Jedzenie chwastów należy do kultury. Nazywanie roślin chwastami – również. Oswajanie tej nazwy to także działanie kulturowe – mówi Anna Małys,  architektka oraz antropolożka kultury i biesiady.

.

Dlaczego jecie chwasty?

Ponieważ są zdrowe, smaczne, inspirujące, piękne, tradycyjne, pospolite, lokalne, i tanie (często nawet darmowe). Są żywnością typu <slow food>.  Są powszechne, pospolite, a my kochamy pospolitość, cenimy ją o niebo wyżej, niż efektowne wystrzały estetyki kulinarnej. Ich zdrowotność wiąże się ze składem chemicznym, np. zawartością substancji odżywczych, bo są to rośliny lecznicze. Uwaga – w drugą stronę to nie działa: nie wszystkie rośliny lecznicze są jadalne.

Smak chwastów jest smakiem roślin – przykładowo: sałata masłowa ma dla wielu gorszy smak, niż pokrzywa, jeśli tylko w czasie degustacji nie wiemy, co próbujemy. Liczy się jednak nie tylko sam smak, wrażenie smakowitości, ale i konsystencja, struktura rośliny, jej forma, kształt pojedynczych części jadalnych lub całego ziela. Liczy się też jej pospolitość – nie zamierzamy jeść roślin chronionych.

DSC05951

Chwasty inspirują kulinarnie swymi kształtami.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedzenie chwastów należy do kultury

Chwasty inspirują kulinarnie swymi kształtami. Dla mnie, jako architektki, są pięknymi strukturami, jako kucharki – tym bardziej, jako antropolożki przestrzeni, kultury i biesiady – jeszcze mocniej, nie wspominając o wykorzystaniu przeze mnie chwastów w projektach wnętrz lub ogrodów.Trzeba im pozwolić rosnąć i pojawiać się znów na naszych stołach, bo rynek roślin jadalnych mamy bardzo skromny w porównaniu np. z krajami muzułmańskimi, lub choćby Niemcami, gdzie mniszek i mieszankę chwastów można kupić na targowiskach, a czosnek niedźwiedzi sprzedaje się w marketach. W typowym polskim warzywniaku nie uświadczymy roślin, które jedzono dawniej, w czasach przedkolumbijskich lub przedchrześcijańskich. Jeśli są, to zwykle tylko w sklepach tzw. „ze zdrową żywnością”, w których ceny są o 20-40% wyższe. Nie ma to często uzasadnienia, bo są to pospolite rośliny, które dobrze rosną w naszych warunkach, np. słonecznik bulwiasty zwany omyłkowo topinamburem. 

Piękno roślin zawsze mnie zachwycało, ale nie tylko w kontekście ich zjadania, bo bywa i tak, że chwast jest tak piękny, tak się faści (w staropolszczyźnie: faści/chwaści – jest dumny, chełpi się), że głupio jest go zjeść…:) Gotowanie (przyrządzanie) i jedzenie, jeśli jest prozaiczne, uwłacza wtedy roślinie, ale jeśli te czynności są dla nas holistyczną i kreatywną aktywnością, to czerpiemy z rośliny jej dobro. W kulturach plemiennych lub głęboko religijnych podobnie traktuje się mięso ze zwierząt (w tym z dzikich), które są/były objęte kultem – zjedzenie zwierzęcia nie służy(ło) tylko prozaicznemu, prymitywnemu zaspokojeniu głodu, ale szerokiej narracji, celom wyższym.

Jedzenie chwastów należy do kultury. Nazywanie roślin chwastami – również. Oswajanie tej nazwy – co staram się robić – to także działanie kulturowe. Chwasty jadalne są żywnością tradycyjną – jedzono je dawniej, w czasach bliższych relacji człowieka z przyrodą, przed industrializacją. Rośliny dumne, chełpiące się swoją siłą, odpornością i wartością (chwaściły się aż miło!:) można zwać pozytywnie chwastami – mają wysoką samoocenę, jak zdrowy psychicznie człowiek. Pochłaniać tak dobrą energię – nic bardziej korzystnego. Chwastów nie jedzono wyłącznie w czasach głodu, ale na co dzień, np. w postaci zupy z kiszonego barszczu zwyczajnego (czyli po prostu barszczu) lub jarzyny z podagrycznika pospolitego, dziś tępionego przez ogrodników.

