Model picia nie uległ za Gierka specjalnym zmianom. Pito przede wszystkim w domach, parkach, podwórkach i przygodnych miejscach, znacznie rzadziej w restauracjach i knajpach, gdzie po pierwsze alkohol był droższy, a na dodatek obarczony swoistym podatkiem w postaci zagrychy.

Z reguły podłej i nieświeżej, często „przechodniej”. Pamiętam sytuację z końca lat siedemdziesiątych, gdy w restauracji zamówiliśmy wódkę i do tego po obowiązkowym „Śledziu po japońsku”. Rybka była, mówiąc najdelikatniej, mocno nieświeża, więc nikt nie odważył się jej spróbować. Słusznie, po kilkunastu minutach podeszła do nas kelnerka, zgrabnie uniosła talerzyki i nie znoszącym sprzeciwu głosem oznajmiła: „Śledzik nie będzie już panom potrzebny”. Talerzyki wylądowały na sąsiednim stoliku, gdzie do biesiady zasiadło właśnie czterech rozochoconych młodzieńców. Oczywiście wszyscy za te śledziki płaciliśmy.

Pito często i najczęściej na umór. Wódki się nie smakowało, wódkę piło się, aby się upić. Przyzwolenie na to było powszechne. W badaniach przeprowadzonych w połowie dekady przez OBOP, 62 procent Polaków uznawało, że „zdrowy mężczyzna” może wypić podczas przyjęcia co najmniej pół litra wódki i się nie upije, a co dziesiąty uznawał, że aprobowaną wielkością jest nawet litr. Było jak w brawurowo wyśpiewanej przez Wiesława Gołasa piosence Wojciecha Młynarskiego: „W Polskę idziemy, drodzy panowie,/ W Polskę idziemy,/ Nim pierwsza seta zaszumi w głowie/ Drugą pijemy./ Do dna, jak leci,/ Za fart, za dzieci,/ Za zdrowie żony./ Było, nie było…/ W to głupie ryło,/ W ten dziób spragniony. (…) W tygodniu, bracie, wolno goisz kaca fest,/ Bo czy się stoi, czy się leży, jakoś jest./ W tygodniu kleją ci się oczy, boli krzyż,/ A wyżej nerek nie podskoczy, sam pan wisz…”.

W dniach wypłaty, pierwszego lub dziesiątego dnia każdego miesiąca, ulice wszystkich polskich miast szczelnie wypełniali pijani mężczyźni, którzy czuli się w obowiązku przepić przynajmniej część zapracowanych w znoju przez miniony miesiąc pieniędzy. Bywało – większą część. Potężnie pito także w pracy – na budowach, w urzędach, ministerstwach, szpitalach, nawet w szkołach. Barki w gabinetach dygnitarzy niższego autoramentu szczelnie wypełniały Winiaki Luksusowe, w charakterystycznej, kwadratowej butelce, a częściej Klubowe, o mniej wyrafinowanym wyglądzie i bardziej swojskim smaku. Na wyższych piętrach społecznej hierarchii coraz częściej pojawiały się, kupowane w sieci Pewex, koniaki. Koniecznie – Napoleony. „Lata siedemdziesiąte to była w Polsce epoka napoleońska, bez Napoleona niczego nie można było załatwić, z nim niemal wszystko” – opowiada Ewa Mielcarzewicz, która właśnie butelką francuskiego trunku zdołała przekonać jednego z ważnych dyrektorów, aby wpisał ją na listę nauczycieli wysyłanych do pracy w Maroku w ramach państwowego kontraktu.       

Choć królową stołów w latach siedemdziesiątych była czysta wódka – najczęściej Czysta i Stołowa, a przy ważniejszych okazjach Żytnia i Wyborowa – to z czasem pojawiły się też wódki określane wówczas mianem „gatunkowych”. Jarzębiak, Soplicę, czy przede wszystkim słodką Ratafię, chętniej pijały jednak kobiety niż mężczyźni. Płeć piękna zaczęła też w tym czasie sięgać po importowane wina, zwłaszcza rumuński Ciociosan czy jugosłowiańską Istrię, do nieprzytomności słodkie, ziołowe wermuty, które z czasem zaczęto wykorzystywać również do drinków. Popularność tych ostatnich zaczęła się w połowie dekady, ale pito je raczej w wyjątkowych wypadkach, na początku imprezy, przed właściwym spożyciem, jako swoisty „biforek”. Zdaniem Macieja Szajka, wówczas rozpoczynającego swoją zawodową karierę inżyniera, niezastąpiony do przygotowania drinków był soczek Dodoni. Lód do drinków był rzadkością, bo peerelowskie lodówki nie bardzo potrafiły zmrozić wodę do odpowiedniej temperatury.

Wina, owszem, w latach siedemdziesiątych pijano masowo, ale były to wyroby pochodzące z polskich wytwórni. Producenci wina marki Wino, chyba jako jedyni na świecie podawali na butelkach datę ważności do spożycia tego wyrafinowanego trunku, przy czym im wino było młodsze, tym było lepsze. O jakości tej produkcji najlepiej świadczyła jednak zawartość alkoholu, wahająca się z reguły między 8 a 15 procent. Po prostu sprecyzowanie tej wartości było niemożliwe.

Alkohol był jedną z przyczyn coraz większego rozprzężenia i obniżającego się poziomu życia, ale nie był przyczyną najważniejszą. Ta tkwiła w samym modelu radzieckiego socjalizmu i została jeszcze dodatkowo spotęgowana przez gierkowski świat pozorów, w którym liczyło się tylko wykonanie nierealnych z reguły planów. Coraz bardziej nierealnych. Nierównomierny rozwój kraju, braki w infrastrukturze, wyłączenia prądu, pogłębiająca się zależność od importu surowców i podzespołów, na który brakował dewiz spowodowały, że zakłady coraz częściej zmuszone były przerywać pracę w oczekiwaniu na dostawy od kooperantów. W kopalniach dodawano kamieni do węgla, w budownictwie poziom brakoróbstwa osiągnął gigantyczne i niespotykane rozmiary. 

.

Piotr Gajdziński

Książka dostępna pod adresem: www.wydawnictwopoznanskie.com i w księgarniach

Komentarze