Świder ogniowy

Niewątpliwie najprostszym, a przy tym najbardziej prymitywnym sposobem wzniecenia płomienia było użycie tzw. świdra ogniowego. Urządzenie to mogło mieć różnorakie formy: wrzecionowatego patyka osadzonego zaostrzonymi końcami w otworach dwóch pionowych drążków, obracanego nawiniętym nań sznurem lub też podobnego patyka ustawionego pionowo w deseczce z otworami, dociśniętego od góry drewnianą nakładką (otwór w nakładce należało posmarować tłuszczem dla ułatwienia ruchu obrotowego), napędzonego za pomocą małego, drewnianego łuku z rzemienną „cięciwą” oplecioną wokół patyka.

Jednak niezależnie od formy urządzenia zasada uzyskiwania wysokiej temperatury i zapłonu np. podsypanego suchego igliwia  była zawsze taka sama: siła tarcia dwóch kawałków drewna – elementu ruchomego wykonywanego z twardego drewna liściastego o element nieruchomy, dla którego najlepszym materiałem było miękkie drewno iglaste. Zasada zaiste prosta, ale praktyka dobitnie wykazuje, że rozpalenie w ten sposób ognia wymaga dość solidnego nakładu sił, niemałej wprawy i z reguły więcej niż jednej osoby.

Co charakterystyczne, według Aleksandra Gieysztora, ten sposób niecenia ognia często związany był z niektórymi rytuałami i służył do uzyskiwania tzw. „ognia żywego”, szczególnie w wypadku zarazy lub – profilaktycznie, jako ochrona przed ewentualną zarazą – z okazji świąt. Stary ogień wówczas wygaszano, a „ogień żywy”, rozniecony nocą przez braci bliźniaków lub przez osoby urodzone tego samego dnia, gospodarcze roznosili do swoich domów.

DSC07953

.

Krzesiwo

W życiu codziennym bardziej powszechne było zapewne krzesanie ognia za pomocą krzesiwa. W tym przypadku zasada też wydaje się prosta, ale, choć także wymagająca wprawy, to z pewnością mniej męcząca.

Wystarczy stalowym krzesiwem uderzyć o krzemień w ten sposób, aby powstałe w efekcie uderzenia iskry padły na trzymaną w tej samej ręce co krzemień tzw. żagiew (zapał), czyli na kawałek nasmolonej szmatki lub też specjalnie spreparowaną, wysuszoną hubkę – drzewnego grzybka.

Żagiew powinna być owinięta w suchy mech  lub mocno wysuszone i rozdrobnione topolowe łyko; po zapaleniu się żagwi należy – delikatnie w nią dmuchając – przenieść maleńkie ogniki na mech lub łyko i, nadal dmuchając, wzniecić płomyki.

Ponadto w materiale archeologicznym stosunkowo często natrafiamy na krzesiwa. Znane już w okresie rzymskim, czyli na początku naszej ery, w formie tzw. sztabkowej, we wczesnym średniowieczu występują zasadniczo w dwóch odmianach: ognikowej i dwukabłąkowej.

Pierwsza z nich – w opinii J. Kostrzewskiego bardziej charakterystyczna dla Słowiańszczyzny wschodniej – to krzesiwo w formie płytki o kształcie owalnym, soczewkowatym lub wielokątnym zaokrąglonym, z podłużnym otworem pośrodku i najczęściej z małym otworkiem na metalowe kółko lub rzemyk, co ułatwiało zawieszenie krzesiwa.

W XV wieku krzesiwa tego typu – z racji swojego związku z ogniem – zwane były „ognikami”.

Forma druga, występująca nie tylko na ziemiach słowiańskich, to dość wąska sztabka z końcami zagiętymi ku sobie, tworzącymi symetryczne kabłąki i zawiniętymi w dwa małe uszka. Co ciekawe, niemal identyczne formy krzesiw jak te znane z wykopalisk – w tym także sztabkowe, których forma liczy sobie, bagatela, ponad osiemnaście wieków! – używane były na terenach Polski jeszcze na początku XX wieku.

Warto zauważyć, że krzesiwa, aby dobrze spełniać swoje zadanie, musiałby być wykonane z bardzo twardego materiału – stali, czyli mocno nawęglonego żelaza. Nie stanowiło to większego problemu, gdyż obróbka żelaza stała we wczesnym średniowieczu na wystarczająco wysokim poziomie, o czym mogą świadczyć odkrywane w czasie wykopalisk innego rodzaju zabytki żelazne, skuwane z twardej stali tworzącej część pracującą i elastycznego rdzenia wykonanego z bardziej miękkiego żelaza.

Do tych niuansów technicznych jeszcze wrócimy przy okazji prezentacji np. noży.

Krzesiwa noszono przy pasie, przytoczone rzemykiem zaczepionym o metalowe kółko lub przewleczonym przez dwa uszka. Obok noża i kamiennej osełki stanowiły nieodzowne, codzienne atrybuty Słowianina. Nosił je zapewne przy sobie ciągle, szczególnie w podróży, na łowach czy wojennej wyprawie, choć wydaje się, że jeśli na co dzień przebywał w miejscu zamieszkania, nie musiał ich zbyt często używać.

Komentarze