Artur Szrejter jest obecnie najbardziej znany jako autor publikacji z zakresu wierzeń pogańskich Germanów i historii walk Słowian nadbałtyckich ze skandynawskimi wikingami, debiutował jednak jako pisarz fantasy. W rozmowie z portalem Smaki z Polski opowiada o Mieszku i jego przodkach, genetyce historycznej i stosunkach Słowian ze Skandynawami.

Artur Szrejter

Artur Szrejter – pisarz fantasta, publicysta, redaktor, tłumacz.

Ukończył Pan archeologię na Uniwersytecie Warszawskim, a obecnie jest Pan najbardziej rozpoznawalny jako autor publikacji z zakresu wierzeń pogańskich Germanów i historii walk Słowian nadbałtyckich ze skandynawskimi wikingami, jednak debiutował Pan jako pisarz fantasy! Można pokusić się wręcz o stwierdzenie, że opowiadaniem Wieszczy („Fenix” 1/1991), które zostało nominowane do Nagrody im. Janusza Zajdla, zapoczątkował pan w Polsce nurt „słowiańskiej fantasy”. Może więc czytelnicy mają się spodziewać nie tylko Pańskich książek popularnonaukowych, ale też powieści z gatunku słowiańskiej fantasy historycznej?

Od pierwszej połowy lat 90., kiedy ukazywały się moje opowiadania fantasy umieszczone w realiach dawnej Słowiańszczyzny, minęło tyle lat, że myślałem, iż wymarli już wszyscy ówcześni czytelnicy. A na poważnie – od dawna jedynie okazyjnie piszę prozę. Skupiłem się na książkach i artykułach popularnonaukowych, co nie oznacza, że przestałem myśleć o tekstach łączących historię z fantasy. Pracuję nad powieścią z czasów Mieszka I, ale upłynie sporo wody w Wiśle, nim zostanie ukończona. Książka opiera się na dwóch założeniach ogólnych. Po pierwsze, na przedstawieniu wizji państwa polańskiego opartej na kilku teoriach historycznych i archeologicznych, które ukazują początki dynastii Piastów zupełnie inaczej niż naucza się w szkołach. Są to teorie z jednej strony fascynujące, bo omawiają wielokierunkowe i dalekosiężne kontakty gospodarcze i polityczne ziem późniejszej Wielkopolski, ale z drugiej – przerażające, gdyż świadczą, że zarówno bezpośredni przodkowie Mieszka, jak i on sam zbudowali swoje władztwo na krwi. Zdobywali, palili, niszczyli, przesiedlali pokonane sąsiednie plemiona słowiańskie, nakładali na nie ciężkie daniny. Drugie założenie (korzystam z niego od lat w swoich opowiadaniach historycznych z elementami fantasy) mojej książki opiera się na ukazaniu wierzeń i przesądów ludzi wczesnego średniowiecza jako normalnych, codziennych elementów ich życia. A stąd już tylko jeden krok do uznania tego typu przedstawienia świata za fantasy. Bo przecież skoro ówczesny człowiek uważał magię za coś realnego, to w naszym rozumieniu „żył w rzeczywistości fantasy”. Przykładowa sytuacja: pewien wojownik przed wyprawą złożył ofiarę bogom, prosząc ich, by przeżył i wrócił z łupami. Jego sąsiad tego nie zrobił. Nasz bohater wrócił żywy i ze zdobyczami, a jego sąsiad nie wrócił wcale. Każdy człowiek myślący ówczesnymi realiami byłby pewien, że zachował głowę i wzbogacił się dzięki opiece bogów. Opiece rozumianej nie tylko jako czysta wiara, ale także jako przekonanie o istnieniu związku przyczynowo-skutkowego między złożeniem ofiary a wsparciem boskim i bezpiecznym powrotem do domu. Na podobnej zasadzie Bernard Cornwell, którego wydawane po polsku powieści mam przyjemność redagować, umieszcza w swoich książkach historycznych elementy fantasy – są pojmowane przez bohaterów jako realnie istniejące motywy magiczne czy religijne, gdyż wynikają z czynów samych owych bohaterów. W efekcie postaci książkowe wierzą w moc magii, bo widzą jej realny wpływ na własne życie. Wracając do mojej powieści – powstaje powoli, wracam do niej rzadko, większość czasu poświęcając popularyzacji nauki. A że jeszcze obmyślam i dłubię przy innych tekstach literackich, także kryminalnych (osadzonych w realiach mojego ukochanego rodzinnego miasta w czasach, gdy byłem piękny i młody, czyli w latach 80. i 90.), więc wszystkie te projekty rozkręcają się powoli. Ale konsekwentnie.

