Wzrok mi się zaszklił, łezka zakręciła. Leży bowiem przede obiekt archiwalny, najbardziej oczekiwana książka sezonu 1982. Nie, nie jest to żaden drugi obieg, jakiś „Archipelag gułag” czy coś w podobie.

Kuchnia odchudzająca Wiesław Kot

Autor książki francuski, polski konsultant merytoryczny w randze profesora Źródło zdj. ksiazkiplus.pl

Nie, rzecz legalna. Autor francuski, polski konsultant merytoryczny w randze profesora. Twarda okładka, kartki mocno przyklejone do grzbietu. Rzecz obliczona na długie, uparte użytkowanie. Tytuł: „Kuchnia odchudzająca”. Tak, to było to – w kraju kartek na masło, nagich haków i octu. Żeby nie odchudzać się byle jak, na łapu-capu, z doskoku, po amatorsku, wedle „diety Jaruzelskiego”. Powiedzmy sobie szczerze: dietetyk był z niego żaden, choć w sumie naród odchudził. Ale intuicyjnie. A tu chodziło, by szczupleć  profesjonalnie, z podręcznikiem pod pachą.

Francuskie rady dla polskich rozpasanych konsumentów roku ’82 okazują się bezcenne. Kartkuję na chybił-trafił:

„Książka, którą otrzymuje polski czytelnik, stara się rozwiązać zagadnienia żywienia osób odchudzających się w ten sposób, by chronić je przed uczuciem wyobcowania i niższej wartości”. Jak najsłuszniej – w roku 1982 i w latach następnych w dobrym tonie było zajadać się frykasami po grdykę. Ktoś, kto się odchudzał (czy po prostu nie dojadał) uważany był – w najlepszym razie – za dziwaka. A chudzi pozostawali w ogólnej pogardzie. Jak kapusie i zomowcy. Ostrzejsze przypadki konwojowano do Tworek.

W kwestii alkoholu: „Wystarczy jedna szklaneczka wina do posiłku… tyle tylko, by odzyskać dobre samopoczucie”. Cóż, mieliśmy tu własne doświadczenia. W prasowej ankiecie z roku 1984 rodacy uznali, że największym zagrożeniem dla narodu jest alkohol. Jako ostatnie, dwunaste zagrożenie wymieniano bezrobocie. Jak się wówczas liczyliśmy, to wyszło, że mamy milion poważnie uzależnionych i półtora miliona lekko. To znaczy takich, którzy pod wpływem gorzały pozostają tylko przez 240 dni w roku. No, i jeszcze te 150 tysięcy pijanych kierowców zatrzymywanych co roku… A przecież procenty sprzedawano dopiero od 13.00, w tym „płyn do opalania kaczek” (bo nikt nie wyrażał się prostacko: denaturat), płyn do szyb samochodowych oraz politurę.

W każdym razie ta rada o szklaneczce wina do obiadu była bezcenna. Zwłaszcza, że towarzyszyła jej druga: „Jednocześnie z drugiej szklanki pić wodę”. Taka Kana Galilejska.

Władza bardzo dbała o to, by podobne dyrektywy wcielać w życie. W roku 1986 prasa donosiła, iż sąd skazał 84-letnią inwalidkę Antoninę L. na rok więzienia za to, że „bez wymaganego zezwolenia sprzedała jedną butelkę extra żytniej za kwotę 1000 zł. nabywając ją uprzednio w placówce handlu detalicznego za kwotę 640 zł.”

Francuz usilnie zalecał na sezon ’82 dietę opartą m. in na: bakłażanie, bulwie japońskiej („będziemy drugą Japonią!”), endywii, karczochu hiszpańskim, komosie, salsefii, wężymordzie, wierzchołkach pędów palmy karłowatej. W porządku. Ale skąd tu wytrzasnąć choć kawałek wężymorda? I czy był w wolnym obrocie, czy na kartki? W kwestii serów podobnie. Francuz gorąco polecał: beaufort, cantal, comte, gouda, gruyere, parmezan, Port-Salut, Saint-paulin, Saint-nectaire, tomme itd. A u nas łatwiej było o Port Północny niż o Port-Salut. Znowu te przeklęte „drobne, przejściowe”.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo dietetyk stanowczo zakazywał spożywania serów dojrzewających, jak: „błękitny” z Owernii lub z Bresse, rokfor. Tak, w sezonie ’82 powstrzymywać się od sera błękitnego z Bresse było stosunkowo łatwo. Chyba nawet najłatwiej w Europie.

W innych kwestiach, w których Francuz wybierał się z poradami dla Polaków było podobnie. Bo – przykładowo – na obiad zalecał: befsztyk z musztardą, kotlety z combra jagnięcego, udziec jagnięcy z nowalijkami, sałatkę z omułków, harder okadzany koprem, wołowinę „a la mode”, jaja faszerowane z krewetkami. Ale także ślimaki oraz sałatkę owocową po rosyjsku. I już byliśmy w domu! Jak z powodu „chwilowych, przejściowych” nie dowieźli akurat „udźca jagnięcego”, to przecież zawsze mogliśmy nałapać ślimaków. A „sałatkę po rosyjsku” mieliśmy dzień po dniu od 13. grudnia. Jak tu nie schudnąć?!

 .di

Wiesław Kot

 

Komentarze