Z Wiesławem Kotem, pisarzem, publicystą, krytykiem filmowym, byłym wicenaczelnym „Wprost” oraz autorem książki „PRL. Jak cudnie się żyło” o jego wspomnieniach z PRL-u rozmawia Jakub Napoleon Gajdziński.

Jak przygotowywano święta, gdy sklepowe półki świeciły pustkami?

Tydzień Kuchni PRL

Tydzień Kuchni PRL

Przede wszystkim z wyprzedzeniem. Z czego to się brało? Z paru zbieżnych powodów. Polska to naród chłopski. A na wsi okres przed Bożym Narodzeniem to był post podwójny. Po pierwsze: chłopy (i tak wygłodzone) trudniły się wówczas omłotem zboża na klepisku. Co jest harówą. Po drugie: w adwencie obowiązywał post (np. od pokarmów mięsnych), a na katolickiej wsi brano to całkiem poważnie. W rezultacie chłopu żołądek przyrastał do kręgosłupa. Ale on wiedział, że się odkuje. Przy świątecznym stole, bo już omłócone, a i tak w święta robić nie wolno. Więc żona i matka odkładała co lepsze na ten święty czas. A wtedy następowało wielodniowe obżarstwo. Aż po grdykę, do przesytu. Przed Wielkanocą było podobnie – bo to tzw. przednówek. Czyli co? Ano, stare się zjadło, a nowe jeszcze nie obrodziło. Więc znowu – wszystko co najlepsze chowało się na śniadanie wielkanocne. I znowu – raz a dobrze, do przesytu.

Dlaczego się tak rozpisuję o wsi pańszczyźnianej? Ano dlatego, że chłopski syn, który w PRL-u awansował do miasta, przechowywał w pamięci obyczaje swoich przodków. I przymus świątecznego obżarstwa przenosił w chude czasy swojej epoki, mimo, iż już adwentu nie respektował, zboża nie młócił i – zasadniczo – nie głodował. Więc jego małżonka przygotowania do bożonarodzeniowego stołu rozpoczynała tuż po Wszystkich Świętych. Bo – trzeba było uzgodnić z rodziną na wsi, jaki będzie termin świniobicia oraz jaka część świniaka – przewieziona w najlepszym razie w bagażniku syrenki – trafi na świąteczny stół.

Poza tym dzieciakom należały się cytryny, w szczytowym przypadku: pomarańcze. Tych, oczywiście, w sklepach nie było. Pozostawały one towarem mgławicowym: radio podawało, że z sojuszniczej Kuby podążają ku nam dwa statki cytryn. Ale kiedy przybędą, kiedy się je rozprowadzi i czy do nas w ogóle dotrą, to już była kwestia w najwyższym stopniu niepewna. Ale gdyby nawet pojawiły się w okolicy, to przecież kierowniczka sklepu nie miała żadnego interesu w tym, by je wstawiać tak po prostu do sprzedaży jak dżem porzeczkowy. To był towar negocjacyjny, przetargowy. Należało go upłynnić komuś, kto dysponował innym towarem przetargowym. Typu: rajstopy, pończochy, bluzki z elastiku. Tak więc cytryny krążyły między zapleczem jednego sklepu i zapleczem innego sklepu, gdzie dokonywała się obopólnie korzystna wymiana. Dzięki temu zacieśniały się więzy towarzyskie i handlowe. Posiadanie kilku cytryn było honorowane w ten sposób, że wieszano je obok bombek na gałązkach choinki. Po co? Ano, dla okazania. Bo w czasie Świat wizytowaliśmy się po linii rodzinnej i znajomościowej. I miło było wówczas zaświeciło w oczy posiadaniem trzech cytryn. I one sobie zasychały na tych gałązkach, po przecież szczęśliwi posiadacze nie musieli wciskać sobie ich soku do herbaty. Pamiętali bowiem słowa pierwszego sekretarza, towarzysza Wiesława, że kiszona kapusta zawiera tyle samo witamin, co cytryny. A to, że parszywi malkontenci wytykali od razu, że cytrynę można do herbaty wycisnąć, a kiszoną kapustę już nie bardzo, zganiano na rzecz wrażej propagandy.

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Wiesław Kot będzie publikował swoje wspomnienia z okresu PRL-u co tydzień w czwartek na naszym portalu! Tymczasem zapraszamy serdecznie na Tydzień Kuchni PRL, gdzie jeszcze jutro oraz pojutrze przeczytacie rozmowę z pisarzem.

Komentarze