– To wielka zbrodnia! – zareplikował starzec. – Umywam ręce od tego, coście tu dziś uczynili… Krew ich spadnie na głowy wasze! – dodał potępiająco.
– Przyjmuję za grzechy moje – odrzekł beznamiętnie prowodyr. – Idź pomodlić się za nich, czcigodny – dorzucił łagodniejszym tonem.
Paulus i jego towarzysz odczekali dłuższą chwilę, aż w podziemnym korytarzu ścichnie klekot sandałów człapiącego powoli staruszka.
– Dobrze wytresowałeś swoje owieczki – syknął Apollonios, kiedy zostali sami. – Zrobią wszystko dla ciebie.
– Nie dla mnie, dla chwały bożej – poprawił z naciskiem Paulus. – W imię Pana!

– Dobrzy ludzie zdolni są do nadzwyczajnych czynów, jeśli rzucisz im jakąś ideę niczym ochłap zgłodniałym psom – stwierdził filozoficznie.
– Tak, oczywiście, w imię waszego Pana – podjął rozmówca dziwnie dwuznacznym tonem. – Dobrzy ludzie zdolni są do nadzwyczajnych czynów, jeśli rzucisz im jakąś ideę niczym ochłap zgłodniałym psom – stwierdził filozoficznie. – Zawsze miałem wrażenie, że z Hellenami bóg dyskutował, a wam, Żydom, nakazywał… Najważniejsze, że pchnąłeś ich wreszcie do działania. Musisz się tylko pozbyć tego mąciwody, Petrusa – dorzucił jakby mimochodem.
– Jak to: pozbyć się?! – spytał ostro przywódca, przeszywając płomiennym spojrzeniem zakapturzonego szpiega.
– Niech wraca do Jerozolimy, gdzie jego właściwe miejsce – zasugerował inwigilator. – Tutaj w Rzymie tylko miesza ci szyki, bez przerwy podważając twój autorytet. Mistrz rzekł to, mistrz tamto, a nigdy tego nie rzekł… – przedrzeźniał drżący głos. – Stary zrzęda, zatopiony w przeszłości. Skończył się jego czas – podsumował zimno.
– Słaby jest, schorowany – zauważył stroskany prowodyr. – Może nie przeżyć morskiej podróży.
– Otóż to – przytaknął tajny agent. – Niezbadane są wyroki boże, jak to mówicie.
Choć twarz Greka tonęła w cieniu, Paulus mógłby przysiąc, że jego wąskie wargi rozciągnęły się w okrutnym, drapieżnym uśmiechu.
– Czy zdajesz sobie sprawę – rzucił podrażniony jego cynizmem – że wystarczyłoby jedno moje słowo, by ta grupa zelotów rozszarpała cię żywcem w mgnieniu oka?
– Nie tak łatwo mnie zabić – wysyczał w odpowiedzi Apollonios po krótkiej chwili napiętego milczenia. – Zanim twoi adepci zdążyliby rozerwać na strzępy mą ziemską powłokę, dowiedzieliby się na twój temat ciekawych rzeczy… Na przykład, że ich ukochany duchowy przewodnik jest od kilku lat naszym prowokatorem – zakończył ledwie słyszalnym szeptem.
– Nie uczynię tego przez miłosierdzie – warknął Paulus, zaciskając zęby.
Spod kaptura dobiegł stłumiony chichot.
– Zawsze to w was najbardziej lubiłem… waszą bezczelną obłudę.
Choć wyraźnie nic sobie nie robił z gróźb, oddalił się w tym momencie bez pożegnania szybkim, kocim, niemal bezszelestnym krokiem. Paulus długo wpatrywał się w ciemność, która go pochłonęła.
.



