Z Wiesławem Kotem, pisarzem, publicystą, krytykiem filmowym, byłym wicenaczelnym „Wprost” oraz autorem książki „PRL. Jak cudnie się żyło” o jego wspomnieniach z PRL-u rozmawia Jakub Napoleon Gajdziński.

 

Jakie były największe rarytasy w PRL? Co każdy chciał zjeść najbardziej? Pana ulubione danie?

Idąc powszechniejszym zwyczajem powiedziałbym, że szynka. Najlepiej puszkowa, marki „Krakus”, odrzut z eksportu. I już bym skłamał. Dlaczego? Z powodu, iż kontakt z ta szynką był tak rzadki i dorywczy, że człowiek nie zdążył zgłębić i zapamiętać smaku. Ergo – nie było smaku, nie było tęsknoty. Szynka bytowała sobie gdzieś wysoko w sferze abstrakcji. Więc ja, człowiek głupi i stadny, zapytany o rarytas klepałbym, że szynka. Bo wszyscy wokoło szynkę uważali za koronę smaku. Ale po minucie zastanowienia, wycofałbym się z tego. Szynka bywała na stole zbyt rzadko,  by ją polubić.  Co było dla mnie natomiast obiektem pożądania, mimo, iż wcale go nie jadłem? Otóż banan. Cytryna czy pomarańcza jeszcze się trafiały, ale banan – nigdy. A ja tymczasem oglądałem mnóstwo filmów z bananem w roli głównej. Ściślej – nie z bananem, lecz ze skórką po nim. Komedia slapstickowa młóciła ten motyw we dnie i w nocy. Charlie Chaplin, Buster Keaton, Harold Lloyd i chmara pomniejszych czerpali radość nieustanną a przewrotną z faktu, że gliniarz czy dyrektor (zawsze były to nadęte grubasy) podąża z głową uniesioną godnościowo chodnikiem, na który ktoś przed chwilą niedbale rzucił skórkę od banana. I wtedy następowało nieuchronne: grubas wchodził na skórkę i zachowywał się, jak ktoś, komu nagle wyszarpnięto dywan spod stóp. Gwałtowne a bezradne tasowanie powietrza łapami i tryumfalne rrryms o glebę. Cóż to była za uciecha! A ów banan, o którego mydlanym smaku nie miałem najmniejszego pojęcia, atakował moją wyobraźnię. Jaki to musi być rarytas, skoro w przyrodzie występuje rzadziej niż cytryna. Marzyłem o nim, śniłem o nim. Ale w tych filmach jedno mi się nie zgadzało – to, jak ci amerykańscy konsumenci tego banana traktują. Zgroza! Trach, trach, obdzierają ze skóry. Mlasną raz, mlasną dwa, kłapną dziobem, a skórkę – o zgrozo! – przez ramię, za siebie. Toż ja – gdybym mógł tylko stać się szczęśliwym posiadaczem banana, to ja bym po długo odraczanej konsumpcji tę skórkę do imentu wyssał, oblizał, ustami popieścił. I nigdy, przenigdy bym nie wyrzucał. Zachowałbym, zasuszyłbym, zostawił na pamiątkę. W szufladzie, obok listów od ukochanej.

Tydzień Kuchni PRL

Tydzień Kuchni PRL

Teraz przejdźmy na stronę. Bo się tęskniło za bananem, ale i filmy oglądało się pilnie. Dowód? Zerkam jednym okiem na Polsat, gdzie Kiepski. Usnął, zmożony gorzałą, ale budzi się, a przy jego stole postać w czerni. I ona zaprasza go, by zajął miejsce naprzeciw. A ja doznaję deja vu. Wołam: „- Dorota, o ile zakład, że oni za chwilę zaczną grać w szachy?!” I oni rzeczywiście zaczynają grać w szachy. Z jednej strony hieratyczna postać w czerni, z drugiej Ferdek złachany, przepity i ogólnie wkurzony. Norma. Ale skąd ja wiedziałem, że oni za chwilę zaczną grac w szachy? Ano stąd, że w latach 60-tych „Siódmą pieczęć” szwedzkiego klasyka Ingmara Bergmana dawano w „prime time”. Każdy musiał obejrzeć. A tam rycerz i śmierć – identycznie upozowani jak  w mieszkaniu Kiepskiego, grali w szachy. A stawką było życie rycerza. Zamieniłem z tym rycerzem słów kilka. Na ganku dworku Iwaszkiewicza w Stawisku. Grał wtedy u Zanussiego (cóż za marnotrawstwo talentu!). Zapytałem go o jakieś szalenie fundamentalne sprawy, które były rozpatrywane w filmach szwedzkiego geniusza. Odpowiedział półsłówkami, a potem zadał mnie pytanie, które było w tym momencie dla niego  – zorientowałem się – bez porównanie bardziej istotne: „-Tell me, where can I piss?”

Czego jeszcze się pożądało? Bo ja wiem? Ale weźmy: są tzw. beznadziejne lata 80-te, dokładnie środek. Jaruzelski się okopał, Breżniew umarł, ale wybrali następnego. Wszystko na kartki. Ludzie narzekają, marudzą (głownie w kwestii mięsa), ale generalnie łby spuszczone. Bo wiadomo. Jaruzelski będzie rządził do 90-tki, komuna jest wieczna i za naszego życia na pewno nic się tu nie zmieni. I wszyscy z przyzwyczajenia odmieniają: mięso, mięsa mięsu… Bo jak by tylko rzucili, to od razu ich życie nabrałoby kolorów. Ot, jedziemy taksówką. Zima jak dziś. Pan taksówkarz: „Bo wie pan, mnie tak wiele do szczęścia nie trzeba. W barku stoi tych parę „Balic Vodka”. Jedzie karbidem, ale co zrobić?  Żeby jeszcze tylko tego mięsa…” A ja się łapię na tym, że mnie mięso nic nie załatwia. Mam asystenturę na Uniwerku, trzepię korepetycje z angielskiego, bo wszyscy dostali szajby, żeby uczyć dzieci po angielsku. I o jedno się tylko martwię, o jedno cierpię. Żeby w moim Megasamie przy ulicy Palacza (kim był ów palacz?) rano był serek „Fromage” o smaku paprykowym. A jak jest ten serek, jak jest do niego bułka, to ja już jestem na prostej. To mi Jaruzel niestraszny. „Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba”.

C.D.N.

 

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Wiesław Kot będzie publikował swoje wspomnienia z okresu PRL-u co tydzień w czwartek na naszym portalu! Tymczasem zapraszamy serdecznie na Tydzień Kuchni PRL, gdzie jeszcze jutro oraz pojutrze przeczytacie rozmowę z pisarzem.

Komentarze