Zielony Tydzień 1

Poznawanie nowych kultur jest jak jedzenie nowej potrawy, nigdy nie wiesz czego się spodziewać, choć znasz kilka składników. I chociaż jadąc pierwszy raz do Irlandii już jakiś czas temu miałam obawy, tak po kolejnych wizytach coraz bardziej zakochuję się w tym kraju. Postaram się trochę wprowadzić Was w ten patrykowy świat i opisać swoje spostrzeżenia.

Swoją wycieczkę rozpoczynamy od fabryki Guinnessa, czyli chyba najbardziej znanego w Irlandii piwa. Przemieszczając się poprzez kolejne piętra jesteśmy świadkami historii tworzenia browaru. Jednak to na ostatnim piętrze czeka na nas największa niespodzianka. Otóż na siódmym piętrze, całkowicie przeszklonego pomieszczenia czeka na nas pełen, wielki kufel zimnego Guinnessa. Rozkoszując się panoramą Dublina, nad którym właśnie zachodzi słońce, próbuję się przekonać do tego „daru ludzkości” – jak przekonuje nasz przewodnik. Jednak nawet tak piękny widok nie jest w stanie zrekompensować smaku piwa. Przepraszam, ale widocznie jest one stworzone dla większych smakoszy niż ja [ja uwielbiam Guinnessa – przyp. red. naczelny :)]

Kolejny przystanek do uliczki Dublina. Ciasne, pełne sklepowych wystaw, różnokolorowych świateł. Jedziemy do centrum w poszukiwaniu jakieś fajnej knajpki. Po drodze zawracamy dwa razy (o 360 stopni) na czteropasmowej, bardzo ruchliwej drodze i nikt na nas nie trąbi. Ludzie kulturalnie zatrzymują się i czekają aż nasza honda zdecyduje się w którą stronę chce jechać. Po zaparkowaniu jesteśmy pełni podziwu. Miasto tętni życiem, wokół jest mnóstwo ludzi, jednak jest jakoś inaczej. Nikt się na nas nie patrzy, nie zwraca uwagi nawet. Przechodzi obok nas dziewczyna ubrana bardzo kuso i nikogo nawet to nie interesuje. Pełna tolerancja.

Wreszcie znajdujemy restaurację, której zapachy najsilniej oddziaływały na nasze kubki smakowe – Thunder Road. Miejsce bardzo klimatyczne i wypełnione (tak jak nazwa wskazuje) wszystkim co związane z tym legendarnym miejscem, Harley’ami i różnymi ciekawymi rekwizytami jak rower podwieszony pod sufitem. Zamawiam rybę z frytkami (jak można być w Irlandii i nie zjeść fish&chips). Wbrew oczekiwaniom nie dostaję marnego kawałka rybki utopionej w tłuszczu, ale całą rybę w przepysznej, chrupiącej panierce i frytki (nie z mrożonki), a do tego świeżą surówkę z pory. Uwierzcie mi, że chyba nie ma nic lepszego do zjedzenia w takim miejscu. Jednak to nie koniec. Jemy dalej, czas na steki! Średnio wysmażone lub dobrze wysmażone, do tego specjalny nóż i mamy dość. Ale przecież jest jeszcze karta deserów czyli to co mnie interesuje najbardziej. I co dostajemy? U mnie na talerzu lody karmelowe z krówkami i chrupkami, u pozostałych mini ptysie z waniliową bitą śmietaną.

Najedzeni i szczęśliwi ruszamy na drugi koniec Irlandii do Balliny.

Przez kolejne dni zwiedzamy poszczególne miejsca podziwiając wspaniałe widoki i delektując się potrawami. Idziemy na Irish Breakfast i co dostajemy?

Dwa sadzone jajka na boczku, dwie kiełbaski, dwa puddingi (czyli wersję kaszanki robionej z krwi z proszku bo w Irlandii używanie krwi jest zabronione), tosty z solonym masłem, fasolkę w sosie pomidorowym oraz dżem. I nie, to nie jest zestaw dla kilku osób, to jest tylko dla jednego człowieka. Po zapchaniu się do granic możliwości idziemy na kawę do Marka Dziducha (o którym już pisaliśmy). Swoją drogą, Marek też robi niesamowite śniadania, jest to albo wielki bajgiel z jajkiem sadzonym, twarożkiem i kiełbaskami, albo potrójne sandwiche czy naleśniki z boczkiem i syropem. Kolacja w chińskiej restauracji to przede wszystkim smaki słodkie. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale u nich nawet makaron jest na słodko, a nie ma prawie ostrych smaków. Podpatrzyłam przepis na kaczkę w sosie pomarańczowym lub wołowinę na słodko-kwaśno.

Ceny szokują równie mocno co ludzie. Stojąc w kolejce do kasy z wypchanymi po brzegi dwoma koszami, pani stojąca przede mną stwierdziła, że ja byłam przed nią w kolejce i mam wejść przed nią. Zrobiłam wielkie oczy, ale podziękowałam grzecznie i zszokowana poczekałam na swoją kolej. Ludzie potrafią zaskakiwać, a to nie był ostatni raz. Podczas jazdy ze klify wszyscy nam machają a gdy krowy sobie spokojnie spacerują środkiem szosy, znów nikogo to nie dziwi.

 

 

 

 

 

 

Tym samym moi drodzy, taki mały wstęp do Zielonego Tygodnia, a Irlandia, którą udało mi się uchwycić -na zdjęciach.

.

Katarzyna Dolata

Komentarze