W Peerelu klimat do miłości nie był, mówiąc delikatnie, najlepszy. Prawdę mówiąc był zły. Oczywiście, ludzie się kochali, płodzili dzieci, wybuchały nawet miłosne skandale, ale pielęgnowanie miłości było trudne.

z3789965XRolę Walentynek, wówczas zupełnie w Polsce nieznanych, pełnił Dzień Kobiet. Dokładniej – Międzynarodowy Dzień Kobiet. To było jedno z najważniejszych świąt Peerelu. Władza ludowa wysyłała kobiety na traktory (w latach pięćdziesiątych), a później skazywała na pracę w warunkach, których dziś trudno sobie nawet wyobrazić. Więc w jeden dzień w roku próbowała się jakoś zrehabilitować. Nie bardzo się to zresztą udawało, choć w latach osiemdziesiątych generał Jaruzelski jednak kobiety, jak mu się wydawało, uhonorował. Powołał mianowicie towarzyszkę Zofię Grzyb do Biura Politycznego, areopagu najważniejszych partyjnych dygnitarzy. Towarzyszka Grzyb, pracownica Radomskich Zakładów Tytoniowych, potem Zakładów Metalowych im. Waltera, wreszcie Radoskóru, była członkiem PZPR od momentu jej powstania i reprezentowała wszystkie polskie kobiety wśród najważniejszych mężczyzn Peerelu. Zasłynęła wyzwaniem, wygłoszonym do Edwarda Gierka podczas przesłuchania przed komisją Grabskiego, która próbowała byłego już wówczas I sekretarza rozliczyć z jego licznych machlojek i jeszcze liczniejszych błędów: „Byliście dla nas pierwszym człowiekiem w kraju. Myśmy wam naprawdę zawierzyli”. Było to bardzo kobiece.

Dziesięć lat wcześniej, w 1971 roku, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wybuchł strajk w jednym z dużych – jak to wówczas mówiono – zakładów pracy w okolicach Wrocławia. Towarzyszka Grzyb nie zasiadała jeszcze wówczas w gronie najważniejszych ludzi w państwie i być może dlatego dyrekcja zakładu obdarowała każdą z robotnic połową tabliczki czekolady. Doprowadziło to kobiety do furii, tym większej, że ich koleżanki zatrudnione „na stanowiskach umysłowych” (księgowe, sekretarki) weszły w posiadanie całej tabliczki czekolady. Mniej więcej w tym samym czasie jedna z łódzkich robotnic powitała rządową delegację z premierem Piotrem Jaroszewiczem na czele gołą pupą. W ten sposób zareagowała na obietnice budowy „drugiej Polski”. Efekt był piorunujący. To właśnie strajk w zakładach dziewiarskich im. Juliana Marchlewskiego, a wcale nie robotnicze powstanie na Wybrzeżu, zmusił nową, gierkowską już ekipę, do wycofania podwyżek zaordynowanych jeszcze przez Gomułkę. W tym czasie twardzi stoczniowcy ze Szczecina i Gdańska przyrzekali Gierkowi: „Pomożemy!”.

pobraneWróćmy do Dnia Kobiet, owego smutnego substytutu Walentynek. Z okazji tego święta wszystkie zakłady pracy obdarowywały kobiety rajstopami i goździkami. Prezent, wbrew pozorom, cenny, bo w sklepach rajstopy były trudno dostępne, a goździki jeśli wręczali je mężowie, to najczęściej mocno podłamane i zwiędnięte. Bo święto kobiet najhuczniej obchodzili właśnie mężczyźni. Najchętniej oczywiście w męskim gronie, z towarzyszeniem kilku butelek wódki i rozmów o piłce nożnej oraz samochodach (z reguły ciężarowych, ile można było gadać o „maliuchu”). Zaraz po robocie, a najczęściej jeszcze podczas jej trwania, najmłodszy członek załogi wysyłany był po zaopatrzenie, otwierano butelki i zaczynał się bankiet. Tym się różnił od wszystkich innych, codziennych, że zaczynał z obowiązkowym „Za zdrowie pań”. Wieczorem ulice wypełniała armia mocno pijanych, zataczających się mężczyzn, ze wszystkich sił starających się dostarczyć do domu kupiony wcześniej goździk. Powodzenie tej akcji było z reguły równie skuteczne, jak zimowe wejście na Mont Everest.

Ale co właściwie mieli ci biedni mężczyźni robić, jak inaczej świętować święto kobiet? Warunki do pielęgnowania miłości były w Peerelu trudne nie tylko 8 marca i nie tylko z powodu rozpowszechnionego do nieprzytomności pijaństwa. Bo gdzie było tę miłość, często przecież autentyczną, pielęgnować? Na mieszkanie czekało się dziesięć lat, spędzając najlepsze lata małżeństwa w towarzystwie teściów. Urocze. Można było pójść do kina, ale była to złożona operacja logistyczna. No, chyba że mężczyzna i jego wybranka była wielbicielem filmów radzieckich. Z jakiegoś powodu jednak w czasie ich wyświetlania sale kinowe były raczej puste. Obejrzenie filmu amerykańskiego było trudniejsze, wymagało bowiem wielogodzinnego wystawania w kolejce bądź – dla osób zamożniejszych i bardziej zdeterminowanych – kupno biletu u tak zwanego konika. Cena była z reguły dwu, trzykrotnie wyższa niż w kasie. Notabene, gdy w stolicy Bułgarii wyświetlano dobrze nam znany film o kobietach, „Seksmisję”, pod kinem doszło do regularnej bitwy o bilety. Interweniowała milicja.

