2Przywileje, życie w oderwaniu od panujących w kraju realiów, wzmaga poczucie misji. Wśród pracowników aparatu partyjnego dominujące staje się przekonanie, że to oni tworzą rzeczywistość, w tym prawa społeczne i – przede wszystkim – ekonomiczne. I pracowicie tworzyli. Ruch w tej partii panował nieopisany. „Całymi dniami obserwowałem – wspomina Wojciech Wiśniewski, który trafił do Komitetu Centralnego ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki – jak setki pracowników KC biegają z pokoju do pokoju ze swoimi materiałami. Sekretarki bez przerwy pisały na maszynie, robiły tysiące kaw i herbat, a wieczorami przyrządzały dla umęczonych towarzyszy skromne kanapki. Kierowcy rozwozili potem te materiały po różnych urzędach i instytucjach partyjnych lub odwrotnie, przywozili materiały do KC dla konsultacji. Podobnie działo się w Komitetach Wojewódzkich. Tysiące pracowników politycznych pisało i analizowało, pracownicy techniczni drukowali, powielali, administracyjni porządkowali, pieczętowali, sortowali i przechowywali”.

Partia bezideowych tchórzy?

Komunistyczna_PartiaGustaw Herling-Grudziński obserwował to wszystko z oddali, ale wystawił tym procesom bardzo przenikliwą ocenę. „Na scenę wkraczają we wschodniej Europie świeże roczniki postkomunistyczne, wychowane już całkowicie w szkołach nowej rzeczywistości, nie pamiętające wojny i lat stalinizmu – zanotował w „Dzienniku pisanym nocą”. – Część wchłonie stopniowo aparat władzy, zastąpiwszy mdłą i kleistą papkę doktryny pożywniejszym pokarmem kariery; u części wstręt do wszelkich ideolo przybiera postać bądź cynicznego zgryzu spryciarstwa, bądź trzeźwego konserwatywnego kultu fachowości”. Jeszcze ostrzej oceniał funkcjonariuszy partii Jerzy Morawski, były redaktor naczelny „Trybuny Ludu”, a później ambasador PRL w Londynie. Poziom moralny członków PZPR był z reguły nikczemny, twierdził Morawski, ale cóż się dziwić: „Do Armii Krajowej szli wartościowi, ideowo ofiarni ludzie. Robotnicy, inteligenci, chłopi – energiczni, odważni, zdolni do najwyższych poświęceń. Do partii zaczęto zaś przyjmować po wojnie ludzi bez AK-owskiego haczyka, jak mówili aparatczycy – wspominał z Teresą Torańską. – Czyli kogo? Ano jakichś cwaniaczków, którzy przetrwali wojnę handlując bądź szmuglując. Tchórzy, którzy przechowali się w różnych mysich dziurach. Albo nieudaczników i leni, którym pracować się nie chciało, a bardzo lubili potakiwać i umieli się adoptować w każdych warunkach. Zostawali więc aktywistami – sekretarzami fabrycznymi, pracownikami komitetów powiatowych. I mimo wielu czystek kadrowych, które partia potem robiła, także pod względem etycznym, awansowali”.

To oni tworzyli partyjną rzeczywistość, używając dzisiejszego języka biznesu – benchmark. Ale oddajmy głos człowiekowi, który był w samym środku aparatu. „W czasie trwania mojej formacji do władzy dochodzili ludzie z gminu, ubodzy, nierzadko nędzarze, a więc tacy, którzy powinni dobrze znać życie i rozumieć niegdyś sobie równych. Tymczasem – nie. Odrywali się szybko od tamtych czasów, jakby chcąc o nich zapomnieć. Bogacili się w nieprawdopodobnym tempie, prąc do wybicia się przed innych z całych sił. Ba, to samo działo się także w krajach sąsiednich. Dygnitarze komunistyczni w błyskawicznym tempie przyjmowali wszystkie negatywne cechy poprzedniej warstwy rządzącej, nie wykształcając żadnych własnych, pozytywnych”. Dobrą ilustracją tych słów był Wyłko Czerwenkow, w latach pięćdziesiątych przywódca bułgarskich komunistów, później premier tego kraju, za którym zawsze i wszędzie podążała pielęgniarka z ręcznikiem, którym gdy dygnitarz na chwilę przystawał, ocierała mu pot z czoła. Kim Ir Sen z kolei, jak twierdzi w swoich „Dziennikach politycznych” Mieczysław F. Rakowski, przed swoją wizytą w Polsce kazał w rezydencji przy Parkowej zainstalować specjalny klozet przywieziony z Phenianu. Gierek nigdy się do tego nie posunął. Przeciwnie, od początku zastrzegł, aby jego portrety nie wisiały w miejscach publicznych. Portrety jego poprzedników – Bieruta i Gomułki – szczelnie wypełniały publiczną przestrzeń.

Gierka się nie bano

00024IMGNPKR7OT2-C317-F3„Wszędzie gdzie jestem, gdy mowa o działaczach twierdzi się, że piją, polują i bawią się. Inni kradną” – zanotował w swoich wspomnieniach Józef Tejchma, wtedy jeden z najważniejszych członków Biura Politycznego. Gierek nie wzbudza w aparacie takiego strachu, jaki wywoływał Gomułka, nic więc dziwnego, że dyscyplina w szeregach towarzyszy słabnie. Aparat staje się coraz bardziej bezkarny. O ile między styczniem 1969 roku a wrześniem 1971 roku komisje kontroli partyjnej zajmowały się sprawami ponad 39 tysięcy członków PZPR, to w 1975 roku tylko 12,5 tysiąca, dwa lata później ta liczba spadła o kolejny tysiąc. W arsenale komisji pozostały za to kary. Dotkliwe, bo wydalenie z partii groziło utratą mieszkania i przywilejów socjalnych. Tyle że korzystano z nich coraz rzadziej. Między 1970 a 1979 rokiem o blisko 30 procent spadła liczba orzeczeń o wydaleniu z PZPR – twierdzi Piotr Osęka z Instytutu Studiów Politycznych PAN. – W 1970 roku we wszystkich instancjach kontroli partyjnej zapadło łącznie 6249 takich decyzji, w 1979 roku – 4445.

.

Piotr Gajdziński

Komentarze