No dobrze, ale skąd wiedzieć czy to co piszę do szuflady nadaje się do wydania? Czy może Pan podpowiedzieć jakieś sprawdzone metody nauki pisania?
Trzeba dużo czytać, wiedzieć co w danej chwili jest wydawane, śledzić nowości, książki znane i nagradzane. Wtedy nieco łatwiej zorientować się czy to, co ktoś pisze przekroczyć może tzw. „próg drukowalności”, czy zaintersuje wydawców i czytelników. Można też machnąć na to ręką, bo media i nastawione na zysk duże oficyny preferują głównie to, co modne i popularne, a nie to, co dobre i wartościowe. Po cichu „robić swoje” i posyłać do wydawców z nadzieją, że ktoś to wreszcie doceni. Nie ma tutaj wyraźnych reguł, zwłaszcza, że w naszych czasach kryteria doboru są tak rozchwiane, iż nigdy nie wiadomo, co chwyci i co się spodoba. Księgarnie zawalone są książkami, których w większości nikt nie chce czytać i trafiają na przemiał. Nasz kraj to stosunkowo mały rynek (ok. 67% Polaków deklaruje, że nie kupuje i nie czyta NICZEGO), a konkurencja ogromna. Mnóstwo ludzi chce być zawodowymi pisarzami, lecz niewielu chce ich czytać. Taka jest cena wolnej rywalizacji i wolnego handlu. Jeśli zaś chodzi o różne „szkoły pisania”, uważam to za bujanie naiwnych. Na takich warsztatach literackich można wprawdzie dowiedzieć, jakie są reguły dobrze skomponowanej powieści, jak konstruować atrakcyjnie fabułę, tworzyć ciekawych bohaterów itd. Może to być pomocne i pożyteczne pod jednym warunkiem: że ktoś dysponuje talentem wystarczającym, by owe reguły właściwie stosować. Szkoła artystyczna może nauczyć np. malarza jak mieszać farby i dobierać kolory, lecz nie nauczy go jak stworzyć Monę Lisę. Tak samo nie da się zrobić śpiewaka operowego z kogoś, kto nie ma odpowiedniego głosu. Żadna, najlepsza nawet szkoła nie da bowiem tego, co twórca ma albo nie ma: talentu.
Do jakiej sytuacji częściej dochodzi: opisy są niewystarczające, czy może zbyt nudne? Ja do dziś nie mogę się otrząsnąć z „Nad Niemnem”…
To scheda po realistycznej literaturze XIX-wiecznej: długie i drobiazgowe opisy nie tylko przyrody (choć zgadzam się, że te są najnudniejsze), ale także miejsc, wnętrz, strojów, ludzkiego wyglądu… W dzisiejszych czasach to raczej przeżytek. Skoro się pisze współczesną powieść realistyczną, trzeba mieć świadomość, że dzisiejszy czytelnik nie potrzebuje tak dokładnego obrazu świata, który przecież codziennie ma serwowany przez TV albo Internet. Czasem wystarczy rzucić hasło, coś tylko zasugerować, pokazać fragment czegoś, resztę czytelnik sam sobie już dośpiewa. Trzeba mieć wyczucie, kiedy zastosować bardziej drobiazgowy opis, gdy np. jakiś jego element ma kluczowe znaczenie dla akcji albo chcemy podkreślić atmosferę danego miejsca. W przypadku fantastyki, gdy ukazujemy całkowicie wymyślony świat, dokładniejsze opisy mają sens, w przypadku realizmu szkoda czasem męczyć siebie i czytelnika. Mówiąc skrótem myślowym: jeśli opisujesz samochód, nie musisz koniecznie informować czytelnika, jak działa silnik.
Co jeszcze powinna zawierać dobra książka? Na co zwracać uwagę przy pisaniu?
