Smaki z Polski

Piotr Kostikow, radziecki nadzorca Polski, napisał o nowym I sekretarzu KC, że „był zaskakująco nowy”.

W zbiorowej pamięci Polaków lata siedemdziesiąte zapisały się jako okres niemal powszechnej szczęśliwości i rozpasanej konsumpcji. Wprawdzie na kredyt, ale naród utracjuszy wymęczony gomułkowską zrzędliwością i siermiężnością codziennej egzystencji, zachłysnął się postawnym, odzianym w elegancki garnitur, dobrze ostrzyżonym komunistą z „polskiej Katangi”.

Komunistą, który zwracał się do nich już nie mlaskającym „Towarzysze i Towarzyszki”, ale dostojnym i budzącym zaufanie „Rodacy”. Komunistą, który nie miał w życiorysie kominternowskiej szkoły i partyzanckiej przeszłości, miał za to lata spędzone na Zachodzie. Piotr Kostikow, radziecki nadzorca Polski, napisał o nowym I sekretarzu KC, że „był zaskakująco nowy”.

Po czternastu latach zasiadania w Biurze Politycznym KC PZPR i trzynastu sprawowania funkcji I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, Gierek nowy oczywiście nie był. Co więcej, niczego nowego nie mówił. Ale mówił inaczej. Z wolna duszną atmosferę gomułkowszczyzny zaczynał zastępować zapach dymu z papierosów marlboro mieszający się z wonią perfum o wiele obiecującej nazwie „Być może…” oraz widok rodziny pomykającej maluchem na wczasy i osładzającej sobie podróż mityczną coca colą. Stefan Kisielewski, katolicki publicysta i pisarz, zgryźliwy obserwator komunistycznej rzeczywistości, nie krył uznania pod adresem Gierka. Na początku dekady zapisał w swoich „Dziennikach”: „Cwany facet, ma swoją linię, pragmatyczną i bojaźliwą, ale ma. (…) To Wielki Usypiacz, chce dać chleba i igrzysk, politykę chowa dla siebie”.

W opinii Kisiela jest dużo uszczypliwości, ale większości Polaków nowy kurs władz odpowiadał i budził nadzieję. Po latach wojny, skromniutkiej egzystencji odbudowującego się państwa, obezwładniającego odoru stalinowskiego strachu i po do obsesji oszczędnym „Starym” (Gomułce), Polacy chcieli wreszcie normalności. Zwłaszcza młodzi. Gierek się nie sprzeciwiał. Uchylił drzwi. Nie nazbyt szeroko, ale wystarczająco, aby wpuścić nieco świeżego powietrza i oczyścić atmosferę.

Po czternastu latach zasiadania w Biurze Politycznym KC PZPR i trzynastu sprawowania funkcji I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, Gierek nowy oczywiście nie był. Co więcej, niczego nowego nie mówił. Ale mówił inaczej. Z wolna duszną atmosferę gomułkowszczyzny zaczynał zastępować zapach dymu z papierosów marlboro mieszający się z wonią perfum o wiele obiecującej nazwie „Być może…” oraz widok rodziny pomykającej maluchem na wczasy i osładzającej sobie podróż mityczną coca colą. Stefan Kisielewski, katolicki publicysta i pisarz, zgryźliwy obserwator komunistycznej rzeczywistości, nie krył uznania pod adresem Gierka. Na początku dekady zapisał w swoich „Dziennikach”: „Cwany facet, ma swoją linię, pragmatyczną i bojaźliwą, ale ma. (…) To Wielki Usypiacz, chce dać chleba i igrzysk, politykę chowa dla siebie”.

Partia, która do tej pory miała ambicję organizowania całego życia każdego obywatela, straciła wpływ na młodzież już w końcu lat sześćdziesiątych, ale prawdziwy wybuch emancypacji tej grupy miał miejsce podczas rządów Gierka. Co więcej, uznano, że próby narzucania młodym pożądanych kanonów zachowania rozbijają się o mur obojętności, niechęci, a co najgorsze – buntu. Tymczasem celem ekipy gierkowskiej było zdobycie akceptacji młodzieży dla wprowadzanych w kraju zmian. Ekipa Gierka wyraźnie  schlebiała młodzieży – napisał w książce „PRL. Trwanie i zmiana” Krzysztof Kosiński. – Odkrycie, dokonane przez władze, polegało na stwierdzeniu, że słuchanie na przykład The Beatles i czesanie się na „beatlesa” wcale nie musi szkodzić komunizmowi. Dzisiaj trudno docenić wagę tej zmiany, skoro jeszcze w latach pięćdziesiątych taniec miał być po prostu formą wyrażania poparcia dla władzy ludowej. Diagnoza nie była zresztą prawdziwa, komunizmowi owa „beatlesowska” fryzura i zachodnia muzyka zaszkodziły potężnie. Zwłaszcza, gdy nad Wisłą zaczęto słuchać Rolling Stonesów, Joan Baez i Boba Dylana. Jego „The Times They Are a-changin”, „Blowin In the Wind”, „Like a Rolling Stone”, czy „Hurricane” zradykalizowały młode pokolenie w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, a do Polski dotarły na większą skalę dopiero w epoce Gierka. Jeden z amerykańskich dziennikarzy muzycznych powiedział wówczas, że choć od dziecka uczono go, że pióro jest silniejsze niż miecz, to do momentu, gdy usłyszał pieśni Dylana szczerze w to wątpił. W warszawskim Domu Partii przekonano się o tym znacznie później. Opóźnione wybuchy miewają czasem większą moc.

