Poprzednia część: Fiat 126p, czyli PRLowski Święty Graal

Tydzień Kuchni PRL

Pierwszy raz publikowany fragment nowej, jeszcze niewydanej, biografii Edwarda Gierka autorstwa Piotra Gajdzińskiego

(…)

800px-Gdansk_Oliwa_PRL_ulica_Armii_Czerwonej

Granicę z „naszymi Niemcami”, otwarto 1 stycznia 1972 roku.

Poczucie swobody, niespotykane wcześniej nie tylko w Polsce Ludowej, ale także w innych krajach zza żelaznej kurtyny, dawało przede wszystkim otwarcie – właściwiej byłoby to nazwać uchyleniem – granic. Wreszcie można było wychynąć poza polskie opłotki. Najpierw do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Granicę z „naszymi Niemcami”, otwarto 1 stycznia 1972 roku. Zbliżenie z tym krajem nastąpiło z poduszczenia Leonida Breżniewa, który podczas pierwszego spotkania z Gierkiem, jako nowym I sekretarzem KC PZPR „zaproponował” polskim towarzyszom nawiązanie bliskich stosunków z władzami NRD i wizytę w Berlinie. Gierek i Jaroszewicz z „propozycji” skorzystali i już kilka dni później wylądowali w Berlinie, gdzie spotkali się z Walterem Ulbrichtem, I sekretarzem SED oraz przewodniczącym Rady Państwa NRD i premierem Willi Stophem. Po tej wizycie Biuro Polityczne zdecydowało się „wysłać do NRD partyjną grupę studyjną celem zapoznania się z doświadczeniami w dziedzinie oświaty i wychowania młodzieży”. Z pewnością inspiracją tego kroku był duży udział młodych ludzi w wydarzeniach na Wybrzeżu. NRD-owskie wzorce musiały być dla towarzyszy kuszące, ale dla Polaków ważniejsze były podjęte wkrótce ustalenia dotyczące otwarcia granicy na Odrze i Nysie. Tylko w połowie lat siedemdziesiątych Polacy pokonali polsko-enerdowską granicę 5,6 miliona razy.

613px-Osiedle_XV_lecia_w_Radomiu-XV_Anniversary_Neighbourhood_in_Radom-04Z czasem szlabany otwierały się coraz szerzej. Od 1973 roku bez wiz można było jeździć już do wszystkich (poza Albanią) europejskich krajów socjalistycznych, coraz łatwiejsze stały się wyprawy na Zachód, w maju 1972 roku LOT zainaugurował regularne loty do Stanów Zjednoczonych. Andrzej Łyszyk wspomina, że w 1978 roku pojechał z żoną w podróż poślubną do Londynu i Paryża. W drodze powrotnej odwiedzili znajomych Niemców w NRD. „Byli zszokowani, że pozwolono nam wyjechać. Znaliśmy już to uczucie zazdrości z Rumunii, Czechosłowacji i przede wszystkim Związku Radzieckiego. Możliwość podróży, rzecz jasna nie całkowita, ale jednak dość znaczna, powodowała, że za Gierka Polacy poczuli się lepsi i nawet jakoś tam dumni z dokonań Polski Ludowej. I byliśmy bardzo atrakcyjni dla mieszkańców KS-ów. Pamiętam wyjazd do Moskwy z wycieczką Almaturu na Sylwestra. Przed czwartą raną wracaliśmy do hotelu mocno podpici. Z jakichś powodów waliliśmy pięściami w parapety i nagle jedno z okien się otworzyło, a gdy podczas rozmowy okazało się, że jesteśmy Polakami, zaproszono nas do środka. Dołączyliśmy do trwającej już libacji. Piliśmy, dyskutowaliśmy o polityce, śpiewaliśmy. Po dwóch godzinach nasi gospodarze zaczęli się zbierać. Wyciągnęli z szaf milicyjne mundury i poszli na służbę”.

509px-Godlo_PRL.svgAle oczywiście zagranicę wyjeżdżało się przede wszystkim nie w celach turystycznych, ale dla pieniędzy. Ewa Mielcarzewicz w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ukończyła Politechnikę Poznańską i rozpoczęła pracę w szkole. Nagle okazało się, że Polserwis szuka nauczycieli do pracy w Maroku. Udało się – w 1978 roku wylądowała w Casablance. Tutaj zarabiała niespełna 20 dolarów, tam 1000, z czego bez specjalnego problemu 200-300 dolarów mogła odłożyć. Miesięcznie. Na owe czasy gigantyczna kwota. Andrzej Łyszyk przez trzy miesiące pracował w Berlinie Zachodnim, do Polski przywiózł równowartość pięćdziesięciu miesięcznych pensji.

Nie wszyscy mieli aż tyle szczęścia i musieli sobie radzić inaczej. Z NRD przywozili więc buty i rzeczy dla dzieci. Z ZSRR ruble, kawior i przede wszystkim złote pierścionki, a sprzedawali tam dżinsowe spodnie i kurtki. Bułgarzy kochali nasz krem Nivea i narzuty na tapczany, a za lewy Polacy kupowali dolary i herbatę Lipton oraz cieszące się w Polsce dużym powodzeniem „koniaki” – Słoneczny Brzeg i Pliskę. Węgrów zaopatrywaliśmy we froterowe ręczniki i bieliznę pościelową, w zamian uwalniając ich sklepy z płyt zespołów rockowych i skupowaliśmy amerykańską walutę. W Czechosłowacji kochano nasze kryształy, my wielbiliśmy dostępną tam i tanią kawę oraz wełnę. Rumunów ubraliśmy w pelisy ze srebrnych lisów. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 1975 roku do europejskich krajów socjalistycznych Polacy wyjeżdżali blisko 8 milionów razy, do państw kapitalistycznych niewiele ponad 300 tysięcy razy.

Logo_Tp_tvpW lutym 1974 roku dla „gastarbeiterów” otwarto Pewex, sieć sklepów „eksportu wewnętrznego” z zachodnimi artykułami. „Wranglery kosztowały 7,5 dolara” – zapamiętała Ewa Mielcarzewicz. Z czasem na sklepowe półki zaczęły trafiać także polskie towary, które w normalnej sprzedaży były coraz mniej dostępne. W 1977 roku 60 procent sprzedaży w Peweksie stanowiły rodzime towary.

Kupowanie w „Peweksie” nobilitowało, sklepy tej sieci stały się substytutem londyńskiego Harrodsa lub paryskiej Galleries Lafayette. Większości obywateli PRL nie było wprawdzie stać na kupno markowych dżinsów – zadowalali się, choć z bólem serca i poczuciem obciachu, wyrobami z polskich fabryk – ale aby zadać szyku kupowali u cinkciarzy dwa dolary lub częściej bony i gestem szejka z Bahrajnu lub nafciarza z Teksasu nabywali pół litra Żytniej oraz paczkę Dunhilli lub Lucky Strików. Niezapomniane uczucie. Poznałem je w końcu lat siedemdziesiątych, podczas licealnych wyjazdów do poznańskiego Teatru Nowego. Wizyta w Peweksie przy ulicy Świerczewskiego (teraz Bukowskiej) w Poznaniu była nieodłącznym elementem tych wypraw i, przyznaję to ze wstydem, dostarczała większych emocji niż spektakle teatralne. Takie małe, gierkowskie dolce vita.

Piotr Gajdziński

Książka dostępna pod adresem: www.wydawnictwopoznanskie.com i w księgarniach!

Komentarze