Pierwsza polska fantasy?

Powyższe uwagi wymagają istotnego uzupełnienia. W wydanej kilka lat temu biografii naszego twórcy (Tomasz Jakubec, Wojciech Dzieduszycki. Pisarz, estetyk, filozof, Kraków 2009) autor poświęca sporo uwagi Baśni nad baśniami i zauważa przy okazji znamienne religijne „pęknięcie”: „Co ciekawe, mimo że poemat opisuje Słowiańszczyznę pogańską, to od czasu do czasu do wspomnianego świata wyobrażeń wkrada się bliżej nieokreślony ‚Bóg’ pisany wielką literą, na którego powołują się bohaterowie. Świętogór przed spodziewaną śmiercią żegna się, czyli jak można zrozumieć, wykonuje znak krzyża […], a w miastach stoją kościoły. Świadczy to wszystko, jak bardzo pisarz wychowany w danej kulturze, w tym przypadku w kulturze chrześcijańskiej, ma zakodowane określone wzorce kulturowe i trudno mu uniknąć ich automatycznego powielania, gdy opisuje kulturę inną (tu: pogańską); może to czasami wywołać efekt niezamierzonego komizmu”. W istocie takich świadomie, jak sądzimy, użytych anachronizmów jest w poemacie znacznie więcej, nie warto jednak ich tutaj szczegółowo rozpatrywać, zostały zresztą zanalizowane we wcześniejszych omówieniach poszczególnych Pieśni. Biograf galicyjskiego senatora nie dostrzega jednak najwyraźniej, że świat przedstawiony w epopei został skonstruowany bardzo podobnie do Balladyny Juliusza Słowackiego. To właśnie pozwala nam uznać, że nie mamy do czynienia z autorską ignorancją, lecz z rozmyślnie przyjętą konwencją. Warto przytoczyć, jak bronił owej koncepcji trzeci z naszych wieszczów, Zygmunt Krasiński w liście do Konstantego Gaszyńskiego: „Ona [Balladyna] ma zawierać w sobie ducha czasów bajecznych. Co to są czasy bajeczne europejskich ludów? Właśnie owe, w których kipiała mieszanina pogańskich, usuwających się [raczej usuwanych siłą – WJ] i chrześcijańskich, nadchodzących wyobrażeń. Weź Nibelungów, zupełnie to samo… Czy myślisz, że się nie odbywały rzeczywiście takie chaosy, sprzeczności, bójki lub mieszaniny mitologii i teologii w czasach, kiedy grzmot Peruna u słowiańskich, młot Thora u germańskich plemion padały przed krzyżem? Czyż ślady tego zlewu [sic!] dotąd nie widne w legendach pospólstwa? Dlaczegóż poeta nie może poetycznie prawdy takiego stanu wyrażać?” – pytał jakże emocjonalnie poeta poetę, mając zresztą zupełną słuszność. Słowa te bowiem doskonale tłumaczą również domniemaną „niespójność” świata Baśni nad baśniami. Podobnie jak Słowacki, Dzieduszycki wykreował w poemacie własną, choć adekwatną wobec stanu ówczesnej wiedzy, baśniową wizję Słowiańszczyzny, włączając pobocznie także elementy jej obce (np. judeochrześcijańskie) i tworząc swoisty wczesnośredniowieczny melanż kulturowy, jak uczynił to później Tolkien (w jego cyklu pojęcia „pogańskie” sąsiadują także z wyobrażeniami monoteistycznymi, jak np. jedyny wszechwiedzący bóg, dualistyczny obraz świata, w którym zmagają się Dobro i Zło jako dwie przeciwstawne mistyczne, [a nie „naturalne”, bo „żywiołowe”, jak u pogan], potęgi itp.) i co stało się powszechną praktyką w dzisiejszych opowieściach fantasy, do czego za chwilę wrócimy.

.

Przeczytaj całość Słowiańskiej Baśni nad Baśniami: KLIKNIJ

.

