Stereotypowy student to wiecznie spłukany student. Oczywiście istnieje margines osób żyjących na garnuszku rodziców, najlepiej do trzydziestki, bezustannie żebrzących, bezlitośnie wyciągających majątek od rodziców którzy już dawno przestali się łudzić, że ich pociecha weźmie odpowiedzialność za swoje życie. Większość studentów to jednak osoby stawiające na niezależność, sporadycznie proszące o wsparcie, i dla których to sporadyczne wsparcie jest środkowym palcem wyciągniętym w kierunku zasad według których postanowili żyć. I chwała im za to. W przypadku w którym próbujemy przeżyć za swoje pieniądze prawdopodobnie nierzadko zdarzy nam się przymierać głodem. Sam dobrze wspominam okres w którym próbowałem skompletować brakujące składniki do zrobienia naleśników, chodząc od drzwi do drzwi bloku w którym mieszkałem i u każdego zapożyczając się na szklankę cukru, mąki czy też mleka.

Stereotypowy student zdrowo nie je. Oczywiście można. Znam wiele osób, które mimo permanentnego braku czasu i pieniędzy, potrafią w rytm dnia codziennego wpleść zdrowe i pożywne posiłki. Zdrowie jednak nie jest dla studenta priorytetem. W epoce mody na dobre odżywianie się w każdym miejscu znajdziemy rzeczy, których cena nie jest zabójczo wysoka, a które w teorii mają zapewnić nam dzienną dawkę witamin czy wartości odżywczych. W świetle dnia łatwo jest trzymać się tej zasady i w sytuacjach, w których na każdym kroku spotykamy się ze zdrowymi i ekologicznymi produktami nie trudno jest dbać o siebie. Jednak kiedy nadchodzi wieczór, zasada nie jedzenia po dwudziestej drugiej okazuje się być nie do przejścia, a nasze organizmy zapełniają się produktami zakupionymi na szybko w najbliższej budce z kebabem, popitymi zatrważającymi ilościami alkoholu. Chwiejnym krokiem udajemy się wtedy w miejsca, którym daleko jest do zdrowych i wartościowych, a kęs buły z sosem czosnkowym jest dla nas niczym ziemia obiecana.

Studentka pijąca zdrowy sok w świetle dnia

Studentka pijąca zdrowy sok w świetle dnia

Są tacy studenci, którzy w pośpiechu, obładowani plecakiem, dwiema walizkami, neseserem i dużą siatką wyładowaną skrzętnie zapakowanymi przez ukochaną rodzicielkę słoikami zawierającymi domowe przysmaki, pędzą z rodzimego miasta z zapasem na cały tydzień. Ta wyszukana strategia pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i przy okazji wyrobić dzienną dawkę ćwiczeń, bo ruchome schody na większości dworców działają tylko w jedną stronę. Trzeba mieć jednak w sobie sporo samozaparcia, być wyjątkowo nieudolnym kulinarnie lub darzyć nienawiścią każdy istniejący rodzaj pracy, aby przez trwający minimum trzy lata okres studiów w innym mieście, każdego dnia jeść jedzenie ze słoika od mamy. Po za tym, powiedzmy sobie szczerze, po to się wyjeżdża na studia aby domowe jedzenie docenić i z ucałowaniem ręki przyjmować zdecydowanie za duże porcję i liczne dokładki przy okazji odwiedzin w domu. Studenci, nie róbmy z tego rzeczywistości. Nie bądźmy jak polscy posłowie parlamentu europejskiego, którzy do Brukseli zabierają z domu słoiki. Trochę godności i szacunku do siebie. Dzięki temu nasi rodzice poczują wreszcie, że mieszkają sami, a szczęśliwa i wypoczęta mama, której kuchenne kajdany wreszcie opadną, chętniej nam dopomoże finansowo.

