Podczas okupacji jego ojciec posiadał 50ha gospodarstwo, hodowało świnie, kaczki i krowy. Jeden z jego sąsiadów donosił na niego Niemcom, reszta piła bimber z jego ojcem. Gdy szła Armia Czerwona myślał, że to duchy a jego ojciec w tym czasie chował mięso w wykopanym na prędce grobie. Pan Zdzisław (77lat) w rozmowie z naszym portalem wspomina niemiecką okupację, obraz na którym anioł wręcza kwiaty zmarłemu niemieckiemu żołnierzowi oraz nietypową świnię, która miała trzy uszy. Zdradza również sekret jak pić spirytus, aby smakował jak słodkie mleko.

.

Gdzie Pan mieszkał przed wojną?

Mieszkałem w Siedlcu razem z rodzicami i rodzeństwem. Mieliśmy duże gospodarstwo, bo aż 50 hektarów. Miałem trójkę rodzeństwa, a pracowało u nas jeszcze osiem osób. Cztery kobiety i czterech mężczyzn. Mieliśmy świnie, krowy, kaczki, gęsi itd. W czasie okupacji ojcu nie wolno było pracować, musiał pilnować tych wszystkich ludzi.

Ludzi do pracy przysłała gmina, dokładnie tylu ile potrzeba by zająć się całym gospodarstwem. Niemcy nie pozwalali ojcu pracować, musiał się zajmować doglądaniem ludzi.

 .

Pamięta Pan jak Niemcy weszli w 1939?

Początku okupacji nie pamiętam, ale kojarzę późniejsze wydarzenia. Brat mojego ojca był kapitanem i walczył z Rosją w 1920 roku, w tzw. „cudzie nad Wisłą”. Chcąc pokazać żołnierzom jak się wyrzuca granat, trzymał go za długo i ten niestety wybuchł urywając mu obie dłonie.

Gdy przyjeżdżał do nas podczas okupacji nosił protezy. Zawsze wyprowadzał mnie za stodołę, na kierat, czyli środek napędowy młocarni. Tam mnie uczył niemieckiego i francuskiego.

Pewnego razu wydarzyła się taka historia: w związku z tym, że wokół nas mieszkali głównie Niemcy mieliśmy co chwila rewizję. Kilku z nich było z nami zaprzyjaźnionych jeszcze z okresu przed 39 rokiem, ale był też jeden taki, który ciągle meldował Gestapo. Nasze gospodarstwo było przy lesie i tamtem Niemiec ciągle widział u nas partyzantów. A to nieprawda. Często ktoś przyjeżdżał odwiedzić nas, czy robotników. I tyle.

Raz jak przyszło Gestapo, to oficer wszedł do domu a w kuchni wisiał taki wielki obraz z niemieckim żołnierzem konającym na polu bitwy i aniołem wręczającym mu kwiaty. W tamtych czasach coś takiego trzeba było mieć. Gdy ten oficer wpatrywał się w obraz, ja akurat wbiegłem do kuchni i krzyknąłem coś po niemiecku. Nie wiedziałem za bardzo co to znaczy.

Niemiec wskazał na mnie i powiedział: was ist das? Ojciec gęsto się tłumaczył, ale całe szczęście rewizja się skończyła. Gestapo poszło precz!

.

Bundesarchiv_R_49_Bild-0138,_Polen,_Wartheland,_Aussiedlung_von_Polen

 .

Mogło być niewesoło…

Mogło, mogło. Innym razem przyjechał księgowy gminny, bo przecież wszystko w gospodarstwie musiało być opisane i zaksięgowane. Za czasów okupacji nie dostawało się ani marki od Niemców. Za świnie, za krowy, za jaja, za mleko… za to wszystko dostawałeś pieniądze na konto. Jeśli chciałeś je wydać, choćby kupić maszynę rolniczą, pieniądze automatycznie pobierano z konta.

Pieniędzy prawie w ogóle nie było. Jedyne pieniądze jakie mieliśmy to były te, które ojciec zarobił na rynku w Kostrzynie, gdzie sprzedawaliśmy warzywa. Pod koniec wojny mieliśmy w domu taki wielki worek pełen marek.

 .

Co hodowaliście w tamtym czasie?

Wszystko co się dało! Świnie, kaczki, kury, indyki, owce, krowy czy konie. Jeden z pracowników był rzeźnikiem i on zajmował się obrabianiem mięsa. Mieliśmy pozwolenie na zabicie jednej świni rocznie, ale jak zaczynało brakować jedzenia, często okazywało się, że jakieś zwierze było „chore”.

Wtedy jadało się razem, przy wielkim stole przy którym siedziała rodzina i pracownicy, a nieraz jeszcze jakiś gość. Myśmy często tym pracownikom płacili jedzeniem, które zresztą sami na miejscu zabijaliśmy i obrabialiśmy.

Za okupacji można było zabić tylko jedną świnię na rok. Ale już kaczki, kury, cielaki – wszystko ile człowiek chciał. Niemcy się nie wtrącali. Gorzej było po wojnie, w PRLu. Trzeba było dostarczać jaja, mleko, mięso.

Pod panowaniem niemieckim, pewnego razu, zabiliśmy dwie świnie. Głównie dlatego, że ludzie po prostu byli głodni. A przecież każda ta świnia musiała być zbadana przez weterynarza zanim można ją było zjeść. Weterynarz przyjechał, ale dzień później niż sądzono. Żeby mięso się nie zepsuło, ojeciec schował je do beczki. No i weterynarz przyjeżdża, otwiera beczkę, patrzy do środka a tam trzy uszy! I się pyta: co to za świnia z trzema uszami?

