A jakże, mody bywały, tyle że napadowe. Ot, tak z wtorku na środę. Niby nic nie wskazywało, że to czy tamto danko zrobi furorę, aż tu nagle tłumy pracowały łokciami po kolejkach i tratowały się panicznie. Byle tylko „dokonać zakupu” jednego czy drugiego nagłego cudeńka. Ot, nastała moda na cienkie ciasteczka – w dodatku puste w środku – zwane krakersami.

Ludzie się za tym zabijali, bo było to ciasteczko elitarne. Normalnie, chłoporobotnik ciął pajdę chleba, pokrywał to smalcem ze skwarkiem i jazda na trzecią zmianę. Ale jak nastały krakersy, to chłoporobotnik wzgardził chlebem naszym powszednim. On zapragnął wykwintnej przekąski. To znaczy owego krakersa z dyskretną, kulinarną ozdobą. Połykał go jednym mlaśnięciem i jego ego było dopieszczone, choć żołądek się buntował i domagał. Bo takich krakersów trzeba by zjeść z kilo, żeby się znaleźć w przedsionku sytości. Ale jadło się to z poświęceniem, w ciszy jak podczas podniesienia, bo oto wstępowało się do krakersowego kręgu, podobnego najbardziej snobistycznym klubom golfowym. A ten krąg pachniał „Brutalem” i elitą.

To trochę tak, jak z ówczesną modą szmacianą. Oczywiście, przemysł odzieżowy nie pozwalał uprawiać czegoś takiego jak moda, bo zasadniczo odpowiadał na zapotrzebowanie sprzed dwóch dekad. Jak grupa Bee Gees wylansowała spodnie „dzwony”, fabryki spokojnie produkowały portki, jakie nosił Lenin na słynnym pomniku w Poroninie.

Więc nikt nie pytał, jaka jest w tym sezonie moda, bo to było pytanie porównywalne z kwestią: skąd się wzięły kręgi w zbożu na jednej wsi pod Toruniem. Upewniano się za to wzajemnie i na bieżąco, co się nosi, czyli powstawało pytanie o szyk. Nosicielami zaś szyku były gwiazdy estrady, czyli tęczowe bażanty w naszym burym kraiku. I jak – dajmy na to – Maryla wyśpiewała w Opolu „Małgośkę” w sukience typu banan, uszytej na jej osobistą odpowiedzialność, to panienki w ilościach milionowych wybłagiwały takie sukienki u krawcowych. Byle zadać szyku. A jak znowuż inna artystka sceniczna, Halina Frąckowiak, objawiła się publiczności festiwalowej w zestawie ruchomych blach, nałożonych na nie największe – zgódźmy się – wyprzedzenie, to baby w sposób paniczny z miejsca zakładały coś na kształt rycerskich ryngrafów, które kołatały się na buforach. Z lekka to było odjechane. Ale szykowne.

Skoro o strojach moda. W moim rodzinnym Jarosławiu gdzieś tak za środkowego Eda, ujawniła się paniczna moda na swetry dziergane. Z tym, że jej źródło było czytelne. Otóż pod miastem wybudowano duże zakłady dziewiarskie. Nowoczesne, licencyjne, zmontowane przez Japończyków. Wszystko w terenie, na którym nie było źdźbła tradycji tkalniczych, nie mówiąc o tym, że tych japończyków, który tłumaczyli w swoim pokracznym języku, jak się taki sprzęt obsługuje, nie rozumiał absolutnie nikt.

Produkcja jednak ruszyła w świat wychodziła odzież dla kalek. A to sweterek w sam raz dla garbusa, a to wdzianko dla poszkodowanego o jednej ręce. Personelowi snu z głowy to bynajmniej nie spędzało. Niech się sektor rynkowi martwi, jak tę wymyślną odzież wcisnąć ludności. Pracownice interesowało za to – i to bardzo, bardzo – jak tu wynieść z zakładu jak najwięcej włóczki. Ciężko było. Bo „kontrol” zaimportowano z Zachodu. Wyrafinowana, że ratuj się, kto może! Żadnego tam prostego obmacywania czy buszowania po torbach, jak to przyjęte było po portierniach. O, nie. Tu przed każdą przechodzącą osobą zapalało się losowo jedno z trzech światełek. Jak zielone – proszę dalej, jak żółte – pobieżne obszukano, jak czerwone – gruntowna kontrola. W praktyce wyglądało to tak, że jak nad damą zapalało się światełko czerwone, to ona tonem wyniosłych i obrażonym oświadczała, że właśnie bardzo spieszy się na autobus.

I nie będzie tracić cennego czasu na jakieś duperelne kontrole, a w ogóle to oni ją mogą centralnie pocałować. Ale ważniejsze przebiegało w tle. Bo tłum wychodzących pracownic, co to oczekiwał na swoje światełko, od razu chwytał sytuację. Że mianowicie państwo portierstwo są chwilowo zajęci na boku. I ten tłum niewieści w jednym spójnym zrywie ruszał jak husaria pod Wiedniem w stronę drzwi. Światełka  migotały, jak oszalałe (zachodni konstruktorzy nie przewidzieli, że ich wynalazek będzie stosowany w Jarosławiu), ale pieprzyć tę dyskotekę. Ani portierstwo się obejrzało, jak hol stał pusty. W rezultacie, po jednej takiej zmianie na rynek wtórny wypływała ni stąd ni zowąd tona włóczki. A pracownice, jak przy taśmie dziergały dla kalek, tak teraz na domowych maszynach dopieszczały swetry dla młodych i proporcjonalnych. Oczywiście nie za Bóg zapłać.

Ale czy Państwu się zdaje, że biedna drużyna portierska zostawała z niczym? Skąd! Drużyna, której ta tona przeciekła przez bramkę, robiła bowiem obchód obiektu. I zbierała drugie tyle włóczki wyrzucanej z okien, po to, by można ją było odzyskać po zmroku. Gdyby nie ta tona, zebrana w polu rozrzutu z okien, fabryka musiałaby stanąć. I ona stanęła, ta fabryka. Zaraz, jak tylko nastało coś takie jak bilans przychodów i rozchodów.

Legendarne drzwi od portierni smętnie obwisły w zawiasach. A ostatnie motki wełny, których nie wypatrzyło oko portiera, porosły dorodnym chaszczem.

.

Wiesław Kot

Komentarze