Czy pisarzem rodzi się czy zostaje, czy wydanie własnej książki to taka prosta sprawa i czy opisy rodem z „Nad Niemnem” są dziś jeszcze pożądane w literaturze rozmawiam z Witoldem Jabłońskim.

Witold Jabłoński Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim, sekretarz Jerzego Andrzejewskiego, w latach 1995–1997 dziennikarz i recenzent teatralny Gazety Wyborczej oraz publicysta dodatku kulturalnego „Verte”. Od 1998 dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki w łódzkim urzędzie miejskim, od 1999 do 2003 dyrektor Śródmiejskiego Forum Kultury, zwolniony z tej posady przez ekipę prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Zdaniem pisarza, jest to wynik oskarżeń o antykościelność powieści Uczeń czarnoksiężnika. Z drugiej strony rzecznik prezydenta Łodzi twierdzi, stało się tak ponieważ dom kultury nie przynosił spodziewanych dochodów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich od 1996 roku.

Laureat nagrody Towarzystwa Kultury Teatralnej za osiągnięcia w dziedzinie prasa popularyzatorem teatru. Powieść Fryne hetera była nominowana do Nagrody im. Jerzego Żuławskiego.

.

Zacznijmy w ten sposób: pisarzem się rodzi czy zostaje?

Każdy człowiek rodzi się z określonymi zdolnościami i predyspozycjami. Jednym wychodzi najlepiej naprawa samochodów, innym szybkie bieganie, jeszcze innym opowiadanie ciekawych historii. Talent to, jak mawiali starożytni Grecy „iskra bogów” i tylko od tego, kto w sobie go odkryje, zależy w zasadzie czy ów dar zmarnuje, czy wykorzysta dla dobra własnego i ogółu. Naturalnie ważne jest też otoczenie, w jakim ktoś się wychowuje. Przychylne nastawienie środowiska i możliwość zdobycia odpowiedniego wykształcenia na pewno sprzyjają rozwojowi wrodzonych zdolności, lecz wiele biografii artystów poucza nas, że przeciwności losowe również pomagają w twórczości, a prawdziwy talent zawsze się tak czy inaczej przebije, choćby miał zostać nawet doceniony pośmiertnie. Reasumując, umiejętność wiązania słów w piękne zdania i układania fraz w porywające czytelników fabuły jest takim samym darem losu jak na przykład piękny głos dla śpiewaka lub umiejętność malowania portretów.

 

Jak to się stało, że Pan został pisarzem?

Od dziecka ciągnęło mnie do książek, jako niespełna ośmiolatek wykradałem „poważne” dzieła z biblioteczki starszej siostry i czytałem, nie wszystko rozumiejąc, takie utwory jak „Quo vadis” czy „Pan Tadeusz”… Od samego początku interesowały mnie zresztą nie tylko zawarte w tych książkach opowieści, ale także okoliczności, w jakich powstawały i 1170854_498686416884519_2117924353_nosoba autora. Czytałem więc także z ciekawością wszystkie wstępy, posłowia i noty biograficzne, co moi szkolni koledzy zbywali kpinami i wzruszeniem ramion. Ich interesowały tylko ciekawe historyjki, nie takie „nudy”. Ja, starając się poznać tą drogą twórców pochłanianych przeze mnie powieści, marzyłem już chyba wtedy podświadomie, by być jednym z nich. Ogromnie nieporadne i naiwne opowiadanka pisałem już w podstawówce, później bardziej dojrzałe, ale wciąż dosyć marne, w liceum, będąc przez cały czas wybijającym się na tle swego otoczenia humanistą. W tej sytuacji studia polonistyczne były naturalną konsekwencją drogi wytyczonej przez moje zdolności i zainteresowania. Miałem też dużo szczęścia: w szkole średniej natrafiłem na kółko artystów różnej maści, w którym czułem się jak ryba w wodzie, po studiach wysłałem swoje młodzieńcze nowele do Jerzego Andrzejewskiego, który zaproponował, bym został jego sekretarzem, co stanowiło dla mnie praktyczną szkołę doskonalenia warsztatu, kiedy zaś po kilku latach uznałem, że dojrzałem do powieściowego debiutu i złożyłem maszynopis w Wydawnictwie Łódzkim, powieść z miejsca została doceniona i dość szybko wydana („Gorące uczynki” 1988), wtedy też zaproponowano mi tamże pracę redaktora. Na ile była to kwestia świadomych wyborów, na ile osobistej determinacji i uporu, na ile zaś splot uśmiechów losu? Trudno powiedzieć i dlatego zgłębianie zagadek życia jest tak fascynującym zajęciem.

 

Jak to było, gdy wydawał Pan pierwszą książkę?

To był inny kraj, inna epoka i całkiem odmienne realia, choć nie do końca zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę, że oto nadchodzą nowe czasy. Wydawnictwa były państwowe, nie nastawione na zysk, co miało swoje dobre i złe strony: bez względu na to czy pisarz spłodził nudny gniot, czy napisał bestseller i tak musiał odczekać swoje, zazwyczaj parę lat na wydanie książki (chyba, że był polecany przez władze partyjne, wtedy natychmiast znajdował się papier, inne moce przerobowe i tzw. ścieżka szybkiego druku) i dostawał nawet jak na tamte warunki marne grosze. Mało który jednak autor decydował się wówczas na utrzymywanie tylko z pisania, większość miała gdzieś jakiś etat, choćby symboliczną i najniżej płatną synekurę, ale jakoś żyła i wydawanie powieści traktowała jako pewien dodatkowy luksus, kwiatek do kożucha socjalistycznej egzystencji. Można powiedzieć, że artyści w PRL byli dosyć lumpiarską bohemą, gdyż nie mieli innego wyjścia. W tych warunkach fakt, że udało mi się z młodzieńczą beztroską ominąć wszelkie rafy ówczesnej rzeczywistości i zadebiutować bez specjalnych kłopotów i np. tarć z cenzurą (która zresztą wtedy mocno złagodniała, przynajmniej pod względem obyczajowym), uważam za typowe „szczęście poczatkującego głupka” lub za dowód szczególnej łaski bóstw opiekuńczych.

 

Czy do dziś zdarzają się problemy z wydawcami? Jak w ogóle wygląda proces wydania książki? Od czego zacząć, jakie powinny być kolejne kroki?

Pisarz bez problemów z wydawcami jest jak żołnierz bez karabinu. W dzisiejszych warunkach na początku wpada się w błędne koło: nastawiony na zysk wydawca nie zdecyduje się zainwestować w nieznanego autora, który nie ma „wyrobionego” (czyt. popularnego) nazwiska – jakże jednak ma je nieszczęsny debiutant sobie „wyrobić”, skoro nikt nie chce go wydać? Na pewno pomagają publikacje w różnych branżowych czasopismach, nagrody w konkursach i obracanie się w odpowiednim środowisku, nawiązywanie znajomości… Jak świat światem nic się tu w zasadzie nie zmienia, a jeśli ktoś w to wątpi, niech sobie poczyta „Stracone złudzenia” Balzaka albo „Martina Edena” Londona. Z drugiej strony są też wydawcy gotowi zaryzykować publikację debiutu, ponieważ młody nieznany autor nie żąda wysokich stawek, godzi się na wszystko, byle tylko zaistnieć, no i może się nagle okazać sensacyjnym odkryciem. Łatwo dziś wyobrazić jak pluło sobie w brodę tych jedenastu wydawców, którzy odrzucili pierwszy tom „Harry’ego Pottera”… A zatem wobec debiutantów wydawcy powinni wykazywać zrozumiałą czujność. W znacznie gorszej sytuacji są ci autorzy, którym udało się wprawdzie opublikować wypieszczone „dzieło życia”, lecz powieść zyskała umiarkowane zainteresowanie, sprzedała się średnio i prędko o niej zapomniano. W takiej sytuacji nieszczęsny autor automatycznie wypada z gry lub spada do drugiej ligi, do piekła pisarzy „trudnych”, „kontrowersyjnych”, „niesprzedawalnych”, czyli albo kiepskich grafomanów albo niedocenionych geniuszy. Każdy, kto ma odwagę objawić reszcie świata płody swego ducha, musi też brać pod uwagę fakt, że Sztuka (ogólnie rzecz biorąc) nie jest dziedziną demokratyczną i nigdy nie panowała w niej równość. Sam fakt wydania powieści nie gwarantuje sukcesu, sławy, rozgłosu, popularności ani tym bardziej godziwych zarobków. Chyba, że osiągnie się status, przykładowo, Katarzyny Grocholi lub Andrzeja Sapkowskiego, których stać na luksus dyktowania swoich warunków wydawcom. Wracamy jednak tutaj znowu do kwestii „wyrobionego nazwiska” i w ten sposób zamyka się piekielny krąg literackiej kariery.

 

Komentarze