Na zalesionym, urwistym brzegu, po wschodniej stronie jeziora Ostrowickiego, około 7 metrów powyżej lustra wody wybija źródełko. Jego usytuowanie oraz wydajność – 8 litrów na minutę czystej i smacznej wody jest rzadkością na Pałukach. W jego sąsiedztwie – ponieważ brzeg ten jest również rezerwatem wielowiekowych dębów, buków i sosen – harcerze i młodzież szkolna urządzają sobie biwaki wakacyjne. W nazewnictwie lokalnym miejsce to określa się Źródełkiem Św. Huberta. Tak jak każde niezwykle miejsce, tak i to źródełko ma swoją legendę.

Od dawien dawna mieszkańcy Pałuk poza rolnictwem i rybołówstwem trudnili się także łowiectwem. Ponieważ zwierzyny łownej nie brakowało, ten sposób zarabiania na życie miał tu wielu zwolenników. Tym bardziej, że chodziło nie tylko o zdobycie pożywienia. Z myślistwem związanych było także wiele obrzędów i wierzeń.

Obok współzawodnictwa o tytuł „króla polowań” ważne było, aby myśliwy mógł wykazać się znajomością puszczy, umiejętnością podchodzenia dzikiego zwierza a nawet współpracą z duszkami leśnymi. O takiej sławie marzył każdy myśliwy. Stąd często dochodziło do groźnych zatargów, których przyczyną była zwykła zazdrość. Gorączka rywalizacji nie omijała nawet rodzin. Syn zazdrościł ojcu, brat bratu.

W rodzinie Drewników z Kierzkowa najlepszym myśliwym za wszelką cenę chciał być Borysław. Jednakże pech to czy zwykłe nieudacznictwo z jego strony powodowały, że na ogół przegrywał w rywalizacji i rzadko mógł się pochwalić większą zdobyczą.

Ponieważ z natury był bardzo zazdrosny, źle znosił przegraną i aby osiągnąć cel gotów był nawet deptać tradycje łowiectwa i stosować nieregulaminowe metody w swoich polowaniach. Na niewiele przydały się upomnienia i nagany. Żądza bycia najlepszym opętała go do tego stopnia, że zupełnie zatracił poczucie pewności oraz przygody, jaka towarzyszy polowaniom.

2025832_ded5a172

Przyjemność sprawiało mu głównie zabijanie. Codziennie włóczył się po lesie i prawie żadnej napotkanej zwierzynie nie darował życia. Matka pełna niepokoju słuchała jego opowiadań, a szczególnie przerażało się to z jaką lubością opowiadał o zadawaniu śmierci. Błagała go, aby się opamiętał i porzucił łowiectwo. Ale jej prośby jedynie bardzie rozdrażniały Borysława. 

Nieszczęsna matka, nie widząc innych możliwości uwolnienia syna z tego opętania, szukała ratunku w modlitwie.Codziennie rzewnie prosiła Boga a także św. Huberta patrona myśliwych o łaskę opamiętania i poprawę syna. Najbardziej bolało ją serce, kiedy  w niedzielę przed południem Borysław zamiast iść do kościoła, umykał do lasu, aby zadawać śmierć. A co w tym było najgorsze to to, że właśnie z tych niedzielnych wypraw do lasu przynosił najlepsze okazy zwierzyny. Była przekonana, że diabeł go opętał i sam napędza zwierzynę pod jego lufę. Nabożeństwo miało odbyć się w pierwszą niedzielę maja w kierzkowskim kościele.

Tydzień przed wyznaczonym terminem usilnie prosiła syna, aby w tę jedną niedzielę zrezygnował z polowania i wziął udział w nabożeństwie. Kiedy jednak nadeszła owa pamiętna niedziele, Borysław, mimo błagalnym próśb marki udał się na polowanie.

Dzień był słoneczny i upalny. Z puszczy po przeciwległej stronie jeziora dolatywały radosne odgłosy. To cała przyroda cieszyła się życiem w tę piękną niedzielę majową. Borysław jednak nie zauważył tych odgłosów. Spiesznie mu było na małą polanę na wschodnim brzegu jeziora, gdzie najczęściej kręciła się gruba zwierzyna. Okrążywszy jezioro od północy po 20-stu minutach zaczął podkradać się do grupki drzew stojących na skraju polany. 

Tym razem polana była jednak dziwnie pusta. Nie dostrzegł nawet dzikich królików, których liczne nory rozrzucone były po całym terenie. Niezrażony tym usiadł pod rozłożystym bukiem i czekał. Kiedy po godzinie czarowania nic się nie ukazało, wstał i zamierzał pójść dalej. Wtedy nagle do uszu jego doleciał trzask łamanych gałęzi. Po odgłosie sądził, że musi to być jakiś większy zwierz. Szybko ukrył się za bukiem i czekał. 