Idąc śladem wspomnianych wcześniej literaturoznawców, autor biografii tak scharakteryzował przynależność gatunkową utworu: „Gatunek eposu wierszowanego, opisującego wielkie wydarzenia z mitycznej przeszłości, każe pomyśleć o Homerze, ‚którego echa odzywają się nieraz wśród tej dziewiczej puszczy mitów słowiańskich’ [cyt. z recenzji J. Tretiaka, 1889]. Istotnie, poemat Dzieduszyckiego można uznać za epos bohaterski oparty na wzorach homeryckich. Tematem są kluczowe dla słowiańskiego świata przedstawionego wydarzenia, ukazane na szerokim tle kulturowym. Świat bogów współistnieje ze światem ludzi, bogowie ingerują w sprawy ludzkie… Rozległość fabuły, obfitość epizodów i opisów całkowicie zaspokajają wymogi gatunkowe eposu; bohaterowie Baśni przechodzą wiele prób, staczają wiele walk, przeżywają wiele przygód, zanim będzie im dane zwycięstwo”. Jakubec zauważa też dalej celnie: „Baśń nad baśniami ma pokazać oryginalność korzeni kultury polskiej, a jednocześnie jej związki z kulturami innych nacji europejskich”. Niestety, znajdujemy w tym omówieniu również dość kuriozalną opinię: „Podobieństwa do eposu homeryckiego nie mogą jednak przesłonić prawdy podstawowej – utwór Dzieduszyckiego nie jest wyrażeniem autentycznego stanu świadomości mitycznej żywej kultury, ale hipotetyczną wariacją na temat mitów kultury, która dawno i bezpowrotnie umarła [!]”. Tak arbitralne stwierdzenie budzi poważną wątpliwość. Każdy wykształcony człowiek powinien mieć świadomość, że świątynie i oficjalne uroczystości, czyli zinstytucjonalizowany kult, mają w tej kwestii drugorzędne znaczenie. Wierzenia Słowian przetrwały do dziś w ludowych baśniach i obrzędach (śmigus-dyngus, topienie Marzanny, Rękawka itp., nawet jeśli w powszechnej świadomości zatarto ich pierwotne znaczenie), odradzają się także w poszukiwaniach artystycznych kolejnych pokoleń, niczym Żar Ptak z popiołów. Niezwykła popularność tego rodzaju utworów świadczy o wielkim głodzie podobnej tematyki, a ewidentny rozkwit w obecnych czasach wyznaniowych grup rodzimowierczych wskazuje, że mamy do czynienia ze swego rodzaju renesansem, powrotem do słowiańskich korzeni. Skoro naszej rodzimej kultury nie zdołało zniszczyć ponad tysiąc lat permanentnej katolickiej indoktrynacji i prześladowań, nie zlikwiduje jej także na pewno apodyktyczny osąd naukowca.

Próby nowatorskiego ujęcia interesującego nas zagadnienia podjął się natomiast Jakub Zdzisław Lichański, który w swojej pracy poświęconej twórczości J. R. R. Tolkiena (Opowiadania o… krawędzi epok i czasów…, Warszawa 2003) umieścił specjalny Aneks pod zachęcająco brzmiącym  tytułem: Baśń nad baśniami Wojciecha Dzieduszyckiego. Epos bohaterski czy prekursorski utwór literatury fantasy?, wraz z załączonym wykładem Dzieduszyckiego Mity i baśnie Słowian Północnych, wygłoszonym w 1887 roku na posiedzeniu Towarzystwa Antropologicznego w Wiedniu. W ten dosyć niekonwencjonalny sposób autor postanowił przypomnieć twórczą i naukową działalność galicyjskiego senatora, za co należą mu się wyrazy wielkiego uznania. W krótkim studium Lichańskiego nie brak trafnych spostrzeżeń, chociażby: „U schyłku stulecia [Dzieduszycki], mniej lub bardziej świadomie, powrócił do idei, która przyświecała słowiańskim poetom romantycznym – napisać utwór epicki o przeszłości Słowiańszczyzny, zawrzeć w nim mity i legendy naszego kręgu kulturowego. Opisać wielkie czyny nieco zapomnianych bohaterów” oraz: „W takim zestawieniu Baśń nad baśniami nabiera nowych znaczeń i staje się próbą napisania mitologii dla Polski, a raczej mitologii dla całej Słowiańszczyzny”.