Chwasty, jako lokalne i dzikie rośliny jadalne, są kwintesencją żywności zgodnej z filozofią Slow Food – lokalności, tradycji, dziedzictwa kulinarnego, pejzażowego i etnobotanicznego, tożsamości i identyfikacji z miejscem. Lokalność jest tu bardzo ważna – przywożenie roślin z Azji lub Ameryki Płd. celem ich zjadania to modny trend, ale wcale niekonieczny, a na pewno mało ekologiczny. Wegetarianie na przykład, czyli ludzie wierni ekologii, wymuszają import np. komosy ryżowej, amarantusa (mimo, że jest już uprawiany w Polsce), niektórych orzechów i wielu innych nasion, jak choćby kawy, co nie dotyczy tylko wegetarian. Korzystniej byłoby, gdyby skupili swą kulinarną uwagę na lokalnych zasobach. Pozyskiwanie godnej żywności oparte na <krótkiej drodze> jest ze wszech miar wskazane, szczególnie na Dolnym Śląsku, który na bazie różnorodności i mieszanki kulturowej buduje swą regionalną tożsamość. Niestety nawet dawniej funkcjonował mit wsi o mieście, ludzie ubożsi woleli jeść to, czym częstowano na dworach, postępowała też modernizacja rolnictwa, co powodowało stopniowe wypieranie lokalnych roślin na rzecz obcych i modyfikowanych. Nie tylko w Polsce z roślin dzikich tworzono gatunki uprawne – w XVIII w. w Europie zmieszano geny dwóch amerykańskich (w rozumieniu kontynentu) gatunków poziomek i utworzono… truskawkę.

.

Chwasty nie kojarzą się nam pozytywnie. Zabierają światło i miejsce innym roślinom. Dlaczego więc dajecie im drugą szansę?

WP_20140322_002

Jedzenie chwastów nie jest żadną formą wygłupu lub dziwactwa.

Hmmm… Pytanie zamknięte, protestuję:) Mnie chwasty kojarzą się nad wyraz pozytywnie, więc trzeba by zrobić szerokie badania jakościowe, co ludzie kojarzą poprzez chwasty, jak głębokie jest tabu żywieniowe. Wtedy będziemy mogli mówić za innych, że „nie kojarzą się nam pozytywnie”. Póki co, nie wiem nic o takich badaniach w Polsce. Po pierwsze, chwasty nie zabierają światła, często są bardziej wątłe niż niejedna roślina uprawna, choćby zboże. Chaber bławatek to chucherko w porównaniu do silnego zielska, jakim jest żyto lub pszenica. Po drugie czasami chwasty są ekspansywne np. w systemie korzeniowym, więc słabsze, wyselekcjonowane gatunki przegrywają – no cóż, jako obrończyni chwastów muszę stwierdzić, że to znów świadczy dobrze o chwaście:) Po trzecie chwasty są czasem naturalnymi repelentami, odstraszaczami tzw. szkodników, tj. ślimaków, owadów, pajęczaków i innych. De facto nazywanie tych organizmów szkodnikami jest w takim samym stopniu antropocentryczne, jak nazywanie roślin chwastami – szkodzą one człowiekowi, a nie przyrodzie. Przez wiele lat rugowano je z upraw, teraz wraca się do nich w zakresie naturalnych metod rolniczych. Nie zamierzam namawiać rolników, aby godzili się na chabry w polu żyta, bo to walka z wiatrakami, ale ogrodników zachęcałabym do tego, aby zrozumieli coś, co próbują wyeliminować, by zrozumieli wroga, a może stanie się on przyjacielem.

Jedzenie chwastów nie jest żadną formą wygłupu lub dziwactwa, to po prostu powrót do korzeni. Skoro królowa Jadwiga jadła danie z arcyzdrowego i powszechnego w ogrodach podagrycznika oraz zapłaciła za nie pół ówczesnego grosza, to my też możemy, prawda? Tym bardziej, że za niego nie zapłacimy, bo mamy go w ogrodzie. Barierą jest jednak tabu żywieniowe – temat szeroki i związany z oświatą szkolną. W szkołach nikt dzieciom nie mówi, co z otoczenia można zjadać, bo obarczone jest to ryzykiem, że ktoś się czymś zatruje. Jest to więc nisza dla rolników – dopóki nie będzie wzrastać liczba  farmerów, którzy będą uprawiać te rośliny na cele spożywcze, nie będziemy mogli jako dorośli polecać ich innym, w tym dzieciom, do zjedzenia.