 .

Czy po ukończeniu serii „Wojny wikingów i Słowian” rozważa Pan napisanie i wydanie analogicznej popularnonaukowej publikacji o początkach Polski?

słowianie

Nikt w Polsce (ani w ogóle w Europie) nie zajmował się dotąd bliżej dziejami wojen Słowian ze Skandynawami.

Chciałbym, ale do zakończenia obecnej serii jeszcze daleka droga, gdyż, wbrew pozorom, zostało jeszcze do opisania sporo wojen Słowian Zachodnich z ludźmi Północy. Oraz związanych z nimi konfliktów Słowian z Niemcami, Rusinami, Bałtami. Trochę odbiegnę od Pańskiego pytania, ale muszę wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego jest dla mnie tak ważne ukazanie w pierwszej kolejności „cyklu nadbałtyckiego” odbiorcom popularnej nauki. Po pierwsze, nikt w Polsce (ani w ogóle w Europie) nie zajmował się dotąd bliżej dziejami wojen Słowian ze Skandynawami. Nikt nie potraktował tej kwestii jako godnej szczegółowego przedstawienia, choć mówi ona przecież o początkach dziejów, kultury i gospodarki kilku państw nadbałtyckich. Po drugie, z tego niezwykle rozległego tematu rodzą się fundamentalne dla nadbałtyckiego wczesnego średniowiecza pytania: kiedy i w jaki sposób rozpoczął się oraz jak naprawdę przebiegał okres wikiński w rejonie Bałtyku?; które ludy były aktywnymi nosicielami „idei wikińskiej” jako systemu społecznego (bo niewątpliwie to, co uważa się za „wikiński tryb życia”, było systemem społeczno-gospodarczo-politycznym)? W dwóch pierwszych książkach z serii o wojnach wikingów ze Słowianami jasno ukazałem swój punkt widzenia, zakładający, że podczas badań strefy nadbałtyckiej należy odrzucić ustalone dawno temu daty graniczne okresu wikińskiego (793–1066), gdyż będący autorami tego datowania naukowcy anglosascy określili je przecież tylko dla własnego obszaru wyspowego. Mają się one nijak do strefy Bałtyku, gdzie okres wikiński (co jasno widać po znaleziskach archeologicznych dotyczących charakterystycznych dla tej epoki przekształceń społecznych, gospodarczych i politycznych) rozpoczął się przynajmniej w połowie VIII wieku. Co więcej, w kilku miejscach nad Bałtykiem i Morzem Północnym (pd.-zach. Norwegia, południowa Jutlandia, niektóre wyspy duńskie, środkowa Szwecja, wybrzeża Słowiańszczyzny połabskiej, skrajnie północna Ruś, chyba też wybrzeża litewskie i wyspy estońskie) wyraźne widać, że początek tego okresu nastąpił jeszcze wcześniej – już w pierwszej połowie VIII wieku. A przeniesienie wikińskiej aktywności na obszary zewnętrzne – Wyspy Brytyjskie, kraj Franków – nastąpiło dopiero kilka dziesięcioleci po początku okresu wikińskiego w miejscu jego „narodzin”, czyli w kilku krainach nadbałtyckich.

Inną sprawą jest uświadomienie czytelnikom – znowu poprzez „wyprostowanie” anglosaskich ustaleń właściwych jedynie dla obszaru Wysp – że nie tylko Skandynawowie byli wikingami. W strefie Bałtyku równie aktywni byli Słowianie nadmorscy (w swoich książkach umownie nazywam ich historycznym terminem „wiciędze”) – najpierw połabscy, a później też pomorscy, którzy w XI wieku zyskali przewagę nad Skandynawami i utrzymywali ją do drugiej połowy XII stulecia. Również niektóre nadbałtyckie ludy bałtyjskie i fińskie przyswoiły sobie wikiński system społeczno-gospodarczy i stały się jego aktywnymi propagatorami. System ten opierał się na etosie wojny łupieżczej oraz etosie wojownika-kupca. Właśnie: nie „etosie wojownika”, jak przez dziesięciolecia wmawiała nam nauka zachodnioeuropejska, starająca się przedstawiać ludzi Północy jedynie jako krwawych najeźdźców, a „etosie wojownika-kupca”. Stwierdzenie to oznacza równocześnie zupełnie inną wizję przekształceń społeczno-gospodarczo-politycznych strefy nadbałtyckiej we wczesnym średniowieczu. Przekształcenia te uformowały model społeczny typu wikińskiego, a więc jednocześnie anarchiczny (w stosunku do instytucji państwa), jak też dążący do rozbudowy nowoczesnego systemu gospodarczego opartego na „wolnym handlu” (tak dalekosiężnym, jak lokalnym), wyspecjalizowanym rzemiośle i stopniowym wprowadzaniu systemu pieniężnego w wymianie dalekosiężnej. W takim ujęciu „wikińskie łupienie” okazuje się działalnością alternatywną, realizowaną, kiedy handel okazywał się mnie opłacalny niż walka. Jak na owe czasy były to niezwykle postępowe zmiany gospodarcze, które wiodły do silnych przekształceń społecznych i politycznych. Tutaj nie ma miejsca na omawianie tych spraw, ale szerzej – i jaśniej – próbuję ukazywać je w swoich książkach. W pierwszych dwóch opracowaniach jedynie szkieletowo przedstawiłem koncepcje dotyczące chronologii i udziału ludów pozaskandynawskich w procesie „wikingizacji” ziem nadbałtyckich. W następnych książkach będę rozwijał dalsze szczegóły swoich poglądów – ale po kawałeczku, aby nie przeszkadzały w odbiorze „przygodowych” opisów poszczególnych wojen średniowiecznej Północy.