Edward Gierek

O ile w latach sześćdziesiątych pieprzyku prywatkom dodawała butelka słodkiego wina, to za Gierka pito już wódkę.

Nie wszystkim się to jednak podobało. Na początku lipca 1971 roku Józef Tejchma, wówczas jeden z najważniejszych członków Biura Politycznego Komitetu Centralnego, dostał list od jakiegoś działacza społecznego z prowincji, a w nim fotografię wyciętą ze studenckiego tygodnika „ITD”, przedstawiającą młodą kobietę w majtkach i biustonoszu. Społecznik pałał świętym oburzeniem Zwłaszcza, że dostrzegł na zdjęciu „między udami widoczny puszysty meszek, a w biustonoszu sztucznie nabrzmiałe piersi” – napisał. Nerwowość czytelnika potęgowało jeszcze to, że w tym samym numerze redakcja opublikowała ideologiczne przemówienie Tejchmy.

Starzy działacze PZPR, którzy partyjne ostrogi zdobywali w okresie stalinizmu, nie bardzo potrafili zaakceptować także bardziej bezpośredni styl obecności członków nowej ekipy w przestrzeni publicznej. Gdy Józef Tejchma wziął udział w V Maratonie Pływackim „Zalew’ 73”, a wysiłkowi członka Biura Politycznego kilka wierszy poświęcił patronujący imprezie „Express Wieczorny”, na jednej z partyjnych narad odbywających się w Poznaniu pytano, czy aby członkowi najwyższego partyjnego kierownictwa wypada pluskać się w wodzie.

Oczywiście liberalizm ekipy Sztygara, jak nazwał Gierka Jarosław Iwaszkiewicz, miał swoje, dość sztywno ustanowione granice. Na pewno nie mieścił się w nich ruch hipisowski, który pojawił się w Polsce jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, ale rozkwitł dopiero w następnej dekadzie. Młodzieżowe pisma, między innymi „Radar” oraz „Sztandar Młodych”, przedstawiały hippisów jako zdemoralizowanych wyrzutków społeczeństwa, brudnych leni zapatrzonych w amerykański styl życia i próbujących go bezkrytycznie kopiować. Na połajankach się nie kończyło, bo milicja uparcie sadzała „dzieci kwiaty” w aresztach, wzywała na przesłuchania, przeszukiwała organizowane przez nich komuny. A czasem po prostu goliła głowy, bo długie włosy stały się symbolem buntu i niechęci wobec socjalistycznej ideologii.

Młodzi, długowłosi i niecodziennie ubrani hippisi, szokowali zresztą nie tylko władze, ale i zuniformizowane społeczeństwo. „Jak zobaczyłem Dzikiego, jego długie włosy, to byłem w szoku. To jest nie do wiary, że ktoś mógł tak wyglądać w tamtych latach – wspominał Kamil Sipowicz, filozof i muzyk, w latach siedemdziesiątych hippis. – Ludzie na niego reagowali najczęściej agresją albo zdumieniem, ale trzeba było być naprawdę odważnym, żeby swoim wyglądem wtedy szokować”. Niechęć potęgowało też coraz częstsze sięganie hippisów po różnego rodzaju „dopalacze”. Dostęp do sprowadzanej z zagranicy marihuany lub LSD miało niewielu, ale gierkowska Polska była krajem ersatzu. Zamiast skrętów wąchano więc Tri, substancję służącą do wywabiania plam, łykano Dolargan i Krople Inoziemcowa, pito Astmosan, lek na astmę.

Edward Gierek

Dyskoteki, prywatki i „rozwiązłość” czasów Gierka

Większość dyskotek prowadziły Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe, państwowa instytucja kulturalna, ale przybytki młodzieżowego szaleństwa szybko urwały się ze smyczy nadzoru i wpływu władz. Królowały przeboje zagranicznych wykonawców, bo dzięki coraz częstszym wyjazdom zagranicznym, discjockeye bez większego trudu zdobywali zachodnie płyty. Do rangi klasyki urósł polski big-beat, tańczono sambę, jive’a, ale przede wszystkim „układy własne”, często określane przez starsze pokolenie „tańcem dla szaleńców”. W połowie lat siedemdziesiątych dyskoteki otwarto także dla młodzieży szkolnej, bo wcześniej – przynajmniej oficjalnie – do tych „przybytków rozpusty” wpuszczano jedynie „młodzież starszą”.

