Dopiero na wyraźne skinienie sędząego leżący na bruku posłańcy mogli się wreszcie podnieść. Nieśmiało unieśli głowy i dopiero teraz spostrzegli, że cały dziedziniec wypełnił tłum ludzi. Za sędziowskim fotelem stali dworzanie w barwnych strojach: – uczestnicy zapewne wczorajszej uczty, na dziedzińcu wokół służba, strażnicy, a z boku przy krużganku kat – wszyscy gotowi wykonać każe polecenie sędziego.
– Sprawdzić czy przywieziono należyty okup – rozkazał sędzia i grupa pachołków rzuciła się do wozów.
Następnie ekonom zaczął wyczytywać co każdy wóz powinien zawierać. Ponieważ wielu – celowo wymyślonych – rzeczy naturalnie brakowało, twarz pana na Wenecji purpurowiała przybierając coraz gniewniejszy grymas.
– Klnę się na Boga i przysięgam, że wszystko przywieźliśmy zgodnie z poleceniem – próbował tłumaczyć Maciej Długowąs.
– To chyba jakiś pisarz z namowy biesa na naszą zgubę pozmieniał rodzaj i wysokość okupu. Przywieźliśmy nasze ostatnie zapasy, nic już nie mamy. Od ust odjęliśmy głodującym dzieciom, aby Wam Panie złożyć wyznaczony okup. Panie miej litość nad nami, nad naszymi rodzinami.
To mówiąc Mściwój z Gąsawy upadł na twarz przed sędzią. Nie poruszyło to jednak okrutnego sędziego. Gniewny wstał i zawyrokował krótko: – Za hardość i upór zakuć wszystkich w dyby, dać każdemu 50 batów i wrzucić do lochów na śmierć głodową. Ledwie skończył, a już straże z wyjątkową gorliwością przystąpiły do wykonania wyroku. Znęcając się zakuwali w dyby skazańców.
Jednocześnie na życzenie sędziego, pokazywano mu przywieziony okup. Zadowolenie malowało się na twarzy kasztelana, gdy oglądał tłuste jałówki, kadzie z wonnym miodem i rumiane owce.
Tymczasem obok pod szubienicą zakuwano w dyby ostatniego z posłańców. Jego przeraźliwy lament wypełnił cały dziedziniec, a odbijając się echem, wołał o pomstę do nieba. Nagle zawtórował mu ryk burzy, gromów bijących z jasnego nieba. Potężne pioruny zaczęły jeden po drugim bić w mury zamku. Mimo dnia zapanowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem błyskawic. Krzyk i zgiełk zapanował na dziedzińcu. Zamek stanął w płomieniach. Nikt z dworzan nie mógł ratować się ucieczką poza mury, gdyż gromy jakby sobie upodobały bramę i biły w nią szczególnie gęsto. Krwawy sędzia i cała jego służba ratując się przed rozszalałym żywiołem, kryli się w najgłębsze zakamarki podziemnych lochów, pozostawiając w popłochu na oścież otwarte bramy tych katowni. Z tej nagłej i niespodziewanej okazji skorzystali tymczasem więźniowie. Wydostali się na dziedziniec, pomagając przy tym solidarnie sobie nawzajem i uwalniając także zakutych w dyby nieszczęsnych skazańców z Mściwojem z Gąsawy na czele. Gromy na krótki moment przestały bić w opancerzoną bramę. Zbity tłumek niedawnych więźniów i skazańców natychmiast rzucił się w tym kierunku, wydostając się poza nią i szczęśliwie przebywając zwodzony most. Gdy już wszyscy uciekinierzy znaleźli się poza zamkiem, nagły grom uderzył w zwodzony most z taką siłą, że ten runął z trzaskiem do fosy, odcinając jedyną drogą z płonącego zamku. Nikt więcej go już nie mógł opuścić. Rozszalały pożar trawił wszystko w obrębie otaczającego kasztelanię wysokiego muru. Swąd spalenizny czuć było w całej okolicy, a zamczysko spowijały kłęby dymu. Dopiero następnego dnia silna ulewa ugasiła resztki tlących się kłód. Wiele dni potem słychać było jeszcze jakieś jęki i zawodzenia dobywające się z przysypanych lochów. Nikt jednak nie odważył się zbliżyć do pogorzeliska. Tu i ówdzie szeptano, że to sam diabeł z biesami wyprawia te sztuczki, by zwabić nowe ofiary.
Od tego czasu ludzie przezornie omijali ruiny zamczyska, zwłaszcza, po zapadnięciu mroku. Czasami widziano stada ogromnych kruków zlatujących do ruin. W niektóre noce podobno w wypalonych oknach rozbłyskiwały światła, a z dziedzińca rozlegał się tętent i wówczas widziano czarnego rycerza w purpurowej todze.
Dopiero po wielu latach ktoś zmuszony był szuka końcu ć schronienia i trafił z konieczności do lochów wypalonego zamczyska. Była to piękna młoda dziewczyna, do której zapałał miłością starosta z Gąsawy. Wprawdzie bogaty, lecz stary. Prześladowana jego natarczywymi zalotami, zdesperowana zdecydowała się ukryć w lochach zamku. W nocy zjawiła się przed nią postać rycerza, nakazując iść za sobą. Po przemierzeniu wielu krętych korytarzy w końcu zatrzymała się przed ogromnymi skrzyniami w jednym z lochów i rzekła do nieustraszonej dziewczyny:
– Jestem duchem Mikołaja z Wenecji. Za moje okrutne postępki zostałem skazany na strzeżenie tych oto skarbów zebranych na drodze mordu i grabieży tak długo, dopóki jakaś niewinna istota nie znajdzie schronienia w zamku, który był miejscem grzechu i rozpusty i pijaństwa i bezprawia. Oto masz trzy skrzynie złota. Jedną daj kościołowi, drugą rozdaj między ubogich a trzecią zatrzymaj dla siebie – abyś mogła spokojnie i szczęśliwie żyć. To wyrzekłszy zniknął. Po wyjściu dziewczyny z lochów gwałtowny wstrząs rozsypał ruiny zasypując na zawsze resztę skarbów.
Po dziś dzień na wzgórzu tkwią w ziemi resztki ruin zamku – to historia, która nie dość dokładnie spisana wzbogacona została przez fantazję ludu.
.
Feliks Malinowski
Legendy Pałuckie okolic Żnina, Graf-Bog.
Materiał opublikowany w celach edukacyjncyh




