Różnica między tym co jadła władza a robotnicy stabilizowała się w trudzie ludu pracującego pod przewodem.

Ot, taki kawałek bierutowski. Jest sobie rok 1953 i nad wyraz niespodziewanie w Berlinie Zachodnim urywa się ze służbowej wycieczki wicedyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Ubabrany po szyję Józef Światło. I centralnie wali do CIA, że jak tyrał dla stalinowców, tak teraz zapragnął odwrotnie. CIA ciut zgłupiało i zdecydowało się upchnąć ten gorący kartofel Polakom, konkretnie „Wolnej Europie”. Ta też lekko zryżała, ale otworzyła mu mikrofon. Jaki to ma związek z żarełkiem? Otóż fundamentalny! Bo Światło nie tłukł komunałów, że „kraj jęczy pod moskiewskim butem” i takie tam.

On, który wcześniej miał dostęp do pańskiej klamki, referował metodycznie w ten deseń: „Prezydent Bolesław Bierut na obiad spożywa tak: jaja przepiórcze w cieście waniliowym, duszonego łososia pod beszamelem, dyskretnie zakrapianego szampanem francuskim z nutką kawioru astrachańskiego. Zapija to szlachetnym winem reńskim…” Ta kulinarna litania ciągnęła się i ciągnęła, mnożyły się potrawy i przyprawy.

.

Kaszanka oraz inne specjały kuchni polskiej na stole

CIA ciut zgłupiało i zdecydowało się upchnąć ten gorący kartofel Polakom, konkretnie „Wolnej Europie”. Źródło: wikimedia.org

.

Wyniosłe marki zagraniczne (zza zachodniej granicy oczywiście,  z wyjątkiem może kawioru) strzelały jak fajerwerki.  Kto tego słuchał? Ano, robotnik, który właśnie krajał przypaloną kaszankę na gazecie, a na zapitkę trzymał dwa łyki bimbru w musztardówce. I jemu już nie trzeba było zasuwać tępych komunałów, że „władza komunistyczna uprawia dygnitarski styl życia itp.”. On, jeżeli natychmiast nie bluznął najgorszym rynsztokiem w kierunku towarzysza Bieruta, to tylko dlatego, ze mu ta kaszanka w gardle stawała. Z powodu, że przypalona, a niedokładnie popita. I kto jeszcze tego słuchał? Ano sam towarzysz Bierut, bo specjalnie zaprowadzony stenograf sejmowy spisywał Światłę z głośnika, a specjalny kurier na motorze, ekspresowo z tekstem do Belwederu. I wyczytywanie prezydenckiego menu powodowało u tego „najwierniejszego ucznia towarzysza Stalina” stany skrajne. Na przemian toczył pianę i osuwał się w apatię. Kawior całkiem przestał mu smakować Bo dotarło, że ta świnia Światło odczytała mu właśnie wyrok. Z terminem odroczonym, ale pewnie nie za daleko.

Nie mylił się ten światły przywódca klasy robotniczej. Upłynął niewielki – nomen omen – kęs czasu, a tu towarzysze radzieccy zapraszają do Moskwy na XX Zjazd. Oczywiście pojechał i przeziębił się tak pechowo, że zmarł. Historycy spierają się do dziś, czy go zawiało, a może wywiązał się nieszczęśliwy koklusz. Bo, że radzieccy mogli uszczknąć żywota „towarzyszowi Tomaszowi” może głosić tylko jednostka do spodu kłamliwa i zdegenerowana. Warszawska ulica zaś skwitowała rzecz rymem: „Wyjechał w futerku – a wrócił w kuferku”.

A jak „towarzysza Tomasza” grzecznie odprowadzono na Powązki, nastał „towarzysz Wiesław”, któremu – nawiasem – też różnie układało się z towarzyszami radzieckimi. Bo tak po prawdzie, to dupsko uratowała mu policja sanacyjna. „Wiesław” był tokarzem z krośnieńskiego, od wczesnej młodości zapychał po te szesnaście godzin. W każdym razie, jeżeli jadał do syta, to niepomiernie rzadko. Trudną sztukę czytania opanował gdzieś pod trzydziestkę, ale i to nie za gładko. Pech chciał, że pierwsze, co mu wpadło w łapy, to nie była książeczka do nabożeństwa ani choćby „Nad Niemnem”, gdzie występują opisy przyrody urody przecudnej.

Pierwsze o co wzrok jego zahaczył, była broszura Komunistycznej Partii Polski. A tam stało: tak i tak, tak i tak. „Wiesław” – olśniony tą wiedzą – zaczął nie tylko czytać broszury, ale i sam je rozprowadzał. Za co, jako za „komunistyczną agitację”, podła sanacja posadziła go cieniu na lat sześć. A tymczasem towarzysz Stalin, przywódca międzynarodowego ruchu robotniczego, wezwał do siebie aktywistów KPP.

.

Wspaniały talerz kawioru na pięknym stoliku.

Za co, jako za „komunistyczną agitację”, podła sanacja posadziła go cieniu na lat sześć. A tymczasem towarzysz Stalin, przywódca międzynarodowego ruchu robotniczego, wezwał do siebie aktywistów KPP. Źródło: Pixabay.com

.

Myśleli, że celem narady aktywu i kopnęli się zwyczajowo przez bród na rzeczce Zbrucz. Po czym usłyszeli, że są imperialistycznymi agentami, za co należy się czapa. A w Związku Radzieckim jak się komuś coś należy, to on to dostaje. A „Wiesław”? Cóż, uwolnili go Niemcy w 1939. Do tej pory nie zdążył posmakować luksusów,  a i teraz na kartkowym chlebie z marmoladą z beczek, w których topiły się szczury, nie zdołał sobie smaku wydelikacić. Po wojnie z kolei towarzysze ujrzeli w nim odchylenie prawicowe i zapuszkowali do willi w Miedzeszynie, gdzie jadał to samo, co personel strażniczy. Więc kiedy stanął na czele i posilał się w stołówce Komitetu Centralnego, wchodził i już od progu wołał: „Kaszankę i kartofli”. I ta kaszanka już tam na stałe na niego czekała. A dookolni towarzysze po staremu: „kawior i szampanskoje”, tylko że po kątach. Bo docierało do  nich, że koniec ery „Wiesława” jest przesądzony.

Nie może utrzymać się w roli głowy państwa, ktoś kto na oczach ludzkich opycha się kaszanką z kartoflami. I jeszcze jest z tego dumny. Tego nie wytrzyma nawet PRL!

,

Wiesław Kot

Komentarze