Niedawno, w trakcie rozmów z kilkoma archeologami specjalizującymi się w stosunkach skandynawsko-słowiańsko-bałtyjskich, utwierdziłem się w przekonaniu, że moje koncepcje mają sens tak z punktu widzenia historycznego, jak archeologicznego. 

Rozgadałem się na temat obecnie pisanej przeze mnie serii popularnonaukowej, aby ukazać czytelnikom wagę spraw poruszanych przeze mnie w tych opracowaniach przy okazji przedstawiania przygodowej warstwy dawnych wojen.

Wracając do zadanego przez Pana pytania o popularnonaukowe książki dotyczące początków Polski. Konieczne jest pisanie i wydawanie pozycji przedstawiających szerokiemu odbiorcy osiągnięć archeologii, historii, językoznawstwa, religioznawstwa czy etnologii na temat najwcześniejsze dziejów państwa Piastów. Na temat Mieszka, jego domniemanych przodków oraz procesu budowy władztwa Piastów mamy w ostatnich dwudziestu latach do czynienia z niezmiernie ciekawymi odkryciami naukowymi, przede wszystkim archeologicznymi. Niezbędne jest więc ukazanie ich odbiorcy niespecjalistycznemu w możliwie najprzystępniejszej formie. Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli powiem, że jestem w trakcie namawiania kilku badaczy, którzy potrafią zrozumiale przekazywać wiedzę – a to nie jest częste w naukowym gronie – aby podjęli się napisania dla wydawnictwa Erica (do planowanej przeze mnie dla Eriki kolekcji różnych autorów „Barbarzyńska Europa”) opracowań popularnonaukowych dotyczących nowych ustaleń dotyczących powstania państwa Piastów czy też opisujących stosunki Słowian Zachodnich ze Skandynawią i innymi częściami Europy. Co z tego wyjdzie, zobaczymy w następnych latach, bo niestety książki pisze się długo i wymagają ciężkiej pracy, a że popularna nauka nie ma w Polsce dużego grona odbiorców – co przekłada się na niewielkie korzyści finansowe dla autorów i wydawców – stąd też trudno znaleźć osoby, które poza swoją codzienną działalnością (naukową czy dziennikarską) decydują się na pisanie opracowań popularnonaukowych.

.

Najnowsze badania genetyczne nieco namieszały w dotychczas preferowanej teorii o pochodzeniu Słowian. Jaka jest Pana opinia w tej materii? Czy nie warto byłoby tego również przedstawić w bardziej przystępnej formie?

biskupin

Od lat 80., czyli od przełomowych prac krakowskiego profesora Kazimierza Godłowskiego, zmienił się punkt widzenia wielu archeologów

