Po wojnie jadła głównie zupę mleczną oraz duszone ziemniaki. Później, w latach 50tych i 60tych, żywił ją jej własny ogród oraz owce, świnie i kury, które hodowała. Na początku nie miała pojęcia jak go uprawiać, ale ratowała ją teściowa. W rozmowie z naszym portalem Pani Barbara wspomina kiszenie kapusty, kołdry z owczej wełny i pierwszy w Poznaniu lokal, gdzie można było dostać kurczaka z rożna.

.

Jak Pani wspomina lata 50te i 60te?

Wtedy byłam już mężatką. Wszędzie trzeba było stać w kolejkach, a nieraz się zdarzyło, że po kilku godzinach stania od lady odchodziło się z pustymi rękoma. Jak mąż dostawał pieniądze w sobotę, to nieraz u rzeźnika coś mu się udało kupić. Ale za wszystkim się stało: za kawą, herbatą, mięsem.

My mieliśmy o tyle dobrze, że nasza babcia miała kury, owce, świnie i cały ogród warzyw. Hodowaliśmy co się dało: ziemniaki, marchewkę, kapustę, pietruszkę, buraki, cebule, czosnek. Mieliśmy również drzewa owocowe: porzeczki, wiśnie, czereśnie, jabłka i gruszki.

Trzeba przyznać, że głównie żywił nas ten ogród.

.

Pani Barbara wspomina lata 50te i 60te.

Pani Barbara wspomina lata 50te i 60te.

 .

Skąd wiedzieliście jak to wszystko uprawiać?

Pracowaliśmy przy tym wszystkim z mężem, bo dzieci jeszcze były za małe. Nie miałam zielonego pojęcia jak to się robi, a mój mąż wiedział niewiele więcej.

Dla przykładu: mieliśmy krewnych, którzy posiadali konia. Mąż pojechał po tego konia, żeby zaorać pole pod ziemniaki. Ja prowadziłam konia, a mąż orał i sadził. W końcu się okazało, że koń to wariat, ale akurat mnie się słuchał!

Nic nie umiałam robić w ogrodzie, ale uczyłam się jak mogłam. Dużo zawdzięczam teściowej, która mi podpowiadała co i jak się robi.

 .

A jak to było z owcami? Robiliście swoje sery?

Nie, nie. Niestety nie wiedzieliśmy jak i niespecjalnie było jak się dowiedzieć. Owce dawały nam wełne, przychodziła pani, która potrafiła to zrobić. Teściowa uszykowała dla wszystkich po dwie kołdry wełniane i to był luksus! Musieliśmy do Poznania pojechać do sióstr zakonnych, które uszyły nam z tej owczej wełny kołdry.

A owce zjedliśmy!

 .

Też ktoś przychodził zabić owce?

Przychodził rzeźnik, zabierał owcę i przynosił mięso po jakimś czasie. Mięso było peklowane w beczkach, podobnie jak wieprzowina. Szyneczki piekliśmy, robiliśmy bardzo dobry rosół z baraniny i głównie pieczeń. Żadnych innych dań nie przygotowywaliśmy, bo po prostu nikt nie wiedział jak. Podobnie było ze świniami. Mieliśmy jedną i dwie, a co jakiś czas przychodził rzeźnik, zabijał i przynosił mięso.

 .

Robiliście też kapustę kiszoną?

Uprawialiśmy specjalną odmianę, która była dobra do kiszenia. Nazywała się „kamienna głowa”, to była późna kapusta, zimowa.

Pożyczaliśmy maszynę do szatkowania. Kapustę obieraliśmy i czyściliśmy, potem ją kroiliśmy na półgłówki. Wkładało się jedną i wciskało na nią drugą, mąż kręcił urządzeniem i pocięta kapusta wypadała z drugiej strony.

Do samego kiszenia używaliśmy ogromnej drewnianej, dębowej beczki. Kładliśmy warstwę kapusty i warstwę soli, choć proporcji już nie pamiętam. Potem trzeba było ubijać. Niektórzy mieli specjalne gumowe buty, a inni wydeptywali stopami. My mieliśmy takie wielkie moździerze i nimi ugniataliśmy kapustę. Im lepiej się ją ubiło, tym była smaczniejsza. Dobrze ubita kapusta się po prostu nie psuła.

Na wierzch kładliśmy całe główki lub liście, które potem używaliśmy do gołąbków. Na to kładło się wielką, białą szmatę, którą wcześniej wyparzaliśmy. Układaliśmy na to wszystko deski, a na nie specjalnie wyparzone kamienie. Co jakiś czas trzeba było całość oblać słoną przegotowaną wodą, ale już zimną. Chodzi o to, żeby kapusta się nie zepsuła i nie stała się czarna.

Ręką sprawdzaliśmy czy kapusta ma sok i nie jest sucha.

.

Rodzina Pani Barbary jeszcze z okresu niemieckiej okupacji.

Rodzina Pani Barbary jeszcze z okresu niemieckiej okupacji.

 .

W Poznaniu w latach 70tych pojawiła się pierwsza budka z kurczakiem z rożna. Jak Pani to wspomina?

Tak, to były chyba lata 70te. Prawdziwy szał! Rożno było na Głogowskiej, jednej z głównych ulic Poznania. Mąż pracował niedaleko w warsztacie i rzeczywiście odwiedziliśmy to miejsce.

Kolejka była ogromna, ludzi było naprawdę bardzo dużo. Był szał! To był duży lokal, na parterze kamienicy, naprawdę szeroki. W środku można było zjeść, choć wielu brało na wynos.

Kurczaka dostawaliśmy z chlebem, bo frytek jeszcze nie było. Do picia oranżada lub herbata, bo Coli ani Pepsi też jeszcze nie było.

O ile sobie przypominam, ceny nie były jakieś wysokie. Wydaje mi się, że kurczak był w przystępnej cenie.

My mieliśmy coś podobnego w Kostrzynie. Była taka budka, gdzie można było dostać baraninę czy inne mięsa. Ludzie kupowali gdzie co mogli i ja tam też często kupowałam różne smakołyki. Trochę nam się poprawiło jak już pracowałam, bo herbatę, kawę czy chleb mieliśmy zapewnione. Czasami też można się było wymienić: paczka kawy za kawałek mięsa. No, trzeba było sobie radzić. Musieliśmy trochę kombinować!

 .

A tak na co dzień co jedliście?

Głównie zupę mleczną i duszone ziemniaki. Czasami od kogoś coś dostaliśmy, trochę kiełbasy, troszeczkę smalcu. Od czasu do czasu udawało nam się też coś kupić. Ale prawda była taka, że nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy i musieliśmy polegać na naszym ogrodzie, owcach i kurach! Tak było, gdy byłam jeszcze panną. Później było już trochę lepiej.

.

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Fot. Katarzyna Zarówna

Komentarze