Badacz stawia intrygującą tezę, że poemat Dzieduszyckiego jest utworem prekursorskim dla literatury fantasy. W odnośnym rozdziale jednak, zamiast znaleźć potwierdzające ją argumenty, dziwnie zaczyna kluczyć, skupiając się głównie na rozlicznych, według niego, mankamentach utworu, jak niespójna fabuła, błędy językowe, słabe rymowanie itp. Główny zarzut brzmi tak, że twórca nie napisał Baśni prozą, czyli, innymi słowy, Lichański wyraża pretensję, że Dzieduszycki nie stał się polskim Tolkienem (o co byłoby raczej trudno w Galicji lat 80. XIX w.). Badacz nie zgłębia właściwie istoty rzeczy (dlaczego poemat możemy uznać za wczesną fantasy) i konkluduje: „Utwór, który mamy, to zaledwie szkic do wspaniałego zamysłu, który – ewentualnie – musiałby podjąć i wykonać już ktoś inny. Jednak tym, co poemat Dzieduszyckiego nam daje, jest… olbrzymie bogactwo mitologii słowiańskiej. W pełni zatem podtrzymuję wypowiedzianą w studium o J. R. R. Tolkienie opinię, iż właśnie ta tradycja jest znana przez nas najsłabiej” – wyznaje w końcu z rozbrajającą szczerością. W istocie, niedostatek wiedzy i brak syntetycznego ujęcia słowiańskich mitów w widoczny sposób zaważył na recepcji twórczości Dzieduszyckiego. Niestety, niewiele pomogło też powoływanie się na mocno już dziś przebrzmiały autorytet Aleksandra Brucknera, który swym nadmiernym sceptycyzmem i likwidatorskim zapędem (wybitny skądinąd erudyta skupiał się bowiem głównie na tym, czego, jego zdaniem, w mitologii słowiańskiej nie było, nie na tym, co było albo być mogło) poczynił mimowolnie mnóstwo szkód w badaniach rodzimych wierzeń i mitów. Wartościowsze dla owych dociekań byłyby z pewnością nowocześniejsze prace (Aleksandra Gieysztora, Andrzeja Szyjewskiego, Jerzego Strzelczyka), gdyż Bruckner (który nb. określił naszą epopeję jako „rozwlekłe wierszydła”) jest w tym wypadku fatalnym przewodnikiem, sprawiającym, że badacz okazuje się bezradny wobec bogactwa rodzimego folkloru i jego wieloznacznych interpretacji. Deprecjonując poziom artystyczny dzieła Dzieduszyckiego, uczony ma przecież świadomość, że tak uwielbiany przezeń Tolkien całe dziesięciolecia był traktowany przez brytyjską krytykę literacką głównego nurtu z pobłażliwym lekceważeniem, jako autor „dziecinnych baśni” i doceniony oficjalnie dopiero u schyłku tysiąclecia (1997 r.), kiedy to czytelnicy angielscy uznali Władcę pierścieni za jedną z najważniejszych książek XX w. Zmieniają się zatem gusty i epoki literackie, jedno wszak pozostaje niezmienne: doraźna ślepota albo przynajmniej krótkowzroczność „znawców”.

Jeśli jednak metodą komparatystyczną możemy wykazać, że poemat Dzieduszyckiego jest spójny i konsekwentny pod względem zastosowanych archetypów i symboli mitologii słowiańskiej, rzekome zaś  „nieporadności” językowe dość łatwo wytłumaczyć stylizacją na poezję ludową, należy stwierdzić, że utwór zasługuje na trwałe miejsce w skarbnicy rodzimej literatury i na pewno warto ocalić go od zapomnienia.

.

Witold Jabłoński

Serdecznie dziękuję Helenie i Maciejowi Sałygom oraz dr Mateuszowi Poradeckiemu za pomoc w zgromadzeniu materiałów do niniejszego eseju.

Podoba Ci się ilustracja tego materiału? Dowiedz się więcej o projekcie Weneda!

Komentarze