Wizja przedstawionego w powieści świata powinna być spójna i konsekwentna, podobnie język. Pisarz powinien mieć świadomość, że różne elementy fabuły muszą składać się w sensowną całość, służyć budowaniu akcji, tak samo jak wprowadzone do niej postacie bohaterów. Jeśli np. na początku opisujemy las, w którym rośnie, załóżmy, jarzębina, pod tym drzewem powinno się coś wydarzyć, jeśli nie od razu, to na końcu. Jest to znana zasada czechowowskiej strzelby, która zawieszona w pierwszym akcie sztuki na ścianie, powinna w trzecim wystrzelić. Często niedoświadczeni pisarze traktują powieść jako rodzaj worka, do którego wrzucają wszystko, co im w danym momencie przychodzi do głowy. W ten sposób tworzy się masę niepotrzebnych epizodów, zbędnych opisów i postaci, które niczego nie wnoszą, a pogłębiają tylko fabularny chaos. Pisarz musi nauczyć się samodyscypliny i pamiętać, że każdy użyty w powieści element powinien być podporządkowany głównemu nurtowi akcji i nadrzędnemu przesłaniu, inaczej zamiast dobrze opowiedzianej historii otrzymamy niestrawny bełkot.
Skąd czerpać inspirację? Skąd Pan ją czerpie?
To bardzo indywidualistyczne pytanie. Każdy twórca czerpie przede wszystkim z własnego życia, własnych przeżyć, ale też marzeń, fantazji. Bardzo często literatura bywa kompensacją rozmaitych życiowych niepowodzeń albo realizacją podświadomych pragnień. Taką rolę spełniają chociażby baśnie, w których zawsze ubogi prostaczek robi zawrotną karierę, osiągając najwyższe społeczne szczyty. Dodatkową inspiracją może być lektura klasyków, oglądanie filmów, słuchanie muzyki, która wprowadzi twórcę w odpowiedni klimat… Pisząc cykl średniowieczny o Witelonie słuchałem utworów z epoki, a obecnie inspiruje mnie głównie Wagner i muzyka słowiańska w wykonaniu takich zespołów jak „Żywiołak” czy „Jar”. Poznając cudze dzieła i nawiązując do nich, trzeba jednak szukać własnych rozwiązań, by nie popaść we wtórność i zwykłe naśladownictwo. Doskonałą zabawą jest też portretowanie bliskich znajomych i umieszczanie ich w innej epoce, a zatem kompletnie odmiennych realiach. Co robiliby w takiej sytuacji? Jakimi ludźmi byliby wówczas? Takie ćwiczenia intelektualne bardzo pobudzaja wyobraźnię. Jest to oczywiście gra ryzykowna, bo ludzie (a zwłaszcza krewni) bywają drażliwi na swoim punkcie i mogą być niezadowoleni ze swego twórczo przetworzonego wizerunku… To już jednak ryzyko zawodowe.
Przy okazji książkowego debiutu: jak znaleźć wydawcę zainteresowanego kimś nowym?
Od razu odpowiadam, że zadebiutować nie jest łatwo przy ogromnej konkurencji, jaka się obecnie wytworzyła, a zarazem wąskim gardle popytu na nowe książki i niekompetentnej dystrybucji. Cóż z tego, że dany utwór jest arcydziełem, skoro nikt nie zechce go sprzedawać, hurtownicy nie wezmą w komis i nie pojawi się na księgarskiej ladzie? Książka nie drukuje się „sama” i sama się nie sprzeda bez odpowiedniej promocji i reklamy, w które ktoś musi zainwestować. Wbrew naiwnym wyobrażeniom niektórych, wydawcy nie są z reguły dobrymi wujkami filantropami, których największym marzeniem jest utopić fortunę w jakimś ryzykownym, niepewnym projekcie. Moja rada dla debiutantów? Nie ma innego sposobu na zaistnienie jak publikowanie jak najszersze, choćby za darmo, w sieci na różnych portalach literackich, by oswoić odbiorcę z nowym nazwiskiem i kołatanie, choćby tylko mailowe, do kolejnych wydawców. Musieli tak robić nawet najwięksi, nie ma więc co się zrażać trudnymi początkami. Pamiętajcie jednak, że choć wydawcy nie mogą żyć bez autorów, nie czekają na nowych z otwartymi ramionami, a gdy chodzi o podział zysków pisarz jest na szarym końcu łańcucha pokarmowego.