Padł blady strach, nie wiadomo co zrobić. Ojciec resztką przytomności umysłu wyciągnął olbrzymi kawał mięsa i włożył temu Niemcowi do rąk. Całe szczęście obyło się bez problemu.

 .

A jak to było gdy Niemcy uciekali?

W 1945 gdy już się szykowali do ucieczki zajechali do nas żołnierze na wozach. Nasi niemieccy sąsiedzi już dawno uciekli i my zostaliśmy jako jedyni w okolicy. Przyjechali, poustawiali wartę, konie nakarmili i napoili.

Ojciec z dowódcą niemieckim podłączyli radio i podsłuchali, że Rosjanie są dopiero pod Kołem, czyli 100km od nas. Uznali, że jeszcze nie przyjdą dziś i spokojnie można się przespać. Rozłożyli się w pokoju, przynieśli słomę i położyli się jeden obok drugiego.

Ludzie, którzy u nas pracowali już odeszli. Zostało tylko dwóch mężczyzn, którzy spali w stodole. W nocy rozległy się jakieś wybuchy. Warta obudziła wszystkich w mig, zapakowali wozy, wynieśli słomę z pokoju a dowódca dał ogromną konserwę ojcu i mówi: chowajcie się.

Pobiegliśmy do piwnicy, gdzie wszystko już było przygotowane. Ziemniaki, woda, mięso… nawet drewno do kominka! Ale strzały ustąpiły. Cisza…

Rano ojciec z rzeźnikiem pobiegli zabić dwie świnie, a było zimno jak nie wiem, wszystko zamarznięte. Pobiegli za stodołę, odwalili trochę siana i wykopali dziurę. Schowali tam beczkę pełną mięsa. W tym czasie reszta wędlin wędziła się w wędzarni. Popłoch, wszyscy biegają i ja nagle staję, chwytam ojca za rękaw i pytam się: tata, co to jest?

A na horyzoncie maszeruje Armia Czerwona. Przebrani na biało, szeregami, każdy broń przy ramieniu. Krok za krokiem, aż huk szedł po okolicy. Za nimi wozy, czołgi i armaty. Wszyscy stanęli i patrzą na przemarsz tego wojska. Pytam się ojca: czy to są duchy? A ojciec odpowiada: nie, to jest rosyjska armia. Do wieczora był spokój.

 .

A wieczorem?

Wieczorem jak się banda zjechała samochodami, wpadli na podwórze jak diabły i dymu narobili jak nie wiem. Koniec świata. Otoczyli dom, przejrzeli czy nie chowają się żadni Niemcy i znaleźli wędzarnie. Ktoś musiał zapomnieć o tym mięsie. Jak wpadli do kuchni z tymi kiełbasami i wrzeszczą, żeby to zgrzać wszystko. W kuchni zobaczyli jeszcze smalec i mówią: nie we wodzie to grzej, w smalcu!

Starszyna, dowódca rosyjski wszedł powoli do pokoju i woła ojca. Usiedli przy stole i mówi: dawaj szklanki. Ojciec przyniósł szklanki, a ten leje spirytusu do dwóch, a do dwóch wody. I mówi: pijemy. A, że ojciec całą wojnę bimber gotował, to był zaprawiony. Chwycił ten spirytus, wypił i zapił wodę. A ten Rosjanin gęba otwarta i mówi: co jest? Myślał, że Polak nie potrafi.

A cała tajemnica polega na tym, żeby spirytus szybko wypić, połknąć i nie brać oddechu. Szybko popić szklanką wody i w gardle czuć, jakbyś się napił słodkiego mleka. Nic nie czuć!

No i ten dowódca każe kiełbasy nakłaść przed ojcem i sobą. Żaden z żołnierzy nie ruszył tej kiełbasy, choć oczy mieli wilcze. Dopiero ten kapitan kazał ojcu spróbować i jak ten zjadł, to się rzucili.

.

Bundesarchiv_Bild_101I-215-0366-03A,_Russland,_Soldat,_Pferd_im_Winter

 .

Coś jeszcze udało się uratować?

Oczywiście. Mieliśmy też kapustę i ogórki kiszone. Kisiliśmy je w ogromnych beczkach a potem zrzucaliśmy je do stawu, pod wodę. Chodziło o to, żeby kapusta nie miała powietrza i się nie popsuła. Na wiosnę wyciągało się świeżutkie ogóreczki i kapustę!

No jakoś to wszystko przeżyliśmy, ale bywało naprawdę ciężko.

Jak Pan wspomina okres po wojnie? Mieliście przecież bardzo duże gospodarstwo w PRLu.

Nam jedzenia nie brakowało. Kto miał mniejsze gospodarstwo, takie około 10ha to był zwykły chłop. Ale ojca nazywali kułakiem, czyli bogaczem wiejskim, bo myśmy mieli, aż 50! W tym czasie ojciec dwukrotnie siedział w więzieniu: raz w Rawiczu, a raz we Wronkach.

Wtedy każdy musiał oddać określoną ilość plonów co roku na GSów. I to za psie grosze. Za 100kg żyta płacono 30zł, jeśli ktoś oddał plan i chciał sprzedać więcej, to dostawał za 100kg 100zł. Odstawialiśmy zboże, świnie, mleko, jaja… chodziło o to, że oddawano od hektara. Trochę to wyglądało tak jakby zamiast krów, dojono hektary. Z tym było ciężko, bo po wojnie było mniej zwierząt.

Jakoś sobie z tym radziliśmy, ale nie zawsze się udawało. Ojcu dwuktornie się nie udało i dwa razy poszedł do więzienia. Ludzie byli tam zamknięci w 20 metrowych celach, gdzie siedziało ich kilkunastu. Spali na podłodze, jeden obok drugiego. Najgorzej było jeśli ktoś chciał się odwrócić, bo łokciami uderzał innych.

Komentarze