O ile bowiem sadyzm był do pewnego stopnia nieoficjalnie akceptowalny (jako „środek wychowawczy”) w ciasnych ramkach wiktoriańskiej moralności, w żadnym razie nie zasługiwał na tolerowanie „grzech” wedle ówczesnych pojęć znacznie bardziej potworny, niż krwawe jatki Kuby Rozpruwacza. Trafnie tę zagęszczającą się aurę zaszczucia i wykluczenia oddaje Maria Niemojowska w szkicach o brytyjskich dekadentach: „[W owych czasach] homoseksualizm stał się budzącym dreszcz przerażenia grzechem głównym, o którym mówiło się szeptem i który skazywał nieszczęśnika podejrzanego o ten występek na kompletną banicję. Ludzie stawali się wyklęci, tracili rodziny i zajęcia, popełniali samobójstwa albo też prowadzili obłędne krucjaty… Sprawa zaostrzała się w miarę upływu czasu; domniemany homoseksualizm [a raczej biseksualizm – WJ] Byrona czy Swindburne’a nie miał na ich życie żadnego wydatnego wpływu: Swindburne’a zniszczył alkohol, a nie jego dziwaczne upodobania seksualne, a Byron miał na sumieniu większe grzechy niż przygody z młodymi greckimi mnichami. W następnym pokoleniu ‚miłość, której nazwy nie można wymówić’ [z wiersza Alfreda Douglasa, kochanka Oscara Wilde’a – WJ], gmatwa losy wielu artystów i w ostatecznym rozrachunku proces Wilde’a podcina cały ten artystyczny kierunek” (Maria Niemojowska, Zapisy zmierzchu, Warszawa 1976).

Można zauważyć z pewną dozą czarnego humoru, że Eric Stenbock nie przeżył spektakularnego upadku uwielbianego Mistrza, jak i całej grupy „estetów”, ginąc w roku 1895 w przypadkowej, groteskowej bójce (trochę podobnie jak przywoływany na początku Christopher Marlowe). Był jednak niewątpliwie jedną z ofiar narastającego klimatu społecznego ostracyzmu i potępienia. Zafascynowany, podobnie jak Oscar, katolicyzmem, sam nie potrafił wyrwać się z przeklętego kręgu wszczepianego przez religię poczucia winy, żalu za grzechy i gwałtownej potrzeby pokuty. Straszny koniec bohatera opowiadania, który zaszywa się za murami klasztoru i umiera w obłąkaniu przypominającym średniowieczne opętanie, jest jakby symboliczną zapowiedzią jego własnego losu. Trwoniąc rodową fortunę na dziwaczne zachcianki, coraz bardziej pogrążając się w alkoholizmie i zażywając kolosalne dawki opium, estoński hrabicz skutecznie rujnował już i tak mocno nadwątlone zdrowie i reputację. Żałosny, tragifarsowy koniec pisarza był więc gwoździem do trumny formacji artystycznej, która miała zatriumfować dopiero w pośmiertnej legendzie.

Osobne wyrazy uznania należą się wydawcom, którzy stworzyli edytorski rarytas, o wyrafinowanej, starannej szacie graficznej. Ten uroczy książkowy bibelot z pewnością stanie się ozdobą niejednej bibliofilskiej kolekcji. Skoro zaś odważyli się zaprezentować polskiemu czytelnikowi autora zupełnie u nas nieznanego i mocno kontrowersyjnego, wypada żywić nadzieję, że pokuszą się także o publikację bardziej słynnego utworu tego twórcy, Prawdziwa historia wampira, w którym ów ponadczasowy (a bardzo ostatnio „chodliwy”) temat został potraktowany naprawdę niebanalnie wraz z wplecionym weń równie niebanalnym polskim akcentem (w końcu nieprzypadkowo, dokonując konwersji na katolicyzm, pisarz wybrał brzmiące z polska chrzestne imię Stanislaus).

 

Stanislaus Eric Stenbock, Faust, tłum. Karolina Kallee, Zoas Press, Gedanum [Gdańsk] 2015

Witold Jabłoński

 

Komentarze