Dlaczego dajemy im szansę? Z tych powodów, o których wspomniałam w odpowiedzi na pierwsze pytanie. Dodam, że to w mniejszym stopniu szansa, a raczej jest to przypomnienie, że mamy wokół coś, co nas wspiera, a nie nam przeszkadza. Trzeba tylko skończyć z tą szkodliwą propagandą antyroślinną oraz zacząć uczyć dzieci o użyteczności chwastów.

.

Jakie rośliny zaliczamy do chwastów? Czy istnieje jakiś rejestr, spis chwastów jadalnych?

tasznik 1

Chwastem jest dla mnie to, co się wyrzuca lub tępi.

To zależy, kto jaką klasyfikację stosuje, ale roślina zwana chwastem jest w ogólnym rozumieniu chwast to termin odwołujący się głównie do straty rolniczej; to co utrudnia wzrost roślin uprawnych, jest uznane za chwast. Dla nas, chwastożerców, chwast to pojęcie symboliczne i metaforyczne – nazywamy tak celowo te rośliny, które są odrzucone, aby uświadomić naszą utraconą różnorodność etnobotaniczną i zwrócić uwagę na pospolite lub dzikie organizmy wolne od nawozów, wydłużonego transportu i fastfoodyzacji. Chwastem są też dla nas cenne, pożywne, smaczne i piękne nacie roślin korzeniowych, które wyrzucamy – np. marchwi, rzodkiewki, rzepy – zwykle nie wykopujemy korzeni roślin dzikich, skupiamy się na częściach nadziemnych i pozostawiamy podziemne, by dalej nas radowały. Te dzikie często są chronione, więc najchętniej promuję te pospolite. Są tu subtelne, acz ważne różnice – np. czosnek niedźwiedzi nazywamy przez nas chwastem, w kontekście rolniczym nie jest nim, nie zagraża uprawom, nie rośnie na polach, lecz w lasach, jest nawet częściowo chroniony, po prostu jako roślina dzika. Czosnek dziwny natomiast (Allium paradoxum) jest najzwyczajniej w Polsce rzadki, mimo to można go spotkać i przy umiejętnym ścinaniu łodyg zjeść część poletka, a resztę zostawić. Warto też przywołać tu inny organizm żywy: zielononóżkę kuropatwianą, którą całkiem niedawno odrzucono, bo wydajność ferm kurzych mocno ją przewyższała, ale obecnie wraca się do tego cennego gatunku. Przyjęło się, że chwasty są ekspansywne, ale nie zawsze tak bywa. Dawne, zapomniane rośliny warto przypominać, tak jak tradycyjne gatunki kur, nawet mimo tego, że mają niską nieśność lub plenność, ale wysokie wartości odżywcze i długą tradycję terytorialną.

Dla mnie, jako antropologa kulturowego i osoby gotującej czasem dla ludzi, interesującej się gastronomią historyczną i antropologią biesiady, chwasty to odrzucone przez kulturę kulinarną rośliny jadalne lub ich części – nie tylko dzikie, ale też ogrodowe nieuznawane za jadalne, a także te części roślin, których w Polsce zwyczajowo się nie je. Chwastem jest dla mnie to, co się wyrzuca lub tępi. Chwastem są też więc nacie – najczęściej jadalne, pożywne, zdrowe, smaczne, ale wyrzucane – ogromne ilości takiego pożywienia są w Polsce marnowane, podczas gdy w innych krajach lub kulturach powszechnie spożywane lub sprzedawane na targowiskach (np. liście rzepy lub rzodkwi, liście mniszka lub pokrzywy, kwiaty bratka itd.). Chwasty są więc dla mnie potencjalnym pożywieniem, ale także pięknym organizmem żywym, wzbogacającym skład talerza. Dla mnie, jako projektantki architektury, wnętrz i ogrodów, chwasty są składnikiem pejzażu kulturowego, elementem rozpoznawczym, częścią dziedzictwa kulturowego, w tym kulinarnego. Nawet jeśli, są obcymi przybyszami i zdominowały polski krajobraz stosunkowo niedawno, jak gatunki inwazyjne, np. nawłoć kanadyjska. Niektóre chwasty były w polskim rolnictwie tak uparcie tępione, że są obecnie gatunkami zagrożonymi. Podobnie chwasty traktują niektórzy leśnicy, rybacy, wędkarze…

