– Żaden nie był tak utalentowany – starałam się rozproszyć wątpliwości. – Brakowało im twego daru uwodzenia tłumów.

– Być może – stwierdził, nieprzekonany do końca. – Trzeba będzie o to zapytać bogów. Najlepiej delficką wyrocznię. Nigdy nie schlebiała władcom.

– Na pewno potwierdzi, że jesteś bożym wybrańcem – zawyrokowałam.

– Obyś miała rację, Sybillo – rzekł nieco zafrasowany. – Muszę to wszystko przemyśleć.

Pogrążył się w zadumie, karmiąc machinalnie ulubieńca.

Choć było dopiero wczesne popołudnie, szybko ciemniejący firmament zapowiadał nadciągającą nawałnicę.

Ja zaś spojrzałam w niebo, jakby szukając wsparcia. Choć było dopiero wczesne popołudnie, szybko ciemniejący firmament zapowiadał nadciągającą nawałnicę. Znajdowaliśmy się zaledwie trzydzieści mil od wiecznego miasta. Wisząca nad Rzymem kometa była stąd doskonale widoczna. W momencie, gdy na nią spojrzałam, zdało się mi, że mocniej poczerwieniała i zapłonęła jaskrawiej. Odebrałam to niczym umówiony sygnał. Wiedziałam, że kiedy zgaśnie słońce, pojawi się na północnym horyzoncie purpurowa łuna. Biesiadujące dzisiaj dla Apollina, migoczące złotem, zwieńczone różami korowody wybiegną na spotkanie śmierci i wpadną w ognisty wir, który wchłonie je w konwulsyjnych podrzutach. Gmachy publiczne, świątynie, termy, galerie, biblioteki (tych akurat było mi szkoda najbardziej), pałace patrycjuszy i rudery biedoty zamienią się w gorejące szkielety. Stolica świata padnie łupem demonów.

Dobrze, że imperator w tej chwili na mnie nie patrzył. Nie miałam pod ręką lusterka, ale byłam pewna, iż moją twarz przyozdobił cień złowrogiej satysfakcji. Nie potrafiłabym jej ukryć. Nic nie radowało mnie tak bardzo,  jak zręcznie poprowadzona intryga.

Za mało, powtarzałam w myślach, wszystkiego za mało. Za mało lwów, tygrysów, krzyży i żywych pochodni. Te ostatnie okazały się zresztą kompletnym niewypałem: nie dość, że słabo świeciły, to jeszcze strasznie cuchnęły. Całą ucztę miałam przez to zepsutą. Choć napoiłam się obficie krwią „świętych i męczenników”, a w istocie bezwolnych baranów, nie opuszczało mnie przeświadczenie, że ja i Apollonios wciąż nie osiągnęliśmy zamierzonego celu. Czułam ogromny niedosyt i nie była to żądza mordu. Problem krył się w głębiach umysłu. Zadaliśmy śmierć i cierpienie wielu otumanionym nędznikom, lecz nie zdołaliśmy w nich złamać fanatycznego ducha. Prześladowaniami nie udało się rozwiać zbiorowego urojenia, przeciwnie, zaczęło zataczać coraz szersze kręgi. Za jego sprawą nieszczęsna, ogłupiała ludzkość miała się stoczyć w przyszłości w otchłań prawdziwego szaleństwa, kładącego kres naszej cywilizacji.

Uświadomiłam to sobie w całej pełni, gdy przysłuchiwałam się rozmowie Nerona z Paulusem. Nasz były tajny współpracownik wylądował po wszystkim w lochu, gdy okazało się, że wyrwał się nam spod kontroli, czyli przestał być użyteczny. Skuty łańcuchem i rzucony na kolana przed władcą świata nie stracił jednak wrodzonej pewności siebie.

– Krew moja ma być przelana na ofiarę – mamrotał zapamiętale. – Przeznaczono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi włoży Pan.
.

Komentarze