Jakie zyski osiąga się z pisania książek?
Pisarz dostaje zazwyczaj stosunkowo niewielką zaliczkę (parę tysięcy uważa się za „wysoką”) i potem zależnie od umowy z wydawcą tantiemy 10-15% od każdego sprzedanego egzemplarza. Jeśli książka nie przekroczy magicznego progu 10.000 sprzedanego nakładu (a mało która obecnie przekracza), nie są to duże pieniądze. Każdy, kto decyduje się na bycie wolnym strzelcem i nie traktuje pisarstwa jako wyłącznie hobby, musi mieć świadomość, że utrzymanie się z tego jest w naszych realiach nadzwyczaj trudne. Jeśli komuś marzą się willa, limuzyna z szoferem i doroczne egzotyczne wakacje, może od razu o tym zapomnieć i nastawić się na cichy kąt do pisania, rower i zakupy w dyskontach. Nasi wydawcy traktują w ogóle autora jak zło konieczne. Zabiegają o niego do momentu, gdy podpisze umowę, potem autor zamienia się w uciążliwego petenta, który bezczelnie dopomina się o pieniądze, chociaż wydawca zrobił mu wielką łaskę, publikując te wypociny i powinno mu to wystarczyć. Przedstawiam sprawę trochę karykaturalnie, lecz chcę przestrzec młodych adeptów sztuki pisarskiej, że nie czeka ich na tej drodze życie usłane różami ani przysłowiowe kokosy. To raczej nieustanna, twarda walka o byt, w której da się przetrwać za cenę wielu wyrzeczeń, ale można równie dobrze zdechnąć z głodu pod płotem. Takie ryzyko jest również wpisane w profesję wolnego artysty.
Ostatnia rada, coś najważniejszego o czym zawsze należy pamiętać, dla początkujących pisarzy?
Mogę powiedzieć to samo, co bezustannie powtarzam początkującym tłumaczom: nie wystarczy, że znacie dobrzy obcy język, trzeba przede wszystkim znać własny. Młody pisarz powinien sobie uświadomić, że jego podstawowym narzędziem pracy jest ojczysta mowa, musi więc nauczyć się nią sprawnie posługiwać. Jeśli ktoś chce zostać profesjonalistą w tej dziedzinie, nie ma mowy o błędach ortograficznych czy gramatycznych, które natychmiast dyskwalifikują adepta. Dlatego warto zgłębić zasady swojego języka i nauczyć się w pierwszym rzędzie posługiwać słownikami, których jest zresztą mnóstwo, dostępnych także w sieci. Błędy językowe świadczą o lenistwie i niechlujstwie pisarza, obnażają ignorancję i braki w wykształceniu, wskazują, że nie traktuje poważnie tego, co robi i co gorsza lekceważy odbiorcę. Dobrze jest czytać jak najwięcej, wtedy pewne rzeczy utrwalają się jakby „same” w podświadomości. Ja dawno już zapomniałem wiele regułek poznanych na studiach, ale wciąż je stosuję instynktownie, bez zastanowienia. Do tego m.in. przydają się studia filologiczne. Z uwagi na bogactwo naszej mowy rodzimej bardzo przydatny jest Słownik Synonimów, a przynajmniej ja się z nim nie rozstaję. Spoglądam na młodych adeptów pisarstwa z sympatią i życzę im wielu sukcesów, lecz gdzieś w głębi czaszki kołacze się myśl pełna współczucia, że obrali niezmiernie trudną drogę życiową i nielekki kawałek chleba.
.
Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński





