Legenda o diable weneckim

Kilka kilometrów od Żnina, przy szosie prowadzącej do Gniezna, leży niewielka miejscowość o niecodziennej nazwie – Wenecja. Już z dużej odległości daje się dostrzec w otoczeniu drzew wieżę kościoła weneckiego. Prowadzi do niego od szosy brukowana droga. Urzekająca panorama Wenecji tłumaczy jej nazwę, niewątpliwie przez analogię położenia, zapożyczoną od prawdziwej, włoskiej.

Położona na wijącym się pasie ziemi wśród trzech jezior: Weneckiego, Biskupińskiego i Skrzynka – stanowi pejzaż o niebanalnych walorach. W czasie Jagiełły wznosił się tutaj zamek kasztelański, którego ślad w postaci resztek ruin dochował się do dzisiaj. Jest to dodatkowa atrakcja dla turystów zwiedzających nieopodal pozostałości prasłowiańskiej osady biskupińskiej.

black_knight_by_jrholford-d4t27sj

Zjawa czarnego rycerza Mikołaja Nałęcza

Nie tylko jednak panorama i ruiny zamku są interesujące. Ciekawa jest także związana z tymi ruinami legenda o kasztelanie Mikołaju Nałęczu, zwanym już podobno przez współczesnych sobie „Diabłem Weneckim”. Zamek z jego rozbudowanym systemem podziemnych lochów cieszył się zła sławą. Do dziś jego ruiny są postrachem dla miejscowej ludności, skąd nocami – ponoć – dobiegają potępieńcze jęki przy akompaniamencie brzęczących łańcuchów i liczonych monet. Jak głosi legenda – to okrutny rycerz Mikołaj z Wenecji herbu Nałęcz, pan zamku, bezlitosny sędzia opętany przez diabła – strzeże swoich ogromnych skarbów zbroczonych krwią pomordowanych kmieci.

Srogi rządca ciemiężył  podwładną ludność wysokimi daninami, które bezwzględnie ściągał. Nieludzko traktowani i wyzyskiwani mieszkańcy Gąsawy, Łysinina, Komratowa i innych sąsiednich wiosek postanowili wysłać na zamek swojego sołtysa ze skargą na bezprawie i gwałt czyniony przez pachołków Pana na Wenecji w podległych mu wsiach. Mikołaj Nałęcz zamiast ich wysłuchać i poskromić swoją służbę kazał wysłańców wychłostać i wtrącić do lochów. Jednocześnie zapowiedział, że jeśli nie otrzyma w przeciągu jednej niedzieli pokaźnego wykupu w postaci trzech tłustych jałówek, siedmiu kadzi miodu, dziesięciu kop wędzonych węgorzy, tyluż jaj i pięciu worków dorodnych owoców – każe wysłańców obwiesić na szubienicy. Była dopiero jesień, ale do wielu chłopskich chat zaglądał już głód. Jednak dla ratowania niewinnie skazanych nie wahano się sięgnąć po ostatnie zapasy. Po trzech dniach zgromadzono wreszcie wyznaczoną ilość wszystkiego. Załadowano to na trzy wozy i wyruszono, na czele z Mściwojem z Gąsawy, w kierunku Wenecji.

Zapadł ponury jesienny wieczór. Chociaż do zamku było jeszcze daleko, Mściwoj wraz z resztą wysłanników widział go wyraźnie – oświetlonym rzęsistym światłem. Gdy skrzypienie wozów przycichło na chwilę, jadący usłyszeli dźwięki skocznej muzyki i gwar rozbawionych biesiadników.

              – Słyszycie, nasz pan znowu urządził biesiadę. I jak chodzą głosy z nieczystymi duchami – odezwał się Maciej Długowąs.

          – Prawdę mówicie kumie – odrzekł Mściwoj z Gąsawy – toć to wszyscy to wszyscy od dawna gadają, że Pan na Wenecji duszę swoją zapisał Lucyferowi i z biesami trzyma. Inaczej nie byłoby tam tyle zła i krzywdy ludzkiej. Aż strach tam jechać, bo może… – urwał nagle, aby nie wypowiedzieć w złą godzinę i począł się żegnać, żeby odpędzić od siebie złe duchy.