Dla rolników lub ogrodników chwastem jest to, co zagraża ich uprawom, np. zagłusza słabsze, wyselekcjonowane rośliny, szczególnie, jeśli jest superchwastem, który uodpornił się na herbicydy (np. pewien amerykański gatunek szarłatu). Dla hodowcy chwastem jest to, co zagraża jego zwierzętom, np. jaskier lub niektóre gatunki szczawiu. Dla zielarza w zasadzie nie ma chwastów, bo wszystkie rośliny w jakimś stopniu oddziałują na człowieka – każda jest organizmem złożonym z atomów połączonych wiązaniami w cząsteczki i każda wywiera jakiś konkretny skutek na człowieka, który ją przyjmuje w dowolnej formie. Dla pszczelarzy chwasty są pszczelim pożytkiem, więc są również cenne. Dla wrażliwych i ekologicznych florystów chwasty są cennym składnikiem bukietów (niestety nie znam takich polskich florystów, sama robię nasze kompozycje). Dla botaników chwast to taka sama roślina, jak nie-chwast – część flory, która staje się tym szczególnie interesująca wtedy, gdy jest np. zagrożona, rzadka lub specyficzna dla danego
obszaru. Trudno zwać chwastem rośliny chronione i zagrożone, jednak takie się zdarzają. Według nomenklatury botanicznej chwastem segetalnym zwie się te gatunki, które towarzyszą uprawom. Niektóre rośliny dzikie (chwasty, a jakże!) poprzez ingerencję człowieka i tworzenie nowych odmian stały się ogrodowymi i ozdobnymi (np. jadalny fiołek czy bratek). Dla właścicieli ogrodów przydomowych, niekoniecznie ogrodników, ale np. zapalonych kosiarzy, chwasty to główny wróg, a razem z nimi i ja, nie ścinająca dmuchawców i pylących jaskrów, pozwalająca łące rosnąć nieomal tak jak chce, zamiast udręczania jej oraz uszu ludzkich i zwierzęcych kosiarkami  w słoneczne popołudnia lub nawet soboty. Mieszkam na takim osiedlu i toczą się tu spory o hałas towarzyszący koszeniu trawników. Ostatnio będąc w Kolonii dowiedziałam się, że tamtejsze prawo nie zezwala na koszenie po godz. 13, u nas niestety pozostaje konflikt z sąsiadem lub sąd i powołanie się na mir domowy – najprawdopodobniej sprawa przegrana. Od jakiegoś czasu myślę więc o koszeniu ręcznym, tj. kosą, jak dawniej, bo ma to same zalety, włącznie z tymi sportowymi – może mój syn się tego nauczy:))) Mój brak zgody na zaburzanie audiosfery został nawet nazwany „dość totalitarnym podejściem do ludzi”, ale cóż, ludzie mają różne pasje i przywary – jedni totalitarnie nie lubią hałasu, pozwalają dmuchawcom się plenić i przechodzą na czerwonym świetle, inni totalitarnie hałasują, niszczą bioróżnorodność swoimi trawnikami, parkują na chodnikach i pozwalają swym psom ujadać wzdłuż płotu na przechodniów. Która totalitarność jest gorsza…? Jest wiele rejestrów roślin trujących i jadalnych, ma je każde państwo, ale są to często rejestry sporządzane głównie pod kątem rolniczym, a mnie interesuje także ten kulinarny, kulturowy, etymologiczny, przestrzenny, ogrodniczy, pszczelarski, żywieniowy, leczniczy, zdrowotny, bukieciarski itd., a także fotograficzny, designerski, w którym odbieram te rośliny, jako piękne formy. Taką wprost architektoniczną strukturą jest ziele tasznika. Interesują mnie wszystkie pozytywne konteksty chwastów. Jeśli więc ktoś szuka wiedzy o chwastach, to musi szukać w wielu rozmaitych rejestrach – interdyscyplinarnie i holistycznie. Na szczęście źródeł jest mnóstwo, ale są rozsypane po bibliotekach papierowych i wirtualnych. Są wydawnictwa książkowe, jak np. słynne książki prof. Łukasza Łuczaja, które często pokazujemy na naszych warsztatach, jako źródło wiedzy o roślinach, w mniejszym stopniu źródło przepisów kulinarnych, bo promujemy przede wszystkim rozumienie rośliny i własne (uczestnika) przepisy, kreacje kulinarne, które są możliwe dopiero po zaprzyjaźnieniu się z każdą rośliną z osobna. Bardzo cenne są dla mnie dawne źródła rozmaitego typu, np. pisma Nestora, Hildegardy z Bingen i wielu zakonników, Marco Polo, Długosza, Reja, Kromera, Gołębiowskiego, Rostafińskiego, Glogera, Kolberga, Czernieckiego, Ćwierczakiewiczowej i innych.