Po krótkiej chwili, trzęsąc uporczywie łbem, na polanę wkroczył olbrzymi jeleń. Na jego widok serce Borysława zaczęło bić intenstywniej. Tak wielkiego jelenia jeszcze nigdy nie spotkał. Odczekał chwilę, aż zwierzę wejdzie dalej na polanę i trzęsąc się z podniecenia przymierzył się do strzału. Jednakże trudno mu było w tym stanie precyzyjnie wycelować. Dla większej pewności strzału przykląkł więc na jedno kolano. I wtedy odczuł jakiś dziwny błysk przed oczyma. Po chwili, gdy wzrok mu się ponownie oswoił, ujrzał jak sam lucyfer prowadzi tego jelenia za rogi wprost pod jego lufę.

Struchlał z przerażenia i oblał się zimnym potem. Chciał się wycofać, ale nie mógł się ruszyć z miejsca. Mimowolnym skurczem palca pociągnął za spust. Rozległ sie donośny głos strzału. Jeleń jednak nie pada martwy. Ranny z furią szarżuje na myśliwego. Sparaliżowany strachem Borysław nie jest w stanie ratować się ucieczką. Zwierzę dopada go i rogami zadaje mu wiele ciężkich ran. Z jękiem pada na ziemię i traci przytomność. Gdy pod wpływem bólu po chwili znowu się ocknął, nie zauważył już, ani jelenia, ani diabła. Jedynie przenikliwy ból i krew, którą czuł na całym ciele, przywróciły do jego półprzytomnej świadomości cały ten horror sprzed kilku chwil.

Nie potrafił sobie logicznie wytłumaczyć tego co się stało. Coraz słabszy z powodu upływu krwi a także upału z wielkim wysiłkiem stara się czołgać w kierunku jeziora, aby ochłodzić zbolałe rany i napić się orzeźwiającej wody. Z każdym metrem jest jednak coraz słabszy. Traci, to znów pod wpływem bólu odzyskuje przytomność.

Barania_Góra-źródełko_Białej_Wisełki

Wreszcie z urwistego brzegu jeziora bez przytomnie stacza się w dół, aby zatrzymać się dopiero w niewielkim zagłębieniu w połowie wysokości urwiska.Odzyskawszy na chwilę świadomość resztkami sił pracuje rękoma, aby przesunąć się jeszcze kawałek w kierunku upragnionego jeziora. Ręce jednak są już za słabe, aby ruszyć ciało. Efektem tych desperackich ruchów jest niewielki dołek jaki mimo woli wygrzebał w piaszczystym zboczu. Wykrwawiony i wyczerpany Borysław czuje, że nadchodzi jego ostatnia godzina.

W tym samym momencie w kościele w Kierzkowie trwa nabożeństwo. Matka Borysława, jakby czując grozę chwili żarliwie modli się do św. Huberta o ratunek dla syna. Zalana łzami ślubuje swój majątek przekazać kościołowi. Dzwoni sygnaturka na podniesienie.

Do uszu, leżącego półprzytomnie na urwistym brzegu Borysława dolatują gdzieś z oddali słabe dźwięku dzwonu. Równocześnie wyraźnie zaczyna odczuwać orzeźwiający chłód wody, która nagle wytrysnęła z zagłębienia wygrzebanego jego rękami podczas ostatniego wysiłku w celu doczołgania się do jeziora. Spragniony zanurza usta w źródlanej wodzie. Czuje, jak każdy łyk przywraca mu siły. Również rany, które tak obficie krwawiły zaschły i jakby stały się mniej bolesne. 

Wsłuchuje się Borysław w bicie dzwonów i teraz do jego świadomości dociera, że tam w kościele trwa nabożeństwo, które on mimo próśb matki zlekceważył. Zrozumiał, że to żarliwa modlitwa matki sprawiła ten cud i uratowała mu życie. Zebrawszy siły  obmył się w źródełku. Tak pokrzepiony, choć z trudem dowlókł się do domu.

Od tego czasu Borysław całkowicie się odmienił, przestał polować a nawet stał się wielkim miłośnikiem zwierząt. Miejscowa ludność dowiedziawszy się o jego cudownym ocaleniu, otoczyła źródełko należytą czcią.

.

Feliks Malinowski

Legendy Pałuckie okolic Żnina, Graf-Bog.

Materiał opublikowany w celach edukacyjnych

Jeśli spodobała Ci się ta legenda zapraszamy Cię do naszego działu folkloru, gdzie przeczytasz legendę o pływającej wyspie,diable weneckim oraz Baśń Słowiańską o Babie Jadze i Leszym! Zapraszamy!

Komentarze