Mój dziadek, Franciszek Zarówny, został powołany do wojska, do szkoły podoficerskiej w Żaganiu. Miał wtedy 21 lat. Po 9 miesiącach kursu podoficerskiego jego koledzy zostali wysłani do różnych jednostek wojskowych w kraju, a on został w Żaganiu.
Dlaczego?
Chyba dlatego, że byłem grzeczny i spokojny, dobrze wywiązywałem się ze swoich zadań.
Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, a co było dalej?
Zaproponowano mi, choć brzmiało to raczej jako rozkaz, inną funkcję w wojsku. Dowódca naszej jednostki poinformował mnie, że do cywila odchodzi ktoś, kto zajmuje się żywnością. Ja z przygotowywaniem jedzenia nie miałem wiele wspólnego, ale jak rozkaz to rozkaz. Zostałem wysłany na szkolenie żywnościowe a po nim miałem zostać właśnie pisarzem żywnościowym.
Kim jest pisarz żywnościowy?
Pisarz lub pisarczyk żywnościowy układał jadłospis dla żołnierzy na cały tydzień. Najpierw oczywiście musiałem przejść szkolenie, które było podzielone na część teoretyczną i praktyczną. Przez 3 dni przyglądałem się jak układać jadłospis, a potem sam miałem zacząć to robić.
Jak wyglądał jadłospis dla żołnierzy w tamtym czasie?
Jedzenie musiało być różnorodne, syte i zgodne z dziennym zapotrzebowaniem na kalorie. Jedliśmy wtedy trzy posiłki. Układałem jadłospis na cały tydzień. Codziennie musiało być coś innego na obiad. Najbardziej lubiliśmy grochówkę. Było w niej dużo mięsa i można się było porządnie najeść. Jedliśmy mięso, z wyjątkiem poniedziałku, bo był bezmięsny. Na śniadanie zwykle jedzono chleb, margarynę i do tego jakąś szynkę. Na obiad były mięsa – tzw. sztuka mięsa, ziemniaki, warzywa, czasem bigos, na pierwsze danie zupa. W czwartek zawsze mieliśmy śledzie. Do picia była zawsze czarna kawa lub herbata. Kawa i herbata stała też zawsze w przedsionku kuchni.
Czy żołnierze lubili te posiłki?
W wojsku nie ma tak, że się czegoś nie lubi. Je się to, co się dostanie i tyle. A raczej to, co wymyślił na dany tydzień pisarczyk żywnościowy.
A jakiś podwieczorek?
Ha ha ha ha ha.
Skąd pochodziły wszystkie produkty żywnościowe?
Większość z nich braliśmy prosto z pola, które było własnością jednostki. Uprawiano tam ziemniaki, kapustę, ogórki i inne warzywa, żeby nie trzeba było ich kupować. Śledzie też mieliśmy własne. Pamiętam, że zawsze stały w dużej beczce. Do dzisiaj pamiętam ich smak.
Czy jako pisarczyk żywnościowy miałeś przełożonych, czy sam decydowałeś o tym, co będzie danego dnia do jedzenia?.
Jadłospis na cały tydzień układałem sam, ale później musiałem zanieść go do porucznika żywnościowego, potem do kwatermistrza. Jeżeli ten ostatni uznał, że wszystko jest w porządku zanosiłem jadłospis do szefa kuchni. Pierwszy raz, kiedy układałem plan na cały tydzień, spojrzał na niego żołnierz, który zajmował się tym wcześniej. Powiedział: „ chyba dobrze”, ale to jednak było „chyba”, a nie „tak” lub „nie”. Cały dzień się stresowałem, ale okazało się, że wszystko było w porządku.
Jak wyglądała praca w kuchni?.
Był tylko jeden szef kuchni. Tylko on gotował, a reszta czyli jakieś dwie lub trzy osoby mu pomagały. Wykonywały różne prace kuchenne takie jak zmywanie, czy obieranie warzyw. Mieliśmy też do dyspozycji wóz z koniem. Jedna osoba wywoziła wtedy różne odpady i zlewy z kuchni. Wozem przywożono też warzywa z pola.
Jak długo pracowałeś na tym stanowisku?.
To były lata 1953-1955. Pewnej nocy, obudził mnie mój przełożony. Powiedział, że jest jakaś ważna sprawa do załatwienia, a on niestety już wypił co nieco. Powiedział, że trzeba rozładować wagon z żywnością, który właśnie przyjechał, a on z wiadomych względów nie może tego zrobić. Dostałem wóz i musiałem w środku nocy jechać rozładować wagon. Strasznie się wtedy bałem, bo to była duża odpowiedzialność. Ilość jedzenia musiała się zgadzać z tym, co było w wagonie i z tym, co potem znalazło się w magazynie. Jeżeli ktoś po drodze coś wyniósł, ja mogłem być pociągnięty do odpowiedzialności. A kary były bardzo surowe. Jednak wszystko poszło zgodnie z planem. Po tym wydarzeniu, dostałem bloczek z przepustkami od przełożonego. In blanco! Mogłem wychodzić kiedy chciałem na przepustki. Tak upłynęły mi dwa lata na stanowisku pisarczyka.
A potem?.
Byłem chwalony przez dowództwo, chcieli mnie zostawić w wojsku, ale mi się do domu spieszyło. Ale wspominam ten czas bardzo miło, choć dziś w domu, dzięki Twojej babci nie muszę i nie mam absolutnie żadnego wpływu na mój codzienny jadłospis
.
.
Rozmawiała Katarzyna Zarówna
Wszystkie zdjęcia są oryginalne i pochodzą ze zbiorów mojego dziadka. Niesamowite jest to, że mają już ponad 60 lat!