Osoby dla których słoik wypełniony domowym schabowym jest tylko urozmaiceniem codziennej diety, cenią sobie kuchenne rewolucje w kuchni. Jeśli mama była osobą wyręczającą w kuchennych perypetiach, zawsze kroiła ziemniaczki na talerzu i broń boże nie pozwala samemu polać sosikiem prawdopodobnie skazała studenta na śmierć głodową. Jednak kiedy umiejętności pozwalają na więcej niż posmarowanie chleba nożem, wiecie że piekarnik to nie magiczne urządzenie, z którego wychodzi gotowe jedzenie, i potraficie mniej więcej wyłapać zapach spalenizny – czeka was niesamowita przygoda. Odkryjecie połączenia składników, o których nigdy byście nawet nie pomyśleli. W lodówce studenta znajdują się zwykle trzy składniki zdatne do spożycia, a cała reszta jest już pokryta ślicznym zielonym odcieniem i próbuje samodzielnie się wydostać. Więc trzeba kombinować, i czasami człowiek gotując czuje, że osiągnął całkowite dno, że nie da się tak właściwie określić ani zapachu, ani kształtu, ani konkretnej konsystencji przygotowywanego dania. Ale odwagi! Mieszkając samemu potrafiłem tworzyć dania, które z logicznego punktu widzenia po prostu nie mogły smakować dobrze i nie raz zaskakiwałem samego siebie. Możliwe, że po pierwszym takim posiłku moje kubki smakowe popełniły samobójstwo, jednak osobiście uważam, że jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Kuchnia studencka nie jest również kuchnią master chefa, bo inaczej to wygląda kiedy smażymy na tytanowej patelni, a inaczej gdy nasz sprzęt to śmiechu warta stalowa patelnia, która pamięta komunę. Także nawet gdyby student obudził się pewnego dnia z zamiarem przerwania rutynowego jadłospisu w którym dania zaczynają się od jednego, a kończą na pięciu składnikach i odczuł potrzebę szaleństwa w kuchni – zwykle nie ma ku temu możliwości. Oczywiście, nie jest tak, że na kiepskim sprzęcie nie da się skleić wykwintnego trzydaniowego obiadu, ale taka czynność będzie zdecydowanie bardziej utrudniona, trzeba się będzie namęczyć, nasapać, a radocha też żadna.

DSCF56594

Kreatywne gotowanie

Ostatnią grupą studentów, chyba najliczniejszą jest ta, której udało się znaleźć uniwersalną taktykę na przeżycie. Czasami sobie taki student coś upichci, czasami zabierze ten nieszczęsny słoik z rąk utęsknionej mamusi, a czasem oszczędzi trochę mamony i zaszaleje na mieście. I tutaj otwierają się szerokie perspektywy, bo studenckich barów, pubów, budek, knajp, restauracji i innych przybytków jest wszędzie mnóstwo. Jeśli zeszłego wieczoru jakaś dyszka ukryła się między paragonami w portfelu i udało się jej nie wydać na barze możemy sobie zwykle pozwolić na coś smacznego, śniadaniowego i jeszcze dodatkowo zakupić kawę. Jeśli dyszki będą dwie – jesteśmy królami. Większość miejsc, w których można coś zjeść ma specjalnie przystosowaną ofertę studencką, w tym promocje i inne oferty. Mimo, że wyjście do miasta studentowi kojarzy się z bezsensownym trwonieniem pieniędzy, bo przecież taki pieniądz można by śmiało zainwestować w alkohol i artykuły tytoniowe wieczorową porą, to jednak czasami trzeba czy to w celach towarzyskich, czy po prostu za potrzebą wydostania się z własnego, studenckiego więc prawdopodobnie przeludnionego, mieszkania. Takie wyjście traktujemy w kategorii święta, ogromnego wydarzenia i wracamy z niego najedzeni do syta i szczęśliwi. Mimo rosnących obaw co do tego jak przeżyjemy resztę miesiąca, warto czasami zainwestować swoje pieniądze w jedzenie, które wygląda jak jedzenie. Ponieważ w studenckim gotowaniu wygląd potrawy jest jego najmniej ważną funkcją, warto zjeść coś poza domem chociażby dla samych wrażeń wizualnych.

Student podziwiający wizualne i estetyczne aspekty kawałka pizzy na mieście

Student podziwiający wizualne i estetyczne aspekty kawałka pizzy na mieście

Którymkolwiek typem studenta byśmy nie byli, szanse na codzienne jedzenie pożywnych, smacznych i estetycznych potraw są raczej niskie. Możemy się zaprzeć, i przy bardzo upartym podejściu zapewne uda nam się zrealizować program, dzięki któremu każdego dnia będziemy przeżywać kulinarny orgazm. Lepiej jest jednak wyjść z założenia, że jest to człowiekowi na tym etapie całkowicie niepotrzebne i skupić się na kolekcjonowaniu wspomnień oryginalnych posiłków i trenowaniu wątroby.

.

Jakub Mańkowski

Komentarze