Te błagalne słowa córki szczególnie boleśnie raniły serce Zana. Kochał ją wyjątkowo gorąco i był pewny, że jej męczeńska śmierć będzie daremna i niczego nie zmieni na lepsze. Z drugiej strony wiedział, że jako sprawiedliwy i prawy senior rady starszych będzie musiał przyjąć każdą decyzję rady. Nawet tą najgorszą. Ta myśl przerażała go śmiertelnie. Nie przestawał więc usilnie przekonywać rajców i mieszkańców grodu o złych intencjach szamana. Niestety, przygnębieni niespotykaną klęską ludzie mało reagowali na jego prośby i argumenty. – To chyba jakiś koszmarny sen – rozpaczał Zań. Załamany bezsilnością, z trwogą oczekiwał najbliższych wydarzeń. Zbliżał się złowróżbny dzień święta Słońca. W przeddzień uroczystości, na małym placyku tuż przy bramie, odbyło się niezwykłe posiedzenie rady starszych. Na nim to właśnie pod naciskiem gróźb szamana, mimo licznych sprzeciwów, zatwierdzono ofiarę z niewinnej Nuru i ustalono przebieg tej całopalnej uroczystości ofiarnej. Następnego dnia, już od wczesnego rana, zaczęto przygotowywać pierwszy w dziejach osady obrzęd palenia człowieka na stosie. Aby zmniejszyć cierpienia dziewczyny, pojono ją wywarem z odurzających ziół. Równocześnie na wzniesieniu na przeciwległym brzegu jeziora, tuż przy świętym źródełku, ustawiano ofiarny stos. Obok wysokiego pala, do którego przywiązana miała być dziewczyna, gromadzono chrust, suche polana i gałęzie jałowca.
.

Następnego dnia, już od wczesnego rana, zaczęto przygotowywać pierwszy w dziejach osady obrzęd palenia człowieka na stosie.
Wierzono bowiem, że dym z tego krzewu jest szczególnie miły bogom. Drogę przejazdu orszaku obrzędowego, a szczególnie bramę ł most, ozdobiono drzewkami brzóz i gałęziami płaczącej wierzby. Późnym popołudniem, na placu zebrań, posadzono Nuru na świętym wozie. Ubrana była w długą lnianą suknię przepasaną ozdobnym rzemykiem, a na głowie miała wianek z płomiennie żółtych kwiatów. Jej złociste włosy opadając długimi lokami na ramiona i piersi, zdawały się płonąć w blasku chylącego się ku zachodowi słońca. Na pięknej dziewczęcej twarzy ukazywały się na przemian to grymasy przerażenia, to głęboka obojętność. Odurzona ziołami ledwo mogła usiedzieć i nie bardzo zdawała sobie sprawę, co się z nią dzieje. Nie reagowała też na pomruki oskarżenia, ani na wyrazy współczucia. Godzinę przed zachodem słońca do powozu zaprzężono dwa szare, święte koniki. Najpierw ofiarny orszak ruszył ulicą Okrężną, aby zebrać cały zły urok, który dotknął osadę. W kilku miejscach bardziej zrozpaczeni mieszkańcy grodu wymachiwali rękami złorzecząc dziewczynie, jakby to ona była winna nieszczęściu. Tu i ówdzie nawet rzucano w Nuru kamieniami, głośno przy tym pomstując. Gdy święty wóz minął bramę, do orszaku przyłączył się tłum schorowanych mieszkańców osady. Zanim słońce zaczęło kryć się za horyzontem, orszak dotarł na ofiarne wzgórze. Zaraz też przystąpiono do ceremonii całopalenia. Przy jękliwych zawodzeniach płaczek przywiązano dziewczynę do pala powyżej rytualnie ułożonego stosu. Ledwie skończyli, a już szaman rozpoczął obrzęd tańcem śmierci. Jeszcze w trakcie jego trwania rzucił płonące łuczywo pod stos. Za jego przykładem poszło kilku innych mieszkańców osady, żądnych krwawego obrzędu. Początkowo płomienie łuczywa leniwie lizały polana i