Nie jestem genetykiem, więc muszę przyjąć te badania z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z drugiej strony chętnie to robię, gdyż ich wyniki „namieszały” tylko w tym, co jest na temat pochodzenia Słowian utrwalone w świadomości ludzi dziś dorosłych – czyli wynika z przyswojonej przez nich wiedzy szkolnej, dziś już mało aktualnej. A propagowana niegdyś wiedza szkolna oparta była na obowiązującej wówczas w polskiej nauce teorii autochtonistycznej, w myśl której Słowianie mieli żyć na naszych terenach od tysiącleci (i zbudować Biskupin). Tymczasem od lat 80., czyli od przełomowych prac krakowskiego profesora Kazimierza Godłowskiego, zmienił się punkt widzenia wielu archeologów (z historykami jest znacznie gorzej, są mniej reformowalni) na czas i miejsce wykształcenia się Słowian jako etnosu (w konsekwencji dzisiaj dzieci uczą się na historii już tego nowego punktu widzenia – wiem, bo widziałem podręczniki swojego syna). Chodzi o teorię allochtonistyczną, czyli lokującą uformowanie się Słowian poza terenami dzisiejszej Polski i znacznie później niż przyjmowała szkoła autochtonistów. I właśnie wspomniane przez Pana ostatnie badania genetyczne są kolejną przesłanką przemawiającą za prawidłowością teorii allochtonistycznej. Jednakże wątpliwości co do ustaleń genetyków może wzbudzać wyodrębnienie przez nich cech (czy też markerów) typowo słowiańskich, ale do tego jeszcze wrócę.

Nowe badania genetyczne dotyczyły cech ludności różnych krajów Europy, w tym państw słowiańskich, także Polski. Ich wyniki mówią jednocześnie o wyznacznikach etnicznego pochodzenia Słowian jako ogółu. Wynika z nich, że na przykład Polacy mają z jednej strony cechy koczowniczych Scytów i Sarmatów, a z drugiej typowych Słowian. No właśnie, co to znaczy „typowych Słowian”, skoro Słowianie jako odrębna gałąź Indoeuropejczyków pojawili się bardzo późno i według archeologicznych oraz antropologicznych ustaleń „sami w sobie” są mieszanką innych ludów, tak indoeuropejskich (Bałtów, Germanów), jak i nieindoeuropejskich (fińskich, laponoidalnych). Czyżby właśnie mieszankę cech tych starszych ludów genetycy uznali w swoich ustaleniach za wyznacznik „typowo” słowiański? Jeśli tak, to można się z tym zgodzić, choć – o ile wiem – oprócz „antropologów” z hitlerowskiej organizacji Ahnenerbe nikt nie zdołał wyznaczyć cech „typowo” słowiańskich, gdyż takie po prostu nie istnieją (między innymi właśnie dlatego, że Słowianie są mieszanką różnych typów antropologicznych). Archeolodzy przypuszczają, że oprócz wymienionych już ludów w etnogenezie Słowian uczestniczył też spory komponent indoeuropejskich koczowników Sarmatów i pokrewnych im plemion ze stepów nadczarnomorskich. Nowe badania genetyczne twierdzą to samo – według nich cechy scyto-sarmackie są bardzo istotne w genach Słowian. Jak zatem widać, wyniki badań genetyków nie są objawieniem dla tych archeologów i antropologów zajmujących się Słowiańszczyzną, którzy opowiadają się za teorią allochtonistyczną.

Dlaczego? Dlatego że teoria ta głosi, iż Słowianie powstali jako etnos w pierwszych wiekach naszej ery na rozległych obszarach dzisiejszego pogranicza białorusko-ukraińskiego i lasostepu północnej Ukrainy. Właśnie tam archeolodzy-allochtoniści widzą na przełomie er strefę „magmy”, jak niektórzy ją określają, w której miało dojść do zmieszania się – jak w wulkanie – części wędrujących nad Morze Czarne Germanów z miejscowymi Bałtami i plemionami fińskimi, przy znacznym udziale ludów stepu, w tym Sarmatów. I ta „magma” w I–III stuleciu n.e. miała „zestalić się w skałę” nowego ludu, Słowian. Jest to obecnie najbardziej prawdopodobna (jeśli bierze się pod uwagę znaleziska archeologiczne) teoria, która na długo przed badaniami genetycznymi wykazała, że Słowianie stanowią konglomerat wielu ludów z kilku stref Europy Środkowej, Wschodniej i Północnej. Już kiedy studiowałem archeologię, czyli w pierwszej połowie lat 90., była to w warszawskim i krakowskim środowisku archeologicznym dominująca teoria, a wtedy przecież nikt nie myślał o korzystaniu z genetyki w potwierdzaniu badań archeologicznych. Zatem ustaleniom genetyki należy się uważnie przyglądać, ponieważ ma do dyspozycje metody wcześniej nieosiągalne, nawet niewyobrażalne, jednak ważne jest, aby sami genetycy ustalili najpierw, co rozumieją przez owe wspomniane już przeze mnie problematyczne cechy „typowo” słowiańskie. Określenie to nic nie mówi, a tak naprawdę może oznaczać bezradność genetyków wobec występujących u Słowian mieszaniny cech.

