On, znaczy alkohol ten, odgrywał on jednakowoż rolę istotną. Co zilustruję przykładem własnym. Choć ułomnie, bo na ówczesnym etapie budowy socjalizmu, jako zaprzysięgły ministrant, nie spożywałem. Czego do końca mych dni nie odżałuję. Ale jako trzeźwy, choć mało kumaty chłopiec od przyklęków,  miałem baczenie. Proszę wybaczyć, że będzie się rozkręcać powoli. Jak „Noce i dnie”. Powyżej Marii Dąbrowskiej – nie doskoczę.

Ot, braciszek klasztorny, zatrudniony przy pielęgnacji ogrodu na posesji ojców czcigodnych franciszkanów Reformatów w Jarosławiu. Któren to Jarosław  – przypominam – oddany został przez burmistrza w imieniu literalnie wszystkich mieszkańców w osobiste władanie Chrystusa Króla z dniem dzisiejszym.

Ale tu świtek, przed ołtarzem pokorne chucherko, w burym habicie. Zawsze przygięte. Obserwowałem, jako posługujący z pateną na mszy o szóstej, jak pracowicie docierał do balasek. Inni dziarsko, prostym duktem, a on jakoś koślawo, zakolami. Tu się bujnął, tu przyklęknął, ówdzie przysiadł, tam zaparkował, wreszcie gruchnął na kościste kolana i wywalił jęzor. A jak przyjął, to już się nie mógł oderwać od pokornych klęczek. I wówczas kościelni akolici dyskretnie unosili go pod ramiona. Wydawało się – Bieruty, które wspomagają celebransa podczas procesji Bożego Ciała w 1946. W każdym razie ów meandryczny braciszek zanikał w krużgankach. Dla nas, dzieciaków w komeżkach.

Ale nie dla dwóch innych instancji, które miały go na oku. Pierwsza instancja spoglądała z wysoka. Był to mianowicie klasztorny organista. Dokładne nuty wydobywał z rzadka i przypadkiem. Słychać było, że na weselach zarabia więcej.  Za to z chóru na chwiejnego braciszka uważane miał baczenie. Bo też miał interes, co się wyjaśni (mówiłem: „Noce i dnie”).  Ale odgrywanie „I z duchem twoim” oraz obserwacja  brązowego habitu, który porusza się niby w przód, ale jak wahadło zegara, nie wyczerpywała jego działalności. Z początku ginęły rzeczy drobne. Odkurzacz. Komplet ręczników. Rzutnik do wyświetlania slajdów. Gitara elektryczna. Komplet płyt winylowych. Bielizna osobista z suszarni. Wszczynano nieśmiałe śledztwa. No, bo jednak obowiązuje klauzura, są zamki, nie każdy może, prawda, wtargnąć, nie mówiąc już o tym, żeby zagrabić… Więc kto? Kto?

Milicjanci  jednak podchodzili do zagadnienia głupio, bo, że się tak były ministrant wyrazi, od dupy strony… Bo oni, że raz tego brakuje, raz tamtego. Sporządzili protokół ubytków i szastali nóżką.

Źródło: Wikimedia Commons

Źródło: Wikimedia Commons

Ale – dalej. Druga instancja, która monitorowała chwiejnego braciszka, mieściła się naprzeciw klasztoru. Tuż pod wyniosłą fasadą Powiatowej Rady Narodowej. Był to szykowny kiosk (architektura: czysty modernizm), który znużonym przechodniom oferował dwa specjały. „Trybunę Ludu” oraz wino pisane. Domyślności czytelnika pozostawiam, który towar był mocniej uczęszczany. No tak, ale też wino, nawet patyk, to ono jednak cenę swoją posiada. I należy uiścić, bo „kontrol” weźmie za dupę. Dlatego też braciszek był monitorowany z pewniej odległości.

A nikt jakoś nie zdał pytania, na które od ręki wpadłby porucznik Borewicz. Dlaczego, mianowicie, brat ogrodnik, który o szóstej rano zygzakiem zdobywa balaski, utrzymuje dokładnie ten sam zygzak pieląc przed południem grządki? I dokładnie ten sam wzorek przesiewając ziemię przez sito „w samo południe”? I identyczny układ baletowy po południu, kiedy mianowicie nawadnia konewką kwiecie pod szkłem? I późnym popołudniem, kiedy sprzedaje ostatnim interesantom przekwitłe pelargonie? I wieczorem, kiedy to obowiązkowe modlitwy brewiarzowe odprawia w absolutnie rekordowym tempie siedmiu minut i trzydziestu sześciu sekund? I następnego ranka, kiedy startuje do balasek ruchem konika szachowego? Sicut erat, in principio, et nunc, et semper, et secula seculorum. Amen.

Z tym, że “Amen” nastąpiło na etapie zuchwałości. Bo – pora uchylić rąbka tajemnicy – kiedy braciszek już zagruntował, zjawiał się u niego w pilnym interesie ogrodniczym – kioskarz. Który ruchem dyskretnym, choć nie pozbawionym wiadomej drżączki, otrzymywał klucz. Z tym kluczem udawał się na modlitwę. Tak się jakoś składało, że zawsze tuż obok, w ekstazie modlitewnej pogrążony był organista. On też, wyćwiczonym do perfekcji ruchem, przejmował klucz od kioskarza. A potem – odkurzacz, winyl, bielizna. W rezultacie – braciszek przystępował o szóstej zygzakiem.


I to by mogło trwać i trwać – aż do czasów Telewizji Trwam. Ale nie! Bo ludzka natura już taka jest, że nie zadowala się winylem i odkurzaczem. Zwłaszcza, kiedy ta natura poweźmie wiedzę, gdzie mianowicie sytuuje się kasa klasztorna, ile zawiera i jak się dobrać. I organista za przyczyną kioskarza i braciszka taką wiedzę w końcu powziął. Wtargnął, rozszyfrował, otworzył, zgarnął. I byłby śpiewał „Alleluja” na najwyższych rejestrach  do końca swych dni, z tym, że nie docenił polskiej monety. Bo jednak większość ofiar parafian to nie były, niestety, szeleszczące papierki. Obładował się organista po pachy i – by zamarkować napad z zewnątrz – zdecydował się opuścić z okna po sznurze, którym ojcowie franciszkanie zwyczajowo przepasują habit. Już napiął sznur, już zniżał się z framugi… Nagle – trrrach! Bo każdy franciszkański sznur obliczony jest na pewną wyporność (obejmowanie brzuszyska), ale nie na większą. Nie utrzymał sznur – zdrajca – ciężaru  organisty plus bilon. Kiedy przyjechała milicja, organista leżał u stóp muru klasztornego z połamanymi nogami. A wokół niego piętrzyła się góra pieniędzy…

I najsmutniejsze. Odtąd braciszek ogrodnik o szóstej rano podchodził do balasek krokiem prostym i wyrównanym. Od punktu A do punktu B. Z czasem zrozumiałem, że tak się idzie do piekła…

 „This is the road to hell”.

.

Wiesław Kot

Komentarze