chrust, bojąc się zrobić krzywdę niewinnej dziewczynie. Jednakże z każdym podmuchem wiatru ogień rozprzestrzeniał się, plując obficie dymem. Wyjątkowo szybko zajęły się od ognia gałęzie jałowca ułożone u stóp ofiary. Wkrótce ich biały, gęsty dym szczelnie otulił dziewczynę, zakrywając jej cierpienie przed oczyma oprawców. Słychać więc było jedynie jęki, które przebijały się sporadycznie przez głośny lament płaczek. W pewnym momencie tium wpatrzony w ofiarny stos zamarł w bezruchu i stracił poczucie czasu. Gdy po chwili ludzie ocknęli się, nie słychać już było ani lamentu płaczek, ani jęków dziewczyny. I wtedy ze stosu, wysoko ponad warstwę dymu, wystrzeliły w niebo jasne języki ognia, jaskrawo rozświetlając ciemności nocy. Przyzwyczajeni do półmroku uczestnicy obrzędu przymrużyli oczy. Spod przymrużonych powiek mogli jednak dostrzec niezwykle świetlisty język płomienia, który swoim kształtem przypominał postać Nuru. Oderwawszy się od paleniska, przez ułamek sekundy zawisł nad stosem, aby następnie rozpłynąć się w dymie, który pionowo unosił się ku niebu. Gdy już zniknął, ogień stopniowo zaczął przygasać.
.
.
Jedynie bury dym wielką ławą począł zasłaniać gwieździste niebo. Chwilę później przy akompaniamencie piorunów i błyskawic, lunął rzęsisty deszcz. Był tak obfity, że natychmiast ugasił ofiarny stos, a naokoło zapanowała złowieszcza ciemność. Powiało grozą. Przerażeni ludzie w popłochu zaczęli opuszczać święte miejsce, aby czym prędzej wrócić do osady. Również wystraszony szaman przerwał swój magiczny taniec i ukrył się w tłumie. Był bowiem pewny, że ta ofiara nie spodobała się bogom. Przypadek to czy kara za jego zbrodniczy uczynek sprawiły, że na moście tuż przed bramą, wymijając w pośpiechu tłum, nadepnął na zluzowaną kłodę i zachwiawszy się, spadł twarzą wprost na sterczące poniżej ostrokoły falochronu. Śmiertelnie ranny szaman, jęcząc, wolał o pomoc. Jednakże wystraszony tłum nie reagował na jego wołanie, usiłując wtłoczyć się jak najszybciej poza bramę osady. Ulewa trwała całą noc i wiele następnych dni, jakby niebo nie mogło przestać wylewać łez z żalu nad śmiercią niewinnej dziewczyny. Od tego czasu na Pałukach nastały mokre lata. Przybywało wody w jeziorach, a zarastająca bujną roślinnością rzeka Gąsawka nie mogła nadążyć z jej odprowadzeniem. Z roku na rok w Jeziorze Biskupińskim podwyższał się poziom wody, która zalewała domostwa i ulice. Nie pomagało wykładanie ich dodatkowymi matami czy też kłodami drewna. Z powodu wysokiego poziomu jeziora życie w osadzie – na płaskiej wyspie – stawało się bardzo uciążliwe. Po kilku latach, nie mogąc uporać się z wodą, mieszkańcy grodu postanowili go na zawsze opuścić. Porzucona osada szybko zmarniała i zarosła. Zarosło też płytkie dno jeziora pomiędzy wyspą a stałym lądem, co spowodowało powstanie dzisiejszego półwyspu. Tragiczna historia spalonej na stosie dziewczyny poszłaby w zapomnienie, gdyby nie krwisto-rdzawa woda strumyczka wypływającego, do dzisiaj, ze źródełka na miejscu ofiar, która niejako przypomina tę tragiczną ofiarę sprzed 2700 lat.
.
Feliks Malinowski
Legendy Pałuckie okolic Żnina, Graf-Bog.
Materiał opublikowany w celach edukacyjnych
Jeśli spodobała Ci się ta legenda zapraszamy Cię do naszego działu folkloru, gdzie przeczytasz więcej legend.




