Tak od końcówki Wielkiego Eda, a od „karnawału Solidarności” to już całkiem – kartki w handlu były głęboko uzasadnione. Bo handel ustał. Zaczynało się państwowe rozdawnictwo. Na wiosnę 1981 roku na kartki było już nie tylko masło i mięso, ale – buty, pieluchy, mydło, benzyna. I znacznie więcej – tylko pamięć już nie ta.

A prasa oceniała rzecz ostrożnie i bez paniki. W 1983 roku na rynek rzucono tylko 35% tej ilości mięsa, która była na rynku w roku 1980. A i wtedy – jak pamiętamy – nadpodaży mięsa być nie mogło, skoro o to (między innymi) stanął cały kraj. A do Solidarności z wtorku na środę zapisało się dziesięć milionów głodnych. Wolności i cielęciny. Ale to ciągle było 35%, a nie 25% czy – bez obaw! – 10%. No, więc jak za Albanią, skoro przed Albanią!

Niby kartki regulowały te przepływy towarowe, ale zawsze coś tam zgrzytało. Bo – weźmy Łódź i Interwencyjny Sztab Zaopatrzeniowy, który próbował oliwić tryby i ogłaszał, iż „zezwala się na kupno sześciu jaj świeżych na dodatkowy odcinek kartki na buty”. Z tymi jajami musiało w Łodzi być coś na rzeczy, bo tamtejszy Głos Robotniczy (skończył żywot w 1990) wystąpił w tym samym czasie ze śmiałym postulatem, by jaja sprzedawać wyłącznie za okazaniem dowodu osobistego. Trudno dociec, na czym miałaby tu polegać reglamentacja, bo przecież dowód miał każdy. Ale też nikt gazecie nie mógł zarzucić, że bezczynnie przygląda się „przejściowym” z jajami. Z kolei „Głos Wybrzeża” (ten sam co go w piosence Czerwonych Gitar niósł w pysku pies) szumnie ogłaszał, iż za 300 kapsli od wody sodowej można uzyskać prawo do nabycia jednej pary majtek. Zaś w Dorohusku czyniono wiadomym ludności, że rolnik, który zbędzie w miejscowym skupie sztukę żywca, zyska tym samym prawo do nabycia w miejscowym barze setki wódki przed 13.00.

A skoro zgadało się o tym. Do kolorytu epoki należało, że różne pijaki przepraszały się z bliższą i dalszą rodziną. Nagle mieli czas dla jakichś wujecznych ciotek, prawdziwych lub przyszywanych babć i podobnej fauny. Wiadomo – taka babcia ma, jak każdy, tę kartkę na słodycze z możliwością zamiany na wódkę. Wódki babcia nie używa, a słodycze szkodzą na zęby, które w tym wieku należy już naprawdę szanować. Kiedy się więc babcia nacieszyła, że wnuczek taki zabiegany, a przecież znalazł czas, by odwiedzić starowinkę, szła za sugestią. Wysupłała z portfela tę kartkę i użyczała za zbożny cel.

.

Wiesław Kot opisuje realia PRL

Wódki babcia nie używa, a słodycze szkodzą na zęby Źródło: Piotr Zarówny

.

A jaka była rozpacz w rodzinie, jak się gdzieś taką kartkę posiało! Zakład pracy, owszem, oferował duplikat, ale jak poszkodowany wylegitymował się wycinkiem prasowym z ogłoszeniem, że „zgubiono bon towarowy za miesiąc…”. Dostać coś takie nie było zaś łatwo, bo gazeta miała limit, że dziennie można było wydrukować ogłoszeń o zagubionych kartkach tyle a tyle. Żeby nie było wrażenia, iż naród żyje tymi kartkami. Bo naród generalnie wykonuje plan, mimo drobnych, przejściowych itd., a kartki ma zasadniczo w dupie. No, czasem ktoś coś zgubi. A jak notoryczny, to wyjeżdża z jakimś ogłoszeniem. Ale to incydenty.

No i masz! Akapit wcześniej pisałem o majtkach kupowanych zastępczo, a nie dodałem najważniejszego. Majki były bez gumki, bo w sektorze gumowym tez panowały „niewielkie, przejściowe…”. Więc do majtek dodawano dwie sznurówki. I to się zawsze jakoś pochytało. I było jak z pończochami. W sklepie ich nigdy nie było, ale – spoko- czasami rzucali przecież „odpady pończosznicze na wagę”.

A czemu mi się zapomniało o tych sznurówkach do majtek? Co mi tak zryło beret? Przecież gorzała była na kartki…

.

Wiesław Kot

 

 

 

 

Komentarze