Biesiada strzyg
Olśniony pięknością leśnej boginki, wiedziony niepohamowanym pragnieniem zdobycia cudnej panny Krakus, jak przystało na zaciekłego kobieciarza, zaczyna odtąd popełniać błąd za błędem. W nagłym porywie żądzy rzuca żabią skórkę w ogień, więżąc tym samym wróżkę w ludzkiej postaci. Zrozpaczona Kolęda ulega mu wprawdzie i zostaje jego drugą żoną, lecz odtąd przestaje się doń odzywać i milczy jak zaklęta. Sapucha natomiast, wciąż udająca Żywę, usuwa się do niewieścich komnat, wiedząc, że jej matka i siostra knują tymczasem kolejną złowrogą zemstę na wiarołomnego króla.
Chociaż wielożeństwo u pogańskich, także słowiańskich monarchów było normą (wspomnijmy choćby siedem żon Mieszka I), decyzja matrymonialna króla, spowodowana złamaniem słowa honoru, spotyka się ze złym przyjęciem. W państwie wszystko się rozprzęga i psuje: dworem zaczyna rządzić korupcja, rycerze miękną i niewieścieją, lud cierpi i obwinia władcę o wszystkie swoje nieszczęścia. Krakus, niezbyt dobrze radząc sobie ze skomplikowaną domową i ogólnonarodową sytuacją, ucieka z Krakowa w okoliczne lasy, przepędzając czas na łowach, nawet kiedy Kolęda zachodzi w ciążę.
Dzieje się to zimą i podczas kolejnej szalonej gonitwy monarcha gubi ślad w gęstej śnieżycy. Samotnie błądząc w borze trafia do chatki czarownicy, znanej nam już Welindy. Plastyczny opis chaty wieje prawdziwą grozą:
.
Było jasno, czerwono, płonął ogień w piecu
Wielki, wkoło po ścianach na skrzydlatym wiecu
Ptactwo siedziało czarne. A w dole na toku
Lepianym skrzydła, nogi i głowy w natłoku
Dziwnym pełzały, każdy kawał żył z osobna,
Różnym głosem wrzeszczały głowy, niepodobna
Głosy owe rozróżnić srodze pomieszane,
A kościotrup ludzki wsparł się o białą ścianę
W kącie chaty i śmiał się, jego chichotanie
Głośniejsze jak wrzask ptactwa. Drapią się po ścianie
Nietoperzów wieńce. Strach patrzeć na te dziwa!
Na piecu kocioł kipi. Dziewka urodziwa
W chłopskiej odzieży siadła na drewnianej ławie,
Szyja jej biała błyszczy w korali oprawie
Bogatej. To Welinda. Z matką do tej chaty
Przybyła i tu mieszka, mędrsza jak przed laty,
Już dorównywa matce, czarów moc poznała
Już dobrze. Dzisiaj Jaga z wichrem uleciała
Pohulać, a Welinda sama w chacie siadła.
.
Młoda i piękna wiedźma ugaszcza Krakusa grzanym piwem, wyznając, że zawsze go skrycie kochała. Piwo jest oczywiście czarodziejskie, pętające rozum i wolę mężczyzny. Swoją drogą, nie trzeba specjalnych czarów, by jakikolwiek facet uległ w podobnej sytuacji wdziękom nadobnej kusicielki. W każdym razie zamroczony mocnym trunkiem i chucią Krakus dość łatwo ulega jej urokom i daje posłuch jadowitym oszczerstwom rzucanym na Kolędę. Welinda wmawia królowi, że żabia wróżka rodzi na Wawelu potwora:
.
„Tam w zamku dziś tobie syn, Krakusie, zrodzon,
Strach powstaje z kołyski, a Polsce pan spłodzon,
Co z żaby jest. Tam w zamku dziecko teraz kwili
Miłości dla żon dwojga, syn przeklętej chwili
I grzechu syn. Twarz starą ma złego człowieka,
Lecz zamiast oczu węgle zawiera powieka
Płonące, szpony smocze z kołyski wykłada,
Ciało ma długie węża, po niemiecku gada
Od razu wyuczone”…
.
Pomijając ewidentną antygermańską fobię poety, który wzorem ludowych bajań uważa, że wszystko, co złe musi być „niemieckie” czyli z pewnością demoniczne, (przypomina się zaraz mickiewiczowski diabeł: „Istny Niemiec, sztuczka kusa…”), trzeba też zwrócić uwagę czytelnika, iż właśnie w tym momencie pojawia się smoczy motyw, nieodłącznie związany z dziejami rodu Krakowego, który powróci jeszcze w pełnej krasie w dalszych partiach utworu.
Oszukany, otumaniony Krakus daje wiedźmie pierścień i nakazuje jej udać się w charakterze posłańca na zamek z rozkazem wygnania niefortunnej małżonki razem z jaszczurczym płodem występnej miłości. Uradowana wiedźma siada na łopatę i ulatuje w stronę Krakowa, podczas gdy spojonego władcę morzy sen. Ech, ci mężowie na stanowiskach…
Tymczasem okazuje się, że Kolęda powiła cudowne dziecię, złotowłose pacholę, jaśniejące niezwykłymi mocami. Nie wystarczają one jednak na razie, by przeciwstawić się czarnej magii. Uzbrojona w królewski pierścień Welinda angażuje do wykonania nieludzkiego rozkazu przyrodniego brata. Wojewoda Czuryło zresztą bez trudu daje się wciągnąć w mroczną intrygę, gdyż zaniepokoiło go pojawienie się męskiego potomka, mogącego realnie zagrozić w prawach do tronu jego siostrzenicy Marzannie. Nie trzeba czytać całego cyklu Gry o tron, by wiedzieć, że w walce o władzę nawet najlepsi zatracają w końcu ludzkie cechy i gotowi są do najgorszych czynów.
Kolęda z dzieckiem na ręku zostaje wypędzona z zamku w śnieżną zawieję, a trzy wiedźmy (Sapucha, Welinda, Jaga) triumfują. Przybierając postać strzyg urządzają zaimprowizowany sabat:
.
„Hejże na pohulankę!” Sapucha zawoła.
„Lećmy!” Trzykroć klasnęła, wyjąc, w swoje dłonie
I wraz z siostrą Welindą w zawierusze tonie.
Obie postać przybrały straszną: długie szpony
Z rąk im wyrosły, z tyłu zwiesiły ogony
Smocze, przestrachem zieją. Welinda dosiada
Konia swojego, siostra Sapucha rozkłada
Skrzydła nietoperza. Ich głosem przywołana
Jaga na wichrze jedzie, a z rozkazu pana
Czarnych mocy, Popiela, od mrowia się roi
Dokoła: tutaj wielka, biała mara stoi
Wśród śniegu jak słup śnieżny, a tam dalej szczeka
Sfora psów czarnych, to znów kościotrup człowieka
Ogniem zieje z kościanej i skrzypiącej szczęki…
.
Zamierzają rozszarpać żywcem i pożreć białą wróżkę wraz z potomkiem, lecz znów w sukurs przychodzą bogowie. Potężne moce osłaniają zbolałą matkę i unoszą oboje na niedostępnej chmurze.
Jędze są zawiedzione, lecz Jaga pociesza córki, że udało im się pozbyć niebezpiecznej rywalki i zachować pozycję Sapuchy na dworze w roli mniemanej Żywy, a tym samym przyspieszyć rychłe zwycięstwo Popiela…
A co się działo dalej z Krakusem? Gdy zbudził się po sutej libacji w cudzej chacie z potężnym kacem moralnym i fizycznym, uświadomiwszy sobie, jak bardzo ubiegłej nocy narozrabiał? Opowiemy o tym w następnym odcinku.
.
Tekst poematu opracował i komentarzem opatrzył
Witold Jabłoński