Także dla religioznawców nowe badania genetyczne nie są niczym zaskakującym. Badacze religii dawno temu stwierdzili, że w słownictwie słowiańskim związanym z wierzeniami ogromny udział mają terminy pochodzenia indoirańskiego. A do ludów indoirańskich zalicza się nie tylko Medów, Persów czy Saków, ale też właśnie Scytów i Sarmatów, czyli tych, którym ostatnie odkrycia genetyków przypisują udział w etnogenezie Słowian. Jak z tego widać, również dla religioznawstwa ustalenia genetyków nie są objawieniem i niczego nie burzą. Badacze dawnych wierzeń, ustaliwszy olbrzymi wpływ religii indoirańskich na dopiero formującą się religię Słowian, stwierdzili, że do powstania wierzeń słowiańskich (a co za tym idzie, także pierwocin tożsamości samych Słowian) musiało dojść w strefie co najmniej silnych wpływów ludów sarmackich, a jeszcze prawdopodobniej: przy etnicznym udziale Sarmatów. A do tego mogło dojść tylko na pograniczu strefy leśnej ze stepową, czyli właśnie tam, gdzie archeologia allochtonistyczna od czasów Kazimierza Godłowskiego umieszcza wykształcenie się Słowian – na północnej Ukrainie.

persowie

Do ludów indoirańskich zalicza się nie tylko Medów, Persów czy Saków

Nie tylko genetyka należy do bardzo nowoczesnych metod pozahumanistycznych wspierających archeologię. Co ciekawe, owe nowoczesne metody wcale nie obalają, lecz wręcz potwierdzają wiele osiągnięć archeologii ostatnich dziesięcioleci XX wieku. Także badania fizyko-chemiczne używane są do określania etnicznej przynależności ludzi żyjących w okresie wczesnego średniowiecza. Na przykład analizy zawartości izotopu strontu w szczątkach ludzi pochowanych w duńskim obozie wojskowym w Trelleborgu stwierdziły tam obecność Słowian, zaś na cmentarzysku w Bodzi pod Włocławkiem – Skandynawów. I byłyby to rewolucyjne ustalenie, gdyby nie to, że… tylko potwierdziły wcześniejsze wnioski archeologów zdobyte tradycyjnymi metodami wykopaliskowymi. Właśnie z owych badań archeologicznych ostatnich dziesięcioleci wiadomo – tylko że nie uczy się o tym w szkołach ani nie trąbi w wiadomościach telewizyjnych – że na terenach zachodniosłowiańskich, w tym polskich, istniało osadnictwo skandynawskie. Przede wszystkim byli to wojownicy-najemnicy i kupcy, z których wielu przybywało wraz z rodzinami, a może nawet całymi rodami. Z kolei w licznych miejscach Skandynawii – od Danii po środkową Szwecję – znajduje się pozostałości po osadnikach słowiańskich: rzemieślnikach, kupcach i „zwykłych” wolnych rolnikach.

Z tego względu wyniki badań genetycznych i fizyko-chemicznych mogą stanowić zaskoczenie tylko dla odbiorcy niespecjalistycznego. Dla archeologów czy religioznawców i osób orientujących się w ich osiągnięciach stanowią po prostu argumenty za lub przeciw określonym teoriom historycznym, archeologicznym, religioznawczym. Dlatego jest dla mnie jasne, że przydałoby się przedstawienie szerokiemu gronu czytelników najnowszych ustaleń „genetyki historycznej” czy dopełniających archeologię badań fizyko-chemicznych, tyle że czymś takim powinni się zająć naukowcy i popularyzatorzy znający się na fizyce, chemii i genetyce. Ja się do nich nie zaliczam, a życia by mi nie starczyło, gdybym jeszcze chciał rozszerzyć swoją wiedzę na te tematy.

Zgadzam się też, że w Polsce jest za mało książek popularnonaukowych pisanych przez specjalistów. Wynika to z zupełnie innego niż na przykład w krajach anglosaskich czy skandynawskich podejścia społecznego do nauki i jej osiągnięć. Owo polskie niechętne i lekceważące podejście do nauki i naukowców częściowo wywodzi się jeszcze z czasów komunistycznych (wszak „jeden górnik wart jest trzech profesorów!”), częściowo jednak jest już gorzkim owocem obecnego stanu rozwoju intelektualnego (albo w ogóle jego zastoju) społeczeństwa postpeerelowego. Ale to rozległy – i niezwykle ciekawy – temat na inną rozmowę.

 

Komentarze