Są listy papierowe i online, atlasy lub indeksy roślin, przewodniki do ich oznaczania itd. – wszystkie one stanowią kopalnię wiedzy i
arcycenne źródło, ale nie zawsze o tym, czy roślina jest jadalna. Tworzyli je i tworzą najczęściej botanicy, a ci nie zawsze chętnie jedzą rośliny, które badają lub chronią (jednym z zacnych wyjątków był w XIX w. Józef Rostafiński). Nazwami roślin zajmują się też filolodzy – te źródła również warto czytać. Uniwersytety przyrodnicze, rolnicze lub medyczne mają swoje instytuty lub katedry zajmujące się także roślinami jadalnymi, ale w różnym zakresie. Wrocławski Uniwersytet Medyczny ma np. wspaniały Ogród Roślin Leczniczych, a osoby tam pracujące interesuj się aspektami kulinarnymi swoich roślin. Są też przecież ogrody botaniczne, w których pracownicy wiedzą więcej o roślinach dużo ode mnie. Są też liczne portale survivalowe lub zielarskie, wiele amerykańskich (w tym bardzo cenny tamtejszego Ministerstwa Rolnictwa) i coraz więcej blogów kulinarnych, których właściciele także próbują chwastów i promują je, jako pożywienie – nie tylko jako lek, bo na ten leczniczy temat napisano w Polsce bardzo wiele, na tym się wychowałam i od tego zaczynałam swoją pasję roślinami pospolitymi. Jest też lista na Wikipedii, ale nie warto się kierować tym opisem, bo o wielu cennych pod względem jadalnym roślinach mówi się tam, że są trujące, a wynika to z różnego stopnia wpływu na ludzki organizm. Przecież ludzie różnie reagują nie tylko na rośliny, a wszyscy chwastożercy zalecają ostrożne eksperymentowanie.

 

Dla mnie największym autorytetem jest na pewno mój organizm – własny nos, język, kubki smakowe, oczy, żołądek i inne organy wewnętrzne żywo reagujące na to, co im aplikuję. Wiedza o chwastach jako żywności jest wciąż niszowa. Dlaczego? Ponieważ są one od dawna objęte tabu żywieniowym jako te przypisane dzikiemu światu, którego „cywilizowany człowiek” nie tknie, a także te przypisane biedocie i głodującym, ewentualnie te, które jedzą „obcy”, np. mniejszości religijne lub etniczne. Im kultura bardziej „ucywilizowana”, tym bardziej odległa od przyrody, tym szybciej traci wiedzę nt. otoczenia, w tym nazw i właściwości roślin. Co ciekawe, uczymy się o nich wszyscy w polskich szkołach, ale 1) nie pod kątem spożywania, 2) przede wszystkim w celu zaliczenia materiału zapomnienia, a następnie zwrócenia uwagi na to, co odmienne. Fascynacja odmiennością nie jest naszą szczególnie specyficzną cechą, ale wobec specyficznej historii i kulejącej tożsamości ta fascynacja obcością wygrywa ze znajomością tego, co własne. I tu jest szkopuł. Warto zmienić nieco ten kurs, jak to się dzieje choćby w dziedzinie design, rękodzieła, literatury, muzyki czy nauki. Musimy po prostu wrócić do wiedzy przodków, bo im mniej wiemy o otoczeniu (i różnorodności gatunków), tym bardziej jest ono niebezpieczne – to widać choćby na przykładzie grzybów. Innym słowem eliminacja różnorodności zapędza nas w kozi róg. W naszych lodówkach mało jest roślin lokalnych, większość albo i wszystkie pochodzą z importu.

.

Jakie chwasty można jeść, jakich unikać?

