7. Do podstawowego wyposażenia sokolnika należy wspomniana już rękawica, na której nosi się ptaka. Potrzebny jest także specjalny gwizdek, którym się go przywołuje z powrotem na rękawicę i służące do tego samego celu tzw. wabidło

Podczas przewożenia ptaka nakłada mu się na głowę kaptur, żeby był spokojny i się nie płoszył. Ptak musi być też uzbrojony, tj. mieć założony dzwonek sokolniczy i tabliczkę adresową – jak powiedział pan Dehnel „ciemną stroną sokolnictwa jest częste gubienie ptaków”. Obecnie, dzięki mikronadajnikom i GPS-om, już nie tak częste.

Układanie sokoła lub jastrzębia do polowania składa się z trzech etapów: ukrócenia, uwabienia i unoszenia. 

Ukrócenie dokonuje się zaraz po zakupie ptaka z hodowli i polega na stopniowym przyzwyczajeniu go do obecności i bliskości człowieka, do towarzystwa psa, do przenoszenia go – słowem, do wszystkiego, do czego z natury nie jest przyzwyczajony.

raróg 5

Uwabienie to uczenie go powracania na rękawicę – poprzez wpojenie mu, że zawsze dostanie tam coś do jedzenia. Źródło: wikipedia.org

Uwabienie to uczenie go powracania na rękawicę – poprzez wpojenie mu, że zawsze dostanie tam coś do jedzenia. Po tych dwóch etapach czas na unoszenie, czyli naukę polowania.

Aby dowiedzieć się powyższego, trzeba było pana Grzegorza długo męczyć. Początkowo, poproszony o wyjaśnienie „w paru słowach” – stanowczo odmawiał: na ten temat to się grube książki pisze!

8. Następny rejon łowiecki okazał się nieco lepszy – ale tylko nieco. Co z tego, że było w nim trochę zwierzyny, kiedy nie pozwalała się ona do siebie zbliżyć, pierzchając co sił w skrzydłach, gdy byliśmy od niej o trzydzieści, czterdzieści metrów.

Przestrzelana – stwierdza krótko pan Grzegorz. Tłumacząc z myśliwskiego na polski: przedtem już tu polowano, więc teraz kuropatwy i bażanty boją się ludzi i nie dają się podejść.

Po prawdzie, naszym sokołom też się zbytnio nie chciało. Zdarzyło się jeszcze parę obiecujących sytuacji, ale zawsze było jakieś „ale”: a to zwierzyna nawiała, a to ptaki, zamiast okazywać chuć łowczą, krążyły tylko w kółko, a to jeszcze coś innego. Tylko deszcz nie nawalał: wróciliśmy mokrzy.

9. Mimo lepszej pogody, następnego dnia powtórzył się podobny scenariusz. Amira prawie upolowała gawrona: znurkowała i trzepnęła go pazurami wedle wszelkich prawideł.

Niestety, gawron kompletnie nie wyczuł sprawy, prawdopodobnie sądząc, że to kolega na niego wpadł – i zamiast uciekać, siadł na ziemi. Amira zgłupiała.

Pod koniec dnia trafiło się jeszcze parę niezłych okazji, ale ptaki były już wyraźnie zmęczone, „lepiły się” do ziemi i nie chciało im się. Cóż, latanie to, wbrew pozorom, ciężka praca…

Natomiast nadspodziewanie udał się pokaz sokolniczy, zorganizowany dla mieszkańców Ciechocinka. Tym razem Amira pokazała, co potrafi, śmigając patrzącym tuż nad głowami i budząc (umiarkowany) popłoch wśród płci pięknej. A jeden z rzuconych jej kawałków mięsa zdjęła prawie z czyjejś głowy.

10. Nasza ekipa wróciła z pustymi rękami, ale to nic: przez te trzy dni miałem okazję choć trochę poznać nieznane mi zupełnie, a wspaniałe rzemiosło: sokolnictwo.

Bowiem do trzech skończenie pięknych rzeczy: statku pod pełnymi żaglami, rumaka pełnej krwi w galopie i pięknej kobiety w tańcu, dorzucić można jeszcze czwartą: polującego sokoła.

.

Marek Lewicki

Komentarze