Jak Pan wspomina dzień śmierci Stalina?
Chodziłem wtedy do technikum przy zakładach Stalina, czyli Cegielskim. Rano wstaję, włączam kołchoźnik (ojciec założył w 1945 roku prąd, przy pomocy Rosjan i niemieckich niewolników), przygotowuje się na pociąg. Musiałem iść 3km na pociąg, a kołchoźnik zamiast podawać wiadomości i godzinę, cisza.
Pojechałem do technikum a tam cisza. Portier przy wejściu mi pokazuje, że mam być cicho i się nie odzywać. Myślę sobie: co się dzieje?! Poszedłem do mojej klasy, a tam na korytarzu wszyscy ludzie na baczność. Przyszedł wychowawca i mówi: zmarł generalissimus Józef Stalin.
.
A jak Pan wspomina PGRy?
PGRy, PGRy… powstałe w wyniku nacjonalizacji prywatnej własności hrabiów. Ludzie, którzy tam mieszkali poszli pracować do PGRów. Początkowo uprawiano ziemię wołami, bo brakowało koni.
Pamiętam pierwsze żniwa. Mężczyźni szli przez pole i kosili kosami, a kobiety za nimi wiązały snopki.
Jeśli ktoś miał 100ha, to przyjeżdżała komisja i zabierała mu ziemię. Tak jak w czasie okupacji, precz! Można było wziąć sobie jedną krowę i wyprowadzić się donikąd.
W Wiktorowie, niedaleko nas, wybudowano baraki i tam ludzi zwieźli z niewielkimi wyrokami. Oni całe dnie musieli pracować na polach w PGRze w ramach swoich wyroków. Inaczej niż dzisiaj.
Każdy pracownik miał krowę i kawałek swojego pola, które musiał sam obrobić. Tam można było sobie posadzić wszystko co człowiek chciał. Krowę wypędzano na pola PGRowskie i dostawało się potem przydział mleka. Za mieszkanie i opał też się nie płaciło, a ludzie tam mieszkający dostawali również 13 pensję. Jak to się zdarzyło, to co roku w Kostrzynie sklepy stały puste. Ci ludzie kupowali meble na rok, wyrzucali i kupowali nowe. I tak co roku!
A jak pracowali? Dla przykładu: traktorzysta jechał na pole, przy bramie kupił 3 wina i chleb, i znikał na cały dzień. Człowiek nie zwierze, przecież wody nie będzie pił. Ci ludzie mieli lepiej niż w niebie w tych PGRach.
.
.
A jak Pan i Pana rodzina sobie w tamtym czasie radziła?
Ktoś musiał przejąć gospodarstwo po ojcu. Brat miał skończoną szkołę rolniczą, a ja zaledwie wieczorówkę. Ojciec nie był pewien co będzie z naszym gospodarstwem, a przecież nie było wolno przekazać go komuś, kto nie miał wykształcenia rolniczego.
Ja byłem wtedy prezesem kółka rolniczego, ale do partii nigdy nie należałem. Prezes powiatowych kółek rolniczych wciągnął mnie do technikum zaocznego w Środzie Wielkopolskiej i je właśnie skończyłem. Brat zrobił to samo, ale w szkole w Powierciu, a potem przez 4 lata miał praktykę na Naramowicach w Poznaniu. Tam poznał dziewczynę i chciał się żenić. A jak tylko po ślubie wyszli z kościoła ona mówi do niego: Bogdan, moja noga w Siedlcu nie postanie! A wcześniej chciała mieszkać na tym gospodarstwie! Brat już samochody kupował, opisywał… no i ojciec mówi: co mam zrobić teraz?
Ja miałem bardzo dobrą pracę, sam sobie byłem dyrektorem, kierownikiem i księgowym. Zajmowałem się telefonizacją wsi, bo przecież wtedy nigdzie nie było telefonów. Miałem dwa samochody i dwunastu ludzi.
Wtedy sobie wymyśliłem, że po co mamy mieć dwa małe stawy, lepiej zrobić jeden duży i hodować w nim ryby. Trochę pieniędzy miałem, zamówiłem spychacz i zrobili. Narybek na lewo z PGRu się załatwiło i gotowe. Co roku tonę karpia miałem! Okoliczni ludzie wiedzieli, że w ostatnią niedzielę przed wigilią wyławiam. Jak z Kostrzyna przyjeżdżałem, to przy stawie stało już pełno ludzi. I szybko, szybko łowimy!
Czyli jakoś się żyło.
.
Robił pan swój własny alkohol?
Robiłem. Bimbru nie można było, ale wina to się robiło! Co roku robiłem 60litrów wina z głogu, z wiśni i kilku innych. Na cały rok starczyło!
.
Czy pod względem kulinarnym, tęskni pan za czymś z PRLu? Czymś co kiedyś się jadło, a dziś już mniej?
U nas nigdy jedzenie nie brakowało. Ani z okupacji, ani w PRLu, ani dziś. Jedliśmy i jemy zawsze to na co mamy ochotę. Zabijaliśmy świnie, owce czy cielaki żeby mieć co jeść, oczywiście na lewo. Niczego nam nie brakowało, ani za Hitlera, ani za Stalina, ani dziś!
.
Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński




