– Jak na razie potwierdzasz raczej osąd Tygellina – przerwał niecierpliwie Neron. – Nie wydaje mi się, by ta iluzja niewolników i histeryczek była groźna dla państwa.

– Wierz mi, panie – zaoponowałam stanowczo – są niebezpieczni, skoro zgnilizna zaczęła już toczyć pałace. Są jak grzyb zżerający fundamenty sypiących się murów lub śmiertelna choroba wykańczająca powoli zakażony organizm. Apollonios pewnie wytłumaczyłby to lepiej niż ja. Ich apostołowie głoszą, że rychły jest kres naszych dni, skoro ich bóg przyjdzie zniszczyć ogniem owo występne miasto, tak jak zniszczył Sodomę. Mówią, że jednego dnia runie Kapitol i rozpadnie się ziemia. Bóg wtrąci w otchłań potępienia całą ludzkość, oprócz garstki wybrańców. Kim zaś są ci wybrani? Wszyscy, którzy gardzą tym, co stanowi o radości i pięknie życia: zabawą, igrzyskami, nauką i sztuką, nawet ziemską ojczyzną. Dlatego uchylają się od służby w legionach… i odmawiają czci naszym bogom. Twierdzą, że tylko żydowski demiurg jest bogiem prawdziwym, a inne bóstwa to fałszywe demony, złe, szkodliwe i grzeszne. Obiecują, że posągi Jowisza, Junony, Marsa i Wenery rozsypią się w proch na zgliszczach Romy – mnożyłam oskarżenia, powtarzając jak dobra uczennica słowa swego mentora. – Czyż to nie dość, aby ich uwięzić i skazać?

Oczy cesarza najpierw rozszerzyły się ze zdumienia, a potem zwęziły w natłoku myśli.

  Vade retro, Domine!

– Jeśli wszystko, co mówisz, jest prawdą – wyjąkał w końcu – godni są każdej kary.

– Jeśli wszystko, co mówisz, jest prawdą – wyjąkał w końcu – godni są każdej kary. Rządzimy licznymi ludami, dlatego z zasady uznajemy wielość kultur i tolerancję dla cudzych religii. Szanujemy Izydę, pobłażamy szerzącemu się wśród wschodnich legii kultowi Mitry… Postawa Nazarejczyków jest dla nas jednak nie do zaakceptowania. Godzi w podwaliny mocarstwa. Teraz rozumiem, dlaczego kryją się ze swym bożkiem po katakumbach! – zawołał w nagłym olśnieniu, pojękując cicho z rozkoszy.

– Być może w  katakumbach rozstrzygają się właśnie przyszłe losy Imperium – oświadczyłam ponuro. – Z rzymskich podziemi buchną płomienie nieszczęść dla świata! – zahuczałam kasandrycznie. – Nazarejczycy szykują nam zagładę. Nieprzyjaciółmi są twymi i całego rodzaju ludzkiego! – wołałam w wieszczym uniesieniu z zamierzonym patosem.

– Ciszej, proszę cię – upomniał mnie łagodnie. – Twoje krzyki zanadto mnie rozpraszają. Co ty i Apoloniusz radzicie? – spytał bez ceregieli.

– Powstrzymaj ich, cesarzu! – zażądałam. – Skarżyłeś się, że rzymskie pospólstwo nie rozumie twych górnolotnych dążeń? Że prostaków nudzą turnieje poezji i śpiewacze występy? Że sarkają na igrzyska bez walk gladiatorów, dzikich zwierząt i sprośnych mimów? Daj ludowi, czego chce. Ciśnij na arenę Cyrku Watykańskiego dziesiątki, setki, tysiące skazańców! Niech pożrą ich drapieżne bestie! Niech zawisną na krzyżach jak ich złowrogi prorok! Niech spłoną w ogniu, gdy tak ochoczo go przywołują! Stwórz widowisko, jakiego świat nie widział! Skoro plebs pragnie krwi, to znaczy, że łakną jej też bogowie, bo głos ludu jest głosem bogów – wycedziłam dobitnie.

– Zapewne to cenna rada – odparł po chwili namysłu. – Nawet ja muszę zważać na nastroje ludności. Nie mogę jednak nikogo karać tylko na podstawie domysłów i plotek znoszonych do tajnej kancelarii przez płatnych donosicieli. Muszę mieć w ręku niezbity dowód zbrodniczych zamiarów tych ludzi. Takie jest rzymskie prawo – stwierdził jakby z ubolewaniem.

– Pracujemy nad tym – oznajmiłam. – Mamy wśród nich swojego człowieka.
.

Komentarze