10f792ec29fe095fe2e98ec5132d7bd0Kawiarnia? Cóż, było ich niezbyt dużo, a jeszcze mniej takich, gdzie człowiek nie bał się wejść z kobietą. Ich deficyt powodował, że jedynym sposobem było dosiadanie się do na wpół już zajętego stolika. Peerelowska etykieta nakazywała, że jeśli przy czteroosobowym stoliku siedziała jakaś słodko sobie gruchająca para, należało podejść i nie znoszącym sprzeciwu tonem oznajmić: „Przepraszam, te dwa miejsca są wolne”. W tych okolicznościach czynienie miłosnych wyzwań było jeśli nie niemożliwe, to jednak mocno utrudnione. Pozostawał spacer po parku. Nie bez przyczyny tamtejsze drzewa pełne były wyrytych w korze serc i napisów „Love Halinę” lub „Kocham Jadzię”.

Tu mały wtręt. O miłości homoseksualnej w czasach Peerelu nie dyskutowano, ani publicznie, ani prywatnie. Ale o co chodzi wiedziano. W sierpniu 1972 roku na posiedzeniu Biura Politycznego prowadzonego przez premiera Piotra Jaroszewicza, Mieczysław Jagielski (tak, ten sam, który 31 sierpnia 1980 roku podpisał wraz z Lechem Wałęsą Porozumienia Gdańskie) zaproponował, aby sprzedawać w Polsce wyłącznie mięso konserwowane, puszkowane, bo to pozwoli niezauważalnie podnieść ceny, na czym gierkowcom bardzo zależało. Jaroszewiczowi pomysł się spodobał. Zareagował Zdzisław Rurarz, wtedy doradca ekonomiczny Edwarda Gierka, który starając się uratować własne marzenia o świeżym mięsie (w tym o befsztyku tatarskim) z całą powagą stwierdził, że zdaniem angielskich czy amerykańskich uczonych wzrost homoseksualizmu na Zachodzie jest związany z rosnącym spożyciem żywności konserwowanej. Jaroszewicz „słuchał mnie z największą uwagą, coś potem pomruczał do siebie i raptem wybuchnął: Ej, Mietek, pedałów to ty z nas nie rób”.

w_prl_wodka_byla_waluta_17045041Dla pielęgnowania miłosnych uczuć pozostawały upojne wieczory taneczne. Najbarwniejsze były zabawy ludowe, często odbywające się na płycie miejscowego boiska piłkarskiego, co poddaję pod rozwagę zarządzającym Stadionem Narodowym. Na początku lat siedemdziesiątych pojawiły się dyskoteki – pierwsza w Sopocie, najsłynniejszą były warszawskie Hybrydy – o których niezrównany Jonasz Kofta mawiał „Miejsce, gdzie popkultura trzyma za mordę kulturę, gdzie barman ocenia wartość programu, a prostytutka lub cinkciarz decydują o tym, jaką płytę ma nastawić prezenter i ile razy ma ją powtórzyć”. Wcześniej, w epoce Władysława Gomułki, bawiono się na prywatkach, czyli dzisiejszych domówkach. Raczej bez alkoholu, ewentualnie przy butelce, zawsze słodkiego, wina. Z reguły – w towarzystwie mamusi. Słowo, bez mamusi obyć się nie mogło. Taki sznyt.

W latach osiemdziesiątych, czyli w dekadzie Jaruzelskiego, obyczaje mocno się rozluźniły, choć sam generał był najsztywniejszym ze wszystkich komunistycznych władców Polski. Mimo że wódka była przez znaczną część tej dekady na kartki, to na 8 marca, dla wzniesienia nieśmiertelnego „Za zdrowie pań”, zawsze jej było „skolko ugodno”. Bo jeśli brakowało kartek, zawsze można było kupić pół litra „Żytniej” lub „Bałtyckiej” za dolary (konkretnie – jednego dolara) w Peweksie. I mamusie już w tych imprezach nie uczestniczyły. I goździki zniknęły, bo szczytem elegancji i dobrego smaku, a także przedmiotem westchnień serc niewieścich, stały się frezje.

Dwie rzeczy przez cały Peerel zostały jednak takie same. „Dziennik Telewizyjny”, sztandarowy program informacyjny w czasach Peerelu, zawsze zaczynał się od pokazania aktualnego I sekretarza KC PZPR całującego w rękę roześmiane i szczęśliwe robotnice. I nigdy nie pokazywał pijanych z okazji tego święta mężczyzn.

 .

Piotr Gajdziński

 

Komentarze