Można by wymieniać, ale lista byłaby zbyt długa. Ogólnie można powiedzieć, że bardzo wiele z tego, co rośnie na polskich łąkach i nieużytkach, to rośliny jadalne, ale trzeba uważać, bo można się pomylić. Trudno promować jedną roślinę, a zaniedbywać inne, bo każda, dosłownie każda, zasługuje na uwagę i szacunek. Ważne też, czy mówimy o jadalności, czy o smakowitości. Nie każda roślina jadalna jest smaczna w kontekście bukietu, kulinarnych walorów smakowych w rozumieniu restauratorskim. Kucharze i smakosze szukają zwykle wyjątkowych doznań smakowych, silnych smaków, ale w wielu chwastach ich na pewno nie znajdą. Dla mnie jednak te rośliny są nadal cenne pod względem kulinarnym, bo smakowitość, jako doznanie końcowe, nie wynika tylko z samego smaku, ale też z tekstury, wyglądu, zapachu i kondycji w określonych warunkach. „Chwastny czips” będzie chrupki i smakowity na początku, ale po kilku lub kilkunastu minutach leżenia w towarzystwie np. wilgotnych ziaren lub bulw straci swą chrupkość i przestanie być smakowity. Jego smak będzie ten sam, ale tekstura zupełnie inna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najbardziej popularne rośliny wokół nas w Polsce są często jadalne.

 

Najbardziej popularne rośliny wokół nas w Polsce są często jadalne: babki, pokrzywa, mniszek, czosnaczek, podagrycznik, babka, stokrotka, tasznik, szczaw, łopian, jasnota, bluszczyk kurdybanek, bylica, krwawnik, rdest, perz, pięciornik, cykoria, szczawik zajęczy, barszcz zwyczajny, ziarnopłon, fiołek, przytulia i wiele innych. Nie ma tutaj reguł, że np. rzekomo wszystkie gorzkie są trujące, a słodkie – jadalne. Niektóre rośliny gorzknieją (ziarnopłon) z wiekiem, inne twardnieją (pokrzywa – doskonała do plecionek jako roślina włóknista), a jeszcze inne łykowacieją (mimo to doskonale sprawdzają się w roli prażynek). Niektóre są gorzkie, gdy są młode (mniszek). Nie ma tu jednoznacznych reguł, to świat tak samo żądny wolności, jak demokratyczny świat homo sapiens.

..

.

Organizujecie także warsztaty. Na czym one polegają?

Warsztaty obejmują różne działania: mówimy o chwastach jadalnych, pokazujemy zdjęcia, wygrzebujemy informacje o chwastach zawarte w dawnych księgach, uczestnicy robią z nami chwastniki (albumy roślin do zasuszenia), pokazujemy przyrządzanie dań z chwastami, włączamy uczestników do warsztatu kulinarnego lub częstujemy daniami przygotowanymi przez nas wcześniej. Robimy też z dziećmi chwastogródki – chwastne mini-ogródki z mini-mebelkami, aby dzieci zabrały je do domu i nadal uczyły się roślin. Dołączamy też nasze chwastne pomysły (np. smakołyki) do seminariów edukacyjnych, które we Wrocławiu organizujemy z przyjaciółmi, jako Slow Food Youth Wrocław.

 

.

Jeżeli jesteście zainteresowani tematyką chwastów zapraszamy Was także na fanpage Chwastożercy.

.

 Rozmawiała Katarzyna Zarówna

 

 

 

Anna Małys – architektka oraz antropolożka kultury i biesiady łącząca w pracy zawodowej obydwa zawody, absolwentka studiów doktoranckich Nauk o Kulturze, projektantka ogrodów, wnętrz, rękodzieła i upcyklingu, publicystka, naukowczyni, trenerka, eduktorka, fotografka, kucharka, propagatorka lokalnej, dolnośląskiej żywności i jadalnych roślin pospolitych. Na co dzień realizująca obydwie profesje w formie projektowania (architektura, wnętrza, tereny zieleni), edukacji, konsultingu, aktywizacji przestrzennej (architektonicznej, urbanistycznej) i kulturowej (etnograficznej, antropologicznej, etnologicznej). Współpracuje z uczelniami i oświatą prowadząc zajęcia z zakresu antropologii przestrzeni publicznej miasta, biesiady, semiotyki architektury i przestrzeni, pedagogiki i antropologii krajobrazu. Tym tematom poświęcona jest jej praca doktorska „Antropologia przestrzeni publicznej miasta” w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Dwukrotna stypendystka Uniwersytetu Wrocławskiego, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dyscyplinie „animacja i edukacja kulturalna”. Współpracuje z podmiotami z obszarów miejskich i wiejskich, z podmiotami polskimi i obcojęzycznymi, członkini Slow Food International, Slow Food Youth Wrocław, Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, Towarzystwa Kultury Czynnej, Partnerstwa Lokalnego 8 SCEN i in.

.

Pozostałe zdjęcia: 

Anna Małys Chwastożercy

Marta Wiercińska Chwastożercy

Komentarze