Niewielkie miasto Żnin, stolica regionu pałuckiego, leży w dolinie między dwoma jeziorami – stanowiącymi część długiego łańcucha jezior polodowcowych. Prowadził tędy niegdyś ważny szlak handlowy: odgałęzienie słynnego szlaku bursztynowego, łączącego wybrzeże Morza Śródziemnego z Bałtykiem. 

Pierwsza najstarsza osada znajdowała się nieco na północ od obecnego miasta, w miejscu gdzie dzisiaj w łagodnym wietrze faluje woda Jeziora Żnińskiego Dużego. Stary gród był ponoć niezwykle piękny, bogaty i chętnie odwiedzany przez kupców zdążających w różnych kierunkach na wozach obficie wypełnionymi towarami.

Najstarsze dzieje grodu osnuwa legenda. Wedle niej w zamierzchłych czasach pewien książę prowadzący swój lud w poszukiwaniu siedzib dotarł aż na tereny Pałuk. Znużony uciążliwą wędrówką zatrzymał się w na przesmyku między jeziorami, aby rozbić na noc bezpieczne obozowisko. Teren był trudno dostępny, doskonale zabezpieczając przed nagłym najazdem. 

Niebawem na łagodnym zboczu polany, obok zręcznie ustawionych namiotów i szałasów zapłonęły wieczorne ogniska. Roztaczał się stąd piękny widok na błękitną taflę jezior, na pogrążone w oparach moczary oraz na ciemną dąbrowę, ciągnącą się zwartą ścianą wzdłuż wijącej się linii brzegu. Urzeczony krajobrazem książę postanowił tu pozostać i założyć swoją siedzibę gród. Pod uderzeniami toporów zaczął się cofać odwieczny bór, a na wykarczowanej ziemi zaczął wyrastać gród otoczony wałem obronnym.

.

Pałuki, Żnin.

Pałuki, Żnin.

.

Mijały lata, gród rozrastał się i bogacił. Wkrótce wieść o jego zasobności rozeszła się daleko docierając do odległych nawet państw. Pewnego dnia do grodu zjechał bogaty kupiec z dalekiej Brandenburgii. Towarzyszyły mu żona i piękna córka Erika. W grodzie wszyscy młodzieńcy potracili głowy dla niej, zabiegali o jej względy urzeczeni jej urodą. Uległ jej powabom także jedyny syn władcy grodu Żnińskiego – Mirosław. Oczarowany wdziękami pięknej Eriki ciągle przebywał w jej towarzystwie, zaniedbując swoje obowiązki na dworze ojca, łamiąc też stare obyczaje panujące w grodzie.

Sędziwy ojciec z goryczą i żalem w sercu obserwował zachowanie syna, pełen obaw iż zechce on pojąć Niemkę za żonę. Dobrze bowiem znał przewrotność i zachłanność Brandenburczyków.

– Chyba pojmujesz – napomniał syna – że Erika jest z Brandenburczyków, odwiecznych naszych wrogów. Ona nas wszystkich może przywieść do zguby. Chcę, abyś objąwszy władzę po mojej śmierci, z całym oddaniem służył mieszkańcom Żnina.

Bezprzytomnie zakochany Mirosław nie zważał na słowa ojca ani na przestrogi przyjaciół. Zmartwiony wielce, stary władca zaczął coraz mocniej zapadać na zdrowiu, niedomagać i po trzech miesiącach zmarł. Od tej chwili zaczął się ciężki okres dla grodu i jego mieszkańców. Mirosław nie czekając nawet na zakończenia żałobnych obrzędów, wbrew tradycji, za usilną namową narzeczonej ogłosił swoje z nią zaślubiny. Wydał z tej okazji iście książęcą ucztę, by całe miasto się weseliło i bawiło. Jednak do suto zastawionych stołów nie zasiadł żaden z mieszkańców. Wszyscy bowiem pogrążeni w szczerej żałobie po zmarłym władcy, któremu własny syn nie oddał należnej po śmierci – zgodnie ze starą tradycją – czci.

– Widzisz jak twoi poddani lekceważą ciebie i naszą uroczystość – mówiła do młodego następcy Erika. Pokaż im żeś ty ich władcą! Każ siłą sprowadzić biesiadników! – podburzała swego małżonka.

Jednak Mirosław nie dał wiary słowom żony. Kazał jedynie muzykantom dąć w dudy i piszczałki, aby wszyscy słyszeli, że uczta weselna już się zaczęła – łudząc się, że przybędą. Niemniej, nikt nie przyszedł.

Uroczystość odbyła się jedynie w obecności kilkunastu gości, przeważnie Brandenburczyków. Władcą Mirosław okazał się niedoświadczonym, a co gorsza uległym. Zaślepiony miłością do Eryki – ulegał jej niemal we wszystkim. Przebiegła, przewrotna i żądna władzy Niemka wykorzystywała to wywierając coraz to większy wpływ na decyzje i rządy męża. Mirosław czuł w głębi serca, że jego uległość wobec zachłannej Eriki przynosi szkodę mieszkańcom grodu. Był jednak zbyt słaby, aby się sprzeciwić.

Dręczony potęgującymi się wyrzutami sumienia – szukał ucieczki, zapomnienia w winie, a przebiegła Erika korzystając z tego sprawowała praktycznie rządy. Wkrótce pewna już całkowicie siebie, za milczącą zgodą męża sprowadziła do grodu swoich ziomków z Brandenburgii. Rychło oni objęli większość wszystkich urzędów, sprawując rzeczywistą władzę w grodzie. Bezwolny natomiast Mirosław popadł całkowicie w pijaństwio, nie dostrzegając narastającego zagrożenia.

– Muszę tu zaprowadzić nowe obyczaje, naszą kulturę i prawa – chwaliła się przed mężem. Nie mogę ciągle patrzeć na te wstrętne gęby naszych poddanych.

– Jak możesz lekceważyć prawa i tradycje przodków! Obrażać ludzi którzy rzetelną pracą w poszanowaniu obyczajów praojców stworzyli tu dostatek – usiłował jeszcze słabo protestować i przeciwstawiać się Mirosław.

– Te barbarzyńskie obyczaje nazywasz prawem?! Prymitywne, drewniane, zakopcone chaty mają świadczyć o dostatku? Nie chcę pośród tego marnować swojego życia i urody. Nie dlatego wyszłam za ciebie, godząc się tu pozostać. Przyzwyczajona jestem do cywilizowanego życia, nie wśród tych barbarzyńców – histeryzowała Erika.

Mirosław nie mógł już nic zdziałać, przeciwstawić się, naprawić swojej lekkomyślności. Nie miał w nikim oparcia – nielubianego władcę – otaczali jedynie Brandenburczycy, sprowadzeni i osadzeni w urzędach przez Erikę. Toteż jedyne co mu pozostało – jak mniemał – godzić się pokornie na wszystkie posunięcia żony, zagłuszając niespokojne sumienie coraz częściej winem i miodem.

.

Mokradło.

Mokradło.

Komentarze