Urzędnicy odpowiedzialni za politykę kulturalną i starsi towarzysze trochę się zżymali i próbowali przeciwstawiać się „zachodniemu stylowi życia”. Na początku lat siedemdziesiątych Komisja ds. Młodzieży Komitetu Centralnego orzekła, że „Pieśni i piosenki posiadają wielkie znaczenie wychowawcze”. Oczywiście nie wszystkie. „W wielu z nich znajdują odzwierciedlenie istotne wydarzenia z życia narodu – walki narodowo-wyzwoleńcze, walki klasowe ruchu robotniczego, na przykład Marsz Kajdaniarski, pieśni związane z Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową, wojną domową w Hiszpanii”. Dodawano także, że „wiele zrobiono w dziedzinie popularyzowania piosenki radzieckiej. Wyeliminowano w zasadzie wykonywanie piosenek w językach zachodnich”.

Było to typowo komunistyczne zaklinanie rzeczywistości, bo dyskotekowa rąbanka, najczęściej zachodnia, rozbrzmiewała już jak kraj długi i szeroki. Niewielu też przejmowało się zaklęciami wypowiadanymi w „Białym Domu”, jak powszechnie nazywano Dom Partii, a jeszcze mniej chciało śpiewać „Marsz Kajdaniarski”. Dyskoteki podbijały coraz mniejsze miasteczka, a przemysł wspierał ich rozwój nowoczesnym sprzętem. „Unitra” i łódzka „Fonica” pełną parą produkowały gramofony, magnetofony, głośniki oraz wzmacniacze, a i tak nie bardzo mogły zaspokoić potrzeby coraz szybciej rozwijającego się „show biznesu”. Do organizowania dyskotek namawiała zresztą prasa. „Idziemy do kierownika domu kultury, przedstawiamy świetlany plan działania sięgając po tak przekonujące argumenty jak to, że za pośrednictwem dyskotek będziemy kształtować wrażliwość muzyczną młodzieży – pisała w 1975 roku „Filipinka” – popularyzować polską muzykę, że unikniemy przestępczości wśród nieletnich zajmując im czas w atrakcyjny sposób”.

Dyskoteki szybko zdystansowały popularne za Gomułki prywatki i stały się wręcz pokoleniowym doświadczeniem młodzieży lat siedemdziesiątych. Wyrosła wokół nich prawdziwa subkultura, która miała imitować zachodni styl życia. Młodzi ludzie porzucili szare, nie wyróżniające w tłumie ubrania, na rzecz kolorowych i krzykliwych. Nie było to proste, bo państwowy przemysł nie rozpieszczał Polaków, ze wszystkich sił starając się ich wbić w workowate spodnie i szarobure kurtki oraz kiepskiej jakości buty. Ratunku poszukiwano „na ciuchach”, w gazetowych poradach oraz w przysyłanych z Zachodu kolejnych numerach „Burdy”. Barbara Janowicz pamięta, że paczka od rodziny z Niemiec to było prawdziwe święto. „Rozpakowywałam karton i często płakałam ze szczęście. Największą radość sprawiała mi właśnie Burda z wykrojami sukienek, bluzek, spodni. Dzięki nim mogłam uszyć dla swoich córek oryginalne, modne ubrania, a i ja mogłam sobie czasem pozwolić na coś ekstra – wspomina. – Największa radość panowała, gdy w paczce oprócz wykrojów i słodyczy znajdowałam niemieckim materiał”.

C.D.N.

Książka dostępna pod adresem: www.wydawnictwopoznanskie.com i w księgarniach!

Piotr Gajdziński

Piotr GajdzińskiRocznik 1964. Absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dziennikarz, pracował m.in. w „Expressie Poznańskim”, tygodniku „Wprost”, „Reklamie Plus”, „Rzeczpospolitej”. Publikował w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, tygodniku „Cash”, „Życiu Gospodarczym”, „Magazynie Rzeczpospolitej”. Od kilku lat współpracuje z miesięcznikiem „Odra”.

Autor książek: „Niewinny morderca”, „Balcerowicz na gorąco”, „Imperium plotki, czyli amerykańskie śniadanie z niemowląt” (o roli plotki w życiu publicznym), „Prowokacji” (o roli prowokacji w życiu publicznym),  „Anatomii zbrodni nieukaranej” (o nierozliczeniu z komunizmem), „Sztuka przywództwa. Piłsudski”. Obecnie kończy biografię Edwarda Gierka, byłego I sekretarza KC PZPR.

W latach 1999-2010 pracował najpierw w Wielkopolskim Banku Kredytowym, a później w Banku Zachodnim WBK. Był rzecznikiem prasowym, odpowiadał za public relations oraz komunikację wewnętrzną. Obecnie prowadzi własną firmę PR Gajdziński Brand.

Żonaty, dwoje dzieci.

Komentarze