Wędrowali od wsi do wsi, udając skomorochów. Wypalone na karku piętna ukryli pod pstrokatymi strojami i chustami. Chociaż nie wiedli ze sobą niedźwiedzia, przyjmowano ich wszędzie z otwartymi ramionami. Wania popisywał się swoją siłą, zrywając okręcone na piersi łańcuchy, a także skręcając w dłoniach podkowy i inne żelastwo. Dima fikał koziołki i pokazywał sztuczki z biczem. Żora czarował śpiewem i grą na bizantyjskiej lirze.

Poczciwy ruski lud chętnie ich ugaszczał i karmił szczodrze, nic zatem dziwnego, że dotarli na pogranicze Krainy Jezior w 421195_459494364137058_767654615_nznakomitych nastrojach. Pełne brzuchy nie sprzyjały ponurym rozmyślaniom. Nawet Żora zaczął wierzyć, że urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą. W końcu nieomal cudem uratowali swe tyłki, uniknęli okrutnej kaźni i sam kniaź powierzył im ważne zadanie… Czyż nie był to uśmiech losu?

Uznali się jednak za prawdziwych szczęściarzy, kiedy umiejętność poruszania się w lesie Wani, bystry wzrok Dimy i doskonały słuch Żory doprowadziły ich w końcu do uroczyska. To właśnie niedoszły psalmista pierwszy usłyszał z daleka tęskny, kobiecy śpiew.

Dziewczyna siedziała przy źródle i czesała spadające do pasa, ciemnobrązowe włosy kościanym, migocącym bursztynami grzebieniem. Ostrożnie wyplątywała z gęstych kosmyków zwiędłe kwiatki, zeschłe liście, a nawet drobne gałązki. Odziana była w krótką, lnianą koszulkę, haftowaną przy brzegach w wijące się roślinne desenie. Promienie słońca, spadające ukośnie poprzez korony drzew i prześwitujące cienki materiał, tworzyły złudzenie, że dziewczyna jest naga, przystrojona tylko kwietnymi girlandami. Na odkrytych udach i ramionach można było dostrzec wymyślne zielono-brunatne malunki lub może rytualne tatuaże. Zasłuchana w bełkotliwą mowę strumyka i szum drzew, leśna panna wydobywała z piersi tony dziwnie smutne, choć zarazem wabiące, kuszące. Pieśń była w jakimś starodawnym, nieznanym języku, toteż przygodni słuchacze nie rozumieli z niej ani słowa. Nie wiedzieli, że mówi o śmierci.

– Krasawica! – szepnął chrapliwie Wania.

– Niezła bladź – świsnął Dima przez szparę między przednimi zębami.

– Może to jakaś młoda wiedźma albo rusałka? – syknął trwożliwie Żora, żegnając się z rozmachem.

– Tak, czy owak, baba – odparł Wania, chichocząc lubieżnie. – Rusałka, chi, chi! W sam raz dla trzech chrobrych Rusów!

Boh troicu lubit – dodał pobożnie Dima.

– Kniaź będzie nierad, jeśli za bardzo ją popsujemy  – zaoponował słabo grajek.

Zbój wzruszył potężnymi ramionami i uśmiechnął się szeroko.

– Żadnej dziewce to jeszcze nie zaszkodziło… Nie będzie trwale naruszona.

– No, to ruszamy – burknął niecierpliwie Dima, drżąc z podniecenia. – Kto pierwszy, ten lepszy.

– Ja będę z nią pierwszy – oznajmił twardo Iwan.

– A to czemu? – oburzył się rudy rzezimieszek.

– Bo jestem najstarszy i najsilniejszy – odparł zbójca, patrząc na kompana z politowaniem. – Mam już brodę.

– Ja też mam! – sprzeciwił się czupurnie złodziejaszek.

– Ale ryżą – zauważył flegmatycznie Wania. – To się nie liczy.

Iwan_Nikolajewitsch_Kramskoj_002Żora wzruszył ramionami. Nie musiał dotychczas uganiać się za dziewkami, bo same zapraszały go na siano, toteż niespodziewana zdobycz nie miała dla niego aż takiej wartości, jak dla pozostałych kompanów. Tęskny śpiew lekko go upoił, lecz nie zamierzał tracić głowy dla dzikiej Sudowianki.

Wspólna podróż nie uczyniła z nich zgranej drużyny. Zwłaszcza Wania i Dima bezustannie wadzili się o to, który z nich ważniejszy. W gruncie rzeczy, złączeni Dolą, nawzajem się nie cierpieli, wyrażając to w ordynarnych docinkach i żartach. Grajek wolał trzymać się z boku, niewiele przejmując się ich męską rywalizacją. Pozostali sobie obcy, chociaż los zmuszał do współdziałania.

Wszyscy trzej byli jednak głęboko przeświadczeni, że poradzą sobie bez trudu z bezbronną dziewczyną.

Mylili się.

Wydawało się im, że poruszają się bezszelestnie, lecz dziewczyna słyszała doskonale niezdarne szurania i mamrotane przekleństwa. Odczekała stosowną chwilę i obejrzała się, nie przerywając śpiewu. Ogarnęła nadchodzących intruzów bystrym spojrzeniem złotobrązowych, błyszczących jak rzeczne kamyki oczu. Dopiero wtedy słowa pieśni zamarły jej na ustach. Ujrzała trzech cudaków, skradających się półkolem w jej stronę. Na głowach mieli paskudne, rogate czapki. Ten, który im przewodził, zdawał się wielki i silny, dwaj pozostali nadrabiali zręcznością. Nie uszło jej uwagi, że są uzbrojeni. Zerwała się na równe nogi, a jej twarz przybrała nieprzyjazny wyraz. Zatrzymali się odruchowo, orientując, że ich obecność została odkryta. Nastała chwila napiętej ciszy, przerywanej tylko brzęczeniem owadów i wiosennym kwileniem ptaków skrytych w koronach drzew.

