Nazajutrz już od wczesnego ranka gromadzili się ciekawscy przed zagrodą Wąsalów, czekając na wyjazd pary młodej do kościoła. Dzień był mroźny. Na niebie pojawiły się ciężkie chmury wróżące na wieczór śnieżycę. Około dziesiątek Maryna ubrana w bogaty strój ślubny wsiadła do pięknie przystrojonych sań. Na jej twarzy nie znać było ani radości, ani zadowolenia. Zanim konie ruszyły, na topoli odezwała się wrona. Zdenerwowana jej krakaniem – nie wróżącym nic dobrego – Maryna zaczęła nań pomstować – Zmykaj wstrętne ptaszysko! – krzyczała.

Jednakże wrona nadal krakała – tak głośno, że zagłuszyła nawet nisko brzęczące dudy i piskliwie zawodzące skrzypce. Drużbowie ciskali kamienie. Daremnie. Ptak podrywał się zręcznie i znów przysiadał kracząc jeszcze zapamiętalej. Rozeźlona Maryna nakazała ruszać i sanie pomknęły w stronę kościoła. Nim minęło kilka pacierzy byli na miejscu. Przy wysiadaniu panna młoda nieostrożnie rozdarła welon. Stare kumy natychmiast podchwyciły, że to znowu zły znak. Najgorzej jednak wypadło samo wejście do kościoła. Pijany organista zamiast radosnego „Veni Creator” zaintonował pełnym głosem żałobne „Witaj Królowo” jakby to nie był ślub, a pogrzeb. Zaraz jednak drużbowie wyprowadzili go z błędu i ceremonia zaślubin odbyła się już dalej normalnie. Jedynie Maryna cały czas była trupio blada, wargi drżały jej, a słowa przysięgi ledwo dały się słyszeć. Zaraz po zakończeniu ceremonii nie ociągając się, wszyscy weszli do sań – aby jak najprędzej powrócić do domu. Podchmieleni woźnice nie dali się popędzać, ruszyli co koń wyskoczy. Babcia Wąsalowa, owinięta szczelnie chuściną stała na brzegu zamarzniętego jeziora i wpatrywała się w przeciwległy brzeg. Nikt jej nie prosił na ślub wnuczki, chciała choć z daleka zobaczyć orszak weselny. Stała tak od godziny. Zamarsnięte jezioro wyglądało wśród otaczających je pagórków jak rozległa dolina. Gdy staruszka odwrócila wzrok aby popatrzeć na położone na wzgórzu gospodarstwo, obecnie jej wnuczki od strony Kierzkowa zaczął dochodzić – najpierw z cicha a potem coraz głośniej – dźwięk kościelnych dzwonów. Powietrze w mrozie było przejrzyste i widok był daleki i wyraźny. Na przeciwległym brzegu zaczerniły się na białym tle śniegu plamy. Za każdą chwilą powiększały się. To na drodze prowadzącej dookoła jeziora poczęły ukazywać się sanie orszaku państwa młodych. Po chwili dało się wyraźnie słyszeć śpiew, trzaski biczów i śmiechy.

legenda

Trzy pary pędzących sań nagle zboczyły z drogi wprost na jezioro.

– To wesele jedzenie – szepnęła do siebie staruszka

Trzy pary pędzących sań nagle zboczyły z drogi wprost na jezioro. Widać chcą sobie skrócić drogę i przedjadą przez lód – pomyślała. Teraz coraz wyraźniej było słychać pisk drużek i pohukiwanie parobków. Od łbów końskich unosiły się kłęby pary. Konie pędziły coraz szybciej po gładkiej tafli jeziora wprost na stojącą na brzegu staruszkę.  Zaczynał się wyścig kto pierwszy dojedzie do obejścia na weselną ucztę. To jedne to drugie sanie wysuwały się w szaleńczym pędzie do przodu. Dojechali już do połowy jeziora. Przyglądająca się temu cały czas staruszka zadrżała nagle z trwogi. Gwałtownie ściągnęła chustkę i zaczęła nią wymachiwać nad głową. Nikt jednak z jadących  jej nie dostrzegł. Któz by zresztą zwracał uwagę w takim dniu na starowinę, która jak mówiono żyje za długo młodym na utrapienie. – A dyć zawróćcie ludzie! – krzyknęła słabym starczym głosem. Na saniach nikt jej jednak nie słyszał. Odległość między jadącymi a smuga ciemnej wody malała błyskawicznie. Jadącym przysłaniały ją tumany śniegu wzbijane przez końskie kopyta. Sunęli prosto w czarną otchłań. W pewnej chwili sanie pędzące na przedzie przez sam środek jeziora zniknęły nagle pod lodem – jakby je kto zdmuchnął z powierzchni. Rozległ się tylko przeraźliwy, krótki krzyk tonących ludzi. Na drugich saniach podniosła się wrzawa. Usiłowano pohamować pędzące konie. Stanęły dęba ale sanie znadjujące się pędzie zamłynkowały i tyłem zsunęły się w zimną topiel Przez moment wydawało się, że trzecie na których jechała młoda para zdołają uniknąć katastrofy. Przerażone konie na chwilę przyhamowały. Oszalałe jednak i zdezorientowane zaczęły się ślizgać nad krawędzią zamarzniętej tafli. Nagle rozległ się donośny trzask pękającego lodu i zaprzęg wraz z saniami pogrążał się natychmiast w wodzie. Dał się tylko słyszeć urwany, pełen przerażenia krzyk po czym zapanowała martwa cisza.

 Na brzegu jeziora jeszcze przez chwilę stała przerażona staruszka trzymając w podniesionych rękach wypłowiałą chustę.

Przed chatą Wąsalów stał tłum ludzi, czekając na powrót weselnego orszaku. Po pewnym czasie od strony jeziora przyczłapała stara kobieta. Zgromadzeni rozpoznali w niej babcię Wąsalową. Gdy się zbliżyła dziwił ich jej wyraz twarzy, Normalnie głęboko zapadłe, starcze oczy, wychodziły niemal z orbit. Podniosła rękę i wskazując w stronę jeziora rzekła dziwnie zmienionym głosem:

– Wesele…

Tłum rzucił się gwałtownie w stronę jeziora. Na lodzie przysypanym śniegiem nigdzie jednak nie było widać ani sań ani ludzi. Zerwał się wiatr, zaczął się wzmagać powodując zadymkę. Po chwili przywiał zgromadzonym kawałek mirty, nic więcej. W gęstniejącej zadymce długo jeszcze było widać czarną smugę rzeki, wijącej się zdradliwie środkiem jeziora.

Staruszka Wąsalowa nieśmiało zaczęła wchodzić na swoje dawne gospodarstwo. Po tylu latach cierpień ona znowu była tutaj panią.

Feliks Malinowski

Legendy Pałuckie okolic Żnina, Graf-Bog.

Materiał opublikowany w celach edukacyjnych

Jeśli spodobała Ci się ta legenda zapraszamy Cię do naszego działu folkloru, gdzie przeczytasz więcej legend

Komentarze