Urodziła się w Kostrzynie Wielkopolskim w 1933 roku. W 1939 roku Niemcy wysiedlili ją i jej rodzinę do Biłgoraju na Lubelszczyźnie. W czasie okupacji musiała kilkukrotnie zmieniać mieszkanie z całą rodziną, aż w 1942 roku Nimecy zamordowali jej ojca w Buchenwaldzie. Dziś z uśmiechem na twarzy Pani Barbara wspomina okres okupacji, to jak radzili sobie z wszechobecnym głodem i jak wróciła do kompletnie zrujnowanego domu w Wielkopolsce.

.

Teraz mieszka Pani w Kostrzynie Wielkopolskim, ale nie zawsze tak było, prawda?

Jestem rodowitą Kostrzynianką, ale w czasie wojny, w 1939 roku, moja rodzina została wysiedlona. Przeniosiono nas do województwa lubelskiego, najpierw do samego Lublina, gdzie znajdował się Czerwony Krzyż. Później tatuś dostał pracę w Biłgoraju i tam mieszkaliśmy.

 .

Jak wyglądało życie na wschodzie okupowanej Polski?

Panował głód, choć my go, aż tak strasznie nie odczuliśmy ponieważ nie zamknięto nas w obozie. Mamusia była bardzo ‚obrotna’, a tatuś miał pracę, jako urzędnik a potem ktoś z zaopatrzenia. Mieliśmy mieszkanie, a mama prowadziła niewielki sklep w Biłgoraju. W międzyczasie, w 1940 roku, przyjechała do nas babcia z Chojnic, matka mojego ojca i chciała kogoś zabrać. Chodziło o to, aby ulżyć reszcie rodziny i aby w razie czego, przynajmniej jedno z nas przeżyło. „Niech chociaż jedno przeżyje” – mówiła mamusia, pamiętam to jak dziś.

Babcia pochodziła z Pomorza, a tam były inne warunki niż na wschodzie. Padło na mnie, to ja z nią pojechałam. W Chojnicach byłam bardzo krótko, jak tylko rodzice się jakoś urządzili to –  jak mówiła moja mamusia-  tatuś powiedział, że „chce, aby cała rodzina była razem”.

.

Pani Barbara (77 lat) wspomina czasy okupacji

Pani Barbara (77 lat) wspomina czasy okupacji

 .

I wróciła Pani?

Pamiętam, że przyjechało po mnie jakieś małżeństwo, ludzie, których w ogóle nie znałam. Pamiętam, że przyjechał duży, czarny samochód i chcieli mnie zabrać. Ja nie chciałam wejść do tego auta, przypominało niemieckie i strasznie się bałam. Krzyczałam i płakałam jak mogłam, bo ciocia z którą tam żyłam, była w pewnym sensie moją mamą. To było straszne doświadczenie.

Jak wróciłam do rodziny to mówiłam po niemiecku, a moje siostry po polsku. Całe szczęście szybko nauczyłam się naszego języka i gdy wojna się kończyła nie potrafiłam już powiedzieć słowa po niemiecku.

 .

Mieszkaliście w domu, na gospodarstwie czy w mieszkaniu?

Mieszkaliśmy w mieszkaniu, choć dookoła były przecież obozy. Nawet w Biłgoraju budowano obóz, ale był przeznaczony raczej dla więźniów politycznych i Żydów. Z czasem powstało coś na kształt slumsów żydowskich, gdzie panowała straszna bieda i głód.

 .

A Wy jak sobie radziliście z biedą i głodem?

Rodzina Pani Barbary, lata okupacji.

Rodzina Pani Barbary, lata okupacji.

Jak już mówiłam: moja mamusia była bardzo ‚obrotna’. Prowadziła sklep i potrafiła nam zapewnić podstawowe wyżywienie. Nie byliśmy bardzo biedni, ponieważ i tatuś miał pracę. Stamtąd przenieślimsy się do kolejnego mieszkania, gdzie w 42 roku aresztowano tatusia. Ojciec zginął w Buchenwaldzie.

 .

Jak to było z pożywieniem w tamtym czasie?

Wszystko było wtedy na kartki, każda rodzina miała swój przydział. Mama była jednak na tyle obrotna, że udawało jej się załatwić jedzenie innymi drogami.

Swoją drogą, wtedy przeprowadziliśmy się do trzeciego mieszkania. Obok był sklep, gdzie biegałyśmy z siostrami, ponieważ stała tam marmolada w takich dużych beczkach. Zbierała się tam cała masa dzieci. Myśmy te beczki po prostu lizali!

Zastanawiam się czy mama robiła jakieś produkty sama. Trudno mi powiedzieć, ale pamiętam taką sytuację: mieliśmy trochę skór, bo mama przed wojną prowadziła sklep ze skórami w Kostrzynie Wielkopolskim. Wiele produktów było dostępnych na wsi, ale tam nie można było nic kupić za pieniądze. Można się było tylko wymienić.

Mama wymyśliła taki sposób. Owijała te skóry wokoł nas, a że była zima, to zakładała na nas kurtki i kożuchy. Ona szła z najmłodszym dzieckiem za rękę, a my z siostrą ciągnęłyśmy brata na sankach. Wyglądało na to, że idziemy po prostu na spacer. Przechodziliśmy koło cerkwi, skręcaliśmy na dół i wchodziliśmy do domu gospodarza. Tam zostawialiśmy skóry i dostawaliśmy w zamian jedzenie.

Pamiętam, że jedliśmy m.in. chleb z kaszy. Gdzie indziej chodziliśmy też po mleko, a na pewno mama wiele takich wymian dokonywała sama. Ale głodu, jako dzieci, nie zaznaliśmy.

 .

A gdy wojna się skończyła…?

Jak tylko wojna się skończyła, mama od razu chciała wracać. Pisała do swojego brata, który został w Kostrzynie, że już się szykujemy. Musieliśmy jednak jeszcze poczekać, bo brat odpisał, że w Wielkopolsce jeszcze są Niemcy.

Jak już tylko mogliśmy wrócić, od razu ruszyliśmy. Podstawiono pociąg, bo bardzo wielu zostało przesiedlonych z Wielkopolski na Lubelszczyznę. Pamiętam, że jechaliśmy wszyscy stłoczeni  jeden na drugim z całym dobytkiem w ogromnych wagonach.

Wysiedliśmy gdzieś niedaleko Poznania i mama zaprowadziła nas do szkoły, gdzie zostaliśmy na noc. Mamusia dostała się do Kostrzyna i nastęnego dnia przyjechała po nas wozem z koniem.

 .

Co zastaliście po powrocie?

Nasze dawne mieszkanie było całe spalone. Wyrzucono nas stamtąd i potem mieszkał tam Niemiec. Właściwie nie było gdzie wracać, bo cały budynek był zniszczony. Mieszkaliśmy u naszej cioci, a mamusia z czasem doprowadziła tamto mieszkanie do takiego stanu, że nadawało się do zamieszkania.

Wszystko było zrujnowane, ale jakoś musieliśmy sobie poradzić.

.

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Fot. Katarzyna Zarówna

Komentarze