Na środku głębokiego jeziora Pniewy znajduje się niewielka wyspa. Brzegi jej oplatają gęsto korzenie rosnących tu olszyn i osiki. Z daleko rzeczywiście zarośnięta wyspa wygląda jakby nie była zestalona z dnem, lecz swobodnie pływała po jeziorze. 

Przed wiekami na brzegu jeziora stał bogaty dwór szlachecki. Do jego właściciela Pniewa należało wiele urodzajnej ziemi, lasy i jezioro. Słynął on z gospodarności i wyrozumiałości wobec poddanych. Miał on córkę, prześliczną Bogumiłę, miłą i uczynną. Wszyscy ją lubili i cenili za hojność w stosunku do biednych. 

W tym też czasie po przeciwnej stronie jeziora mieszkał zubożały feudał. Był on niemiłego usposobienia: nieludzko traktował swoich 0_4d2d9_6eca5171_XXXL-560x840poddanych. Resztki swojego majątku trwonił na hulankach i pijaństwie i ustawicznych procesach z sąsiadami. Wszyscy starali się go unikać, co szczególnie go drażniło. Jego syn Gniewosz odziedziczył naturę ojca.

Pewnego razu nad brzegiem jeziora Pniewskiego doszło do przypadkowego spotkania dzieci obu nieprzyjaznych sobie sąsiadów. Bogumiła przeglądając się w lustrzanej wodzie jeziora, spostrzegła nadchodzącego Gniewosza, o którym już słyszała wiele złego. Zerwała się i zaczęło co sił w nogach uciekać w kierunku pałacu. Zaskoczony także spotkaniem chłopak, oczarowany urodą dziewczyny, oniemiał i bez słowa patrzył za uciekającą wśród trzciny Bogumiłą. Od tego dnia Gniewosz nie mógł zapomnieć o młodej dziedziczce z przeciwnej stronie jeziora. Codziennie przychodził na brzeg, aby z ukrycia się jej przyglądać. Postanowił się z nią ożenić, za wszelką cenę. Długo jednak – pełen obaw – odkładał swoje oświadczyny, aż pewnej niedzieli namówiony przez swojego ojca wysłał swatów do pniewskiego dziedzica. Otrzymawszy zdecydowaną odmowę wpadł w gniew i postanowił srogo się zemścić za swoje upokorzenia.

Po jakimś czasie rozeszła się wiadomość, że w najbliższą już niedzielę odbędzie się ślub Bogumiły z przystojnym i bogatym szlachcicem z pobliskiego Marcinkowa. Dowiedziawszy się o tym Gniewosz wpadł w furię. Nie panował nad sobą, przeklinał dziewczynę i złorzeczył na cały świat. Postanowił za wszelką cenę nie dopuścić do ślubu. Wszystkie jego knowania i złośliwe intrygi okazały się bezskutecznie.

Ślub odbył się normalnie i długo jeszcze w noc bawiono się w pniewskim dworze. Wesoła muzyka i melodyjne, wesołe piosenki rozbrzmiewały po całej okolicy, drażniąc boleśnie tym dotkniętego Gniewosza. Obserwował wesela z dala, siedząc na brzegu jeziora i rozmyślając jakby tu zniszczyć szczęście młodej pary.

Robiło się chłodno. Silny zachodni wiatr pędził poszarpane fale na wąski piaszczysty brzeg. Gniewosz cały czas przemyśliwał nad sposobem zemsty. Nagle wzrok jego zatrzymał się na ciemnym zarysie stodoły, stojącej najdalej od wszystkich zabudowań pniewskiego dworu. W głowie zaświtała szatańska myśl.

      – Już ja im pokażę wesele! – powiedział do siebie.

Wsiadł następnie do dużej łodzi rybackiej, aby przedostać się na przeciwległy brzeg. Chociaż jezioro w tym miejscu nie było zbyt szerokie, wiosłowanie okazało się bardzo uciążliwe i męczące. Silna bryza ustawicznie spychała go w kierunku lewego brzegu. Sił mu dodawała jednak myśl o zemście. Po kilkudziesięciu minutach znalazł się wreszcie wśród trzcin pod wysokim urwiskiem. Przez chwilę nasłuchiwał i obserwował strome zbocze. Nic jednak podejrzanego nie zauważył. Było zupełnie pusto i spokojnie. Niepostrzeżenie podkradł się do pierwszych zabudowań, a następnie w ich cieniu do olbrzymiej stodoły, wypełnionej sianem. Bez przeszkód przedostał się do jej wnętrza.

Po kilku minutach nad stodołą ukazały się skwierczące języki ognia. Rozniecane podmuchami wiatru szybko strawiły siano i przeniosły się błyskawicznie na pozostałe zabudowania. Zanim weselnicy spostrzegli śmiertelne niebezpieczeństwo na jakikolwiek ratunek było już za późno. Wszystko stało w płomieniach! Zwarta ściana ognia pierścieniem otaczała dwór, czyniąc z niego olbrzymi stos dla żywcem palonych ludzi.

Zadowolony z niespodziewanego wprost efektu pobiegł Gniewosz z powrotem na jezioro. W obawie przed pościgiem szybko wsiadł do łodzi i powiosłował na środek jeziora. Już bezpieczny zatrzymał się, aby rozkoszować się zemstą. Od palącego się dworu biła oślepiająca łuna. Stojące wokół drzewa rzucały koszmarne cienie. Powietrze wypełniał swąd spalenizny i rozpaczliwe krzyki żywcem palących się ludzi.

Nasyciwszy wzrok i serce zemstą Gniewosz chciał płynąć dalej. Wiosłował jednak daremnie. Łódź stała nieporuszona w miejscu, jakby zrosła się z dnem jeziora. Przerażony ze zdwojoną siłą zaczął poruszać wiosłami. Bez efektu, łódź nadal stała nieporuszona. Obleciał go śmiertelny strach. Spostrzegł bowiem, że łódź zamienia się w nieruchomą wyspę. Zerwał się by popłynąć wpław, lecz jego nogi były nieruchome – wrastały oto korzeniami w piaszczyste podłoże powstałej wyspy. Cały zaczął drżeć z przerażenia. Chciał wzywać pomocy. Zwrócił twarz w kierunku płonącego dworu, ale nie mógł z siebie wydobyć głosu – zamieniał się w drżącą osikę, aby przez lata patrzeć na tragedię, którą spowodował, trzęsąc się ze strachu przy najmniejszym nawet powiewie wiatru.

Nazajutrz, gdy z sąsiednich wiosek przybyli ludzie na zgliszcza, na jeziorze zauważyli tajemniczą wyspę, płynącą do przeciwległego brzegu. Mówiono, że to zapewne sprawa sił nieczystych. Nikt bowiem nie potrafił wyjaśnić nagłego pojawienia się w ciągu jednej nocy zarośniętej drzewami wyspy w tym najgłębszym miejscu jeziora.

.

Feliks Malinowski

Legendy Pałuckie okolic Żnina, Graf-Bog.

Materiał opublikowany w celach edukacyjnych

Komentarze