27 czerwca 1978 roku Polska dołącza do „mocarstw kosmicznych”. Tego dnia, o godzinie 17,27 czasu warszawskiego, statek kosmiczny Sojuz 30 odrywa się od ziemi w dalekim Bajkonurze. Kilka chwil wcześniej, pierwszy polski kosmonauta, Mirosław Hermaszewski, stojąc jeszcze na płycie lotniska melduje: „Ja, obywatel Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej czuję się zaszczycony umożliwieniem mi wykonania lotu kosmicznego na radzieckim statku Sojuz 30 i orbitalnej stacji Salut 6. Okazanego mi zaufania nie zawiodę”.

Miroslaw_HWładcami Polski Ludowej musiały w tym momencie targać sprzeczne uczucia. Z jednej strony dumy, że oto Polak dołącza do grupy eksploratorów przestrzeni kosmicznej, z drugiej jednak zawiedzionych nadziei. Wbrew oczekiwaniom rządzących, Polak nie był pierwszym obywatelem socjalistycznego państwa, który wystartował w kosmos. Kilka miesięcy wcześniej, 2 marca 1978 roku, Moskwa zabrała na pokład swojej rakiety kosmonautę z Czechosłowacji, Vladimira Remeka. „Rude Pravo”, odpowiednik naszej „Trybuny Ludu”, pisało wówczas, że jest to „szczególny dowód zaufania przywódców radzieckich, z towarzyszem Breżniewem na czele, do kierownictwa Partii i Rządu CSRS”. Polscy komuniści poczuć się zawiedzeni, oto świat naocznie przekonywał się, że Czechosłowacja jest bliższa sercu towarzysz Breżniewa niż Polska Rzeczpospolita Ludowa. Wkrótce zresztą Rosjanie posadzili w swoich rakietach kolejno Bułgara, Węgra, Wietnamczyka, Kubańczyka, obywatela Mongolii, Rumuna… Później rozochocili się tak bardzo, że w kosmos poleciał nawet kosmonauta z Afganistanu.

Po starcie Hermaszewskiego w polskich mediach rozpętano prawdziwą histerię propagandową. Jeśli wierzyć ówczesnym gazetom, cały naród „przed telewizorem identyfikował się z majorem Hermaszewskim”. Prawdziwy cel tej wielkiej kampanii określili partyjni propagandyści: „Kształtowanie dumy z historycznych dokonań narodu polskiego, jego osiągnięć w budownictwie socjalizmu. (…) Ukazywanie znaczenia dla rozwoju naszego kraju polsko-radzieckiego sojuszu i braterstwa broni oraz przynależności do wspólnoty socjalistycznej. Pogłębianie w świadomości społecznej przekonania, że udział w lotach kosmicznych przedstawiciela Polski jest dowodem internacjonalistycznej polityki Związku Radzieckiego”.

Nastroje były jednak inne. Zamiast się identyfikować, kpiono. Cały kraj nucił przeróbkę przeboju Maryli Rodowicz: „Wsiąść do rakiety Hermaszewskiego/ nie dbać o szynkę z komercyjnego/ Ściskając w ręku kartkę na cukier/ patrzeć jak Gierek ma wszystko w dupie”. Mówiono też, że „przez to, że Hermaszewski w niebo lata, nie ma mięsa ani gnata”.

Ale czyż kpinom można się było się oprzeć? Poza dziełem Kopernika „De revolutionibus orbium coelestium”, Hermaszewski zabrał w kosmos fotografię Edwarda Gierka, ziemię z Lenino i Warszawy, miniaturowe wydanie Manifestu PKWN i konstytucji, znaczki VI i VII zjazdu partii, plakietkę Szpitala-Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka, proporczyki PZPR, Frontu Jedności Narodu, ZBoWiD-u, Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej, Ludowego Wojska Polskiego, Huty Katowice i Gazociągu Orenburskiego. Oczywiście także Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. „Wszystko to są przedmioty o głębokim, bliskim nam charakterze symbolicznym” – wyjaśniała Polska Agencja Prasowa.

Prawdziwa propagandowa histeria wybuchła po wylądowaniu w Kazachstanie. Po ośmiu dniach lotu, 5 lipca, statek dowodzony przez Piotra Klimiuka, wylądował w Kazachstanie. „Oto jest godzina 19,30 czasu miejscowego, 16,30 czasu moskiewskiego, pojawia się lądownik i maleńki punkcik wyłania się zza chmur. Nagle rozpryskuje się za nim czasza spadochronu. Wolniutko, wolniutko, coraz bliżej ziemi kazachstańskiej, kosmonauci wracają szczęśliwie z międzygwiezdnych przestrzeni” – entuzjazmował się dziennikarz Polskiego Radia. Później odbyło się przyjęcie na Kremlu, gdzie Hermaszewskiego odznaczono Orderem Lenina, Soyuz_TMA-5_launchmedalem Złotej Gwiazdy i uszczęśliwiono tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. W Polsce natomiast Hermaszewskiego uhonorowano Orderem Krzyża Grunwaldu I Klasy i awansowano na stopień pułkownika, na specjalnym posiedzeniu zebrał się Sejm. Później „syn ojczyzny Kopernika”, jak podczas spotkania na Kremlu określił polskiego pilota Breżniew, ruszył w wielką podróż po kraju, gdzie miał rozsławiać polskie sukcesy.

Mimo uruchomienia całej propagandowej machiny, Polacy nie bardzo ekscytowali się podbojem kosmosu, a Mirosław Hermaszewski nie został bohaterem zbiorowej wyobraźni. Naród, a przynajmniej coraz poważniejsza jego część, „odlatywała” z użyciem znacznie mniej wyrafinowanych, przyziemnych sposobów. W latach 1968-1970, jak informował raport Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przygotowany wyłącznie dla najwyższych funkcjonariuszy partii i państwa, roczny wzrost spożycia alkoholu wyniósł 6,6 procent i stanowił aż 25 procent wszystkich towarów konsumpcyjnych. Liczbę alkoholików szacowano na 400 tysięcy, niemal trzykrotnie więcej było ludzi zaliczanych do kategorii „intensywnie pijących”. I choć do kasy państwa płynęły z tego tytułu potężne pieniądze, to jednak straty z powodu alkoholizmu MSW szacowało na 10 procent dochodu narodowego. W rozpoczynającej się dekadzie było już tylko gorzej. Pod koniec lat siedemdziesiątych statystyczny Polak wypijał 8,6 litra czystego spirytusu, ponad dziesięciokrotnie więcej niż przed wojną. Ekonomiści obliczali, że o ile w tym czasie spożycie indywidualne wzrosło w Polsce o 50 procent, mięsa o 46, to wódki aż o 71 procent. U kresu gierkowszczyzny, obywatele wydawali na alkohol około 190 miliardów zł rocznie. Polska nie była zresztą ewenementem. W bratnim Związku Radzieckim w epoce Breżniewa spożycie czystego spirytusu na głowę mieszkańca skoczyło czterokrotnie!

.

Piotr Gajdziński

Książka dostępna pod adresem: www.wydawnictwopoznanskie.com i w księgarniach!

Komentarze