Zapanowało ponure milczenie. Od strony jeziora powiał chłodny wiatr, a gdzieś w górze odezwało się stado kruków lecących w kierunku zamku. Spojrzawszy na nie, a potem na swoich towarzyszy, Mściwoj ściągnął trwożnie czapkę z głowy i zaczął głośno odmawiać pacierz. To samo uczynili i oni. Tak jadąc ani się spostrzegli, jak minęli ostatni zakręt przed groblą. Przy oświetlonej łuczywem bramie stało w półmroku dwóch uzbrojonych w halabardy strażników. Zatrzymali wozy, gdyż dziedzic nie życzył sobie, by w czasie biesiadowania mu przeszkadzano. Trzeba było więc czekać. Ustawiono wozy nad groblą i jak kto mógł ułożył się do snu. Minęła noc i wiele już godzin nowego dnia, a oni czekali nadal. Około południa, kiedy kasztelan się obudził wreszcie, wpuszczono ich za bramę – zgłodniałych i zziębniętych. 

Przechodząc zwodzony most wszyscy wysłannicy czynili ukradkiem znak krzyża, prosząc Boga i wszystkich świętych o opiekę w tym siedlisku szatana i złych duchów. Szli powoli, trwożnym wzrokiem ogarniając wysokie jak najwyższe drzewa mury, masywna bramę okutą żelazem oraz brukowany rozległy dziedziniec zamkowy. Nagle struchleli i przerażeni skupili się w gromadkę przy wozach. Tuż za bramą, po prawej stronie stały dwie szubienice, na których kołysały się w podmuchach wiatru dwa trupy. Rozpoznali je od razu: to ci, których właśnie dzisiaj mieli wykupić. Silniejsze porywy wiatru podrywały z szubienic stadko kraczących przeraźliwie kruków, które po chwili znów obsiadywały trupy.

          – Z nich to już żadnej pociechy nie będzie. Dyndają tu już od wczoraj, kiedy to jaśnie pan kazał ich dla przykładu i postrachu powiesić. – rozległ się donośnie rechotliwy głos jednego ze strażników.

          – No szybciej, ułagodźcie darami jaśnie wielmożnego pana, bo inaczej spotka was ten sam los – dodał drugi. 

Ocknąwszy się z chwilowego odrętwienia Mściwoj z Gąsawy zebrał się w sobie i odezwał nieśmiało.

          – Jak to mogło się stać, przecież przywieźliśmy dla jaśnie pana okup, jaki nam nakazał i w oznaczonym czasie?

      – Naszemu panu trzeba przywozić okup natychmiast i z uśmiechem, a także więcej niż żąda – odpowiedział z szyderczym uśmiechem pierwszy strażnik.

          – A teraz na kolana psubraty, czołgać się, bo właśnie wasz pan łaskawie wyszedł, aby was wysłuchać i osądzić. 

Na krużganek istotnie wyszedł wolnym krokiem książę Mikołaj Nałęcz, ubrany w purpurawą togę i szeroki, błyszczący łańcuch – symbol władzy sędzioweskiej. Usiadłszy na krześle z wysokim oparciem, skinął na pisarza. Ten głośno odczytał przeiwnienia powieszonych. Obwiniano ich o upór i stawianie oporu pachołkom, którzy wykonywali polecenia sędziego, o opieszałość w składaniu danin, a więc brak posłuszeńśtwa jaśnie wielmożenmu panu. Mściwoj z Gąsawy chciał protestować, że to nieprawda, że prszyszli oni tu z woli wszystkich kmieci z prośbą o łaskę pana na Wenecji dla wiernych poddanych. Nim jednak zdołał podnieść się, by mówić, silne uderzenie strażnika powaliło go powtórnie na twarz. 

Komentarze