej bestii. Nie przeszkadza to wszakże naszemu bohaterowi ochoczo ulec pokusie i przystąpić do diabelskiego paktu, w nadziei zaznania wzbronionych dotychczas rozkoszy.

Dalsza część tekstu

Komentarze