Z Wiesławem Kotem, pisarzem, publicystą, krytykiem filmowym, byłym wicenaczelnym „Wprost” oraz autorem „PRL. Jak cudnie się żyło” o jego wspomnieniach z PRL-u rozmawia Jakub Napoleon Gajdziński.

Co jedzono na co dzień?

Odpowiedzieć na to pytanie, to jak otworzyć encyklopedię. Czytamy jedno hasło i ono odkrywa przed nami otchłań. A jest jeszcze tyle innych haseł. Życia nie starczy…

Była taka trajektoria tow. Gomułki, który lansował tezę, że jak ktoś chce uwzględnić mięso, to powinien je sobie wyhodować sam. Więc się hodowało, co ilustruję przykładem rodziny własnej. Jest rok, powiedzmy, 1965. Mój św. pamięci tatuś rezultetem heroicznego (ale okresowego!) powstrzymywania się, mógł w szczerym polu wznieść klocek z cegieł. Po paru latach klocek okazał się willą, a pole – dzielnicą willową. Ale jak w dzielnicy willowej wyhodować mięso, na co towarzysz nalegał? Bardzo prosto. Do budyneczku gospodarskiego (pozwolenie podlane kilkoma hektolitrami) dostawiało się lepiankę dwa na trzy. By przykombinować do niej pasażera, czyli świnkę, rodzicielka udawała się w dzień targowy na zakurzony plac (smród odchodów uderzał o niebiosa)  nad kultową rzeką San. Wracała stamtąd szczęśliwa – z warchlakiem na sznurku. Którego kopała raz po raz, aby nadążał. Ostatecznie, nie byli zaprzyjaźnieni. Miasto Jarosław (Podkarpackie) mieści wiele szacownych zabytków, jako to Rynek na prawie magdeburskim, ratusz, kamienicę Orsettich, szacowną farę, klasztor ojców Reformatów i hieratyczną Bazylikę ojców Dominikanów, cudami słynącą. I między tymi skarbami architektury podąża moja rodzicielka. Przed nią prosię na sznurku. Wieki patrzą  na  nią. A może – kto wie – „na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek…”?  Przed nią bieży prosiak, „a nad nią leci motylek?”. Kto wie, jak by to poeta oddał, gdyby zdążył na czas?  I prosiak ma swoją introdukcję do chlewika, gdzie przebywa. Mama jest troskliwa o  niego i przyrastające sadło jego. Karmiony, hołubiony, doglądany. Kochany. Niemal członek rodziny. Jak mama chciała mnie i brata przymusić do porannego mycia, to odwoływała się do swego pupila z chlewika. „Nawet >>Maciuś<< jak się ze słomy zwlecze, uszami strzepnie!” I tak płynęły szczęśliwe dni w symbiozie. Tyle, że ta historia ma swój szekspirowski finał, bo nieuchronnie zmierza ku tragedii. Bo żywy, czujący, rozkoszny Maciuś był jednak nie czym innym, jak tylko dojrzewającym mięsem. Czyli Maciuś od pierwszego dnia był do spożycia. Z odroczeniem.

Tydzień Kuchni PRL

Tydzień Kuchni PRL

Więc mama brała mnie i brata w najdalszy pokój tego klocka z cegieł, przyciskała nas do siebie z całych sił i włączała radio – pamiętam – nazywało się „Figaro”. Radio ryczało, matka zanosiła się od łez, myśmy z bratem krzyczeli, bo nie rozumieliśmy, co się wyprawia. Maciuś umierał. A ten ryk z radia to było jego requiem.

Potem Maciuś został spożyty. Na raty, przy okazjach szczególnych. Mama przez pewien czas bywała apatyczna, milkliwa. Ale słoneczko się podniosło, sad się zazieleniła i znów szła spacerkiem nad San, skąd szlachetnym szlakiem historycznym wracała z nowym, rześkim warchlakiem, który w świńskim serduszku hołubił przekonanie, że czekają go tylko dobre dni, a jego arkadia (rzeczony chlewik) posłuży mu za przystań aż do późnej starości.

Jest to moja cząstkowa odpowiedź na kwestię zaopatrzenia w wędliny w dekadzie lat 60-tych.

C.D.N.

 

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Wiesław Kot będzie publikował swoje wspomnienia z okresu PRL-u co tydzień w czwartek na naszym portalu! Tymczasem zapraszamy serdecznie na Tydzień Kuchni PRL, gdzie jeszcze jutro oraz pojutrze przeczytacie rozmowę z pisarzem.

Komentarze