– Czeho kcete? – zapytała w końcu dziewczyna łamaną mową Rusów z dziwnym, gardłowym akcentem.

– Ciebie – wycedził Wania przez zęby, rechocząc wesoło.

Ruszył znowu do przodu, podrygując w tanecznych, drapieżnych podskokach. Dwaj towarzysze poszli w jego ślady, wtórując mu, gdy o leśne ściany uroczyska odbiła się echem hulaszcza piosnka:

Ech, zagulał, zagulał, zagulał,

Pareń mołodoj, mołodoj…

53595cf965003_630Dima strzelał z bicza do taktu. Liczył, że za jednym celnym ciosem giętki rzemień oplecie szyję dziewki i natychmiast ją unieszkodliwi. Gdyby mu się taka sztuczka udała, pierwszy miałby do niej prawo.

Dziewczyna stała chwilę nieruchomo, jakby oszołomiona bezczelnością natrętów. Nie zamierzała wcale uciekać. Pozwoliła im podejść na odległość kilku kroków i wtedy podjęła decyzję. Uniosła obie ręce do góry i wykrzyczała jakieś niezrozumiałe słowa. Potem uczyniła gest, jakby coś odpychała od siebie.

Pomiędzy nią a obcymi wyrósł nagle szarawy tuman. Kamienie, od źródlanego żwiru po niewielkie otoczaki, oderwały się od ziemi wraz z garściami piachu i runęły gęstą chmurą, zagarniając po drodze rozdrażnione owady. Wszystko to spadło na trzech napastników, siekąc, kłując, żądląc i oślepiając. Stanęli jak wryci, zasłaniając oczy. Drobne, lecz bolesne i dokuczliwe skaleczenia wytrąciły ich z równowagi i pomieszały szyk.

Job twoju mać! – ryknął Wania.

Zerwał błazeńską czapkę i rzucił się na oślep do przodu, wywijając okutą pałką. Rozjuszony i zbity z tropu, zapomniał o cielesnych rozkoszach, gotów w tej chwili zmiażdżyć czaszkę wrażej wiedźmy. Żadna baba tak go jeszcze nie upokorzyła, jak ta dzikuska. Musiała za to zapłacić. Do czorta z kniaziem, najważniejszy honor mołojca.

Za późno zorientował się, że nie może liczyć na swoich kamratów, a dziewczyny nie ma już w miejscu, gdzie stała uprzednio. Rozejrzał się, zdumiony.

Leśna panna znajdowała się kilkanaście kroków dalej, po drugiej stronie strumienia, w cienistej głębi uroczyska, gdzie zaczynało się grząskie bagno. Wabiła ku sobie Iwana gestem ręki, uśmiechając się jadowicie. Zbój znowu ryknął wściekle, miotając najgorsze przekleństwa i popędził w jej stronę, rozpryskując wody potoku. Wówczas dziewczyna podniosła do ust lewą dłoń i gwizdnęła przeraźliwie na palcach. Odpowiedzią był jęk furkoczącej strzały, która nadleciała nie wiadomo skąd i wbiła się głęboko w udo siłacza. Nie zatrzymała go, podobnie jak następna, która ugodziła potężne ramię. Brnął zapamiętale za umykającą wiedźmą, która przeskakiwała zgrabnie z kępki na kępkę.

Zaskoczeni kontratakiem zwiadowcy rozpierzchli się jak plewy miotane wiatrem. Każdy myślał tylko o swoim brudnym zadku.

Dima uskoczył w bok przed magicznym tumanem i lekko tylko pokiereszowany, przetoczył się po trawie, cudem unikając strzały, która wbiła się tuż obok niego.

Hospody, pomiłuj! – stęknął.

Wiedział, że Dobry Boh mu nie pomoże, jeśli sam tego nie uczyni. Kilkoma szybkimi susami dotarł pod ścianę lasu. Niewiele myśląc, wetknął bicz za pasek i zaczął kicać jak zając po węźlastych korzeniach, próbując dosięgnąć grubych, zwieszających się ku ziemi gałęzi. Nie wpadł na to, że dotarcie na szczyt drzewa wcale nie gwarantuje ratunku. Działał bezrozumnie, gnany obłędnym lękiem. Nawet nie zauważył momentu, gdy gładkie, brązowe pędy owinęły się wokół jego nóg i ramion, zatrzymując w pół drogi. Znowu czary, pomyślał w panice. Z masy zieleni wyłoniły się najpierw złotawe oczy, błyszczące jak rzeczne kamyki, potem cała twarz, pokryta skomplikowanymi, meandrycznymi wzorami i  magicznymi symbolami, zwieńczona gęstą, ciemnobrązową czupryną. Napiętej do najwyższych granic świadomości złodziejaszka nie umknął fakt, że więżący go w ciasnym oplocie młodzieniec zdawał się bliźniaczym, męskim odbiciem napastowanej przez 1399553686_nihi5u_600nich dziewczyny. Wzbudziło to podwójny strach w nieszczęsnym rzezimieszku, tym bardziej, że odziany tylko w przepaskę z jeleniej skóry dziki łowca miał szeroki, muskularny tors i z pewnością był znacznie silniejszy od swojej siostry. Już po mnie, stwierdził z rezygnacją Dima. Najgorzej zadrzeć z rodziną… Postanowił jednak walczyć do końca. Tarzali się po murawie, spleceni jak para baraszkujących dzieciaków. Kiedy złodziejaszek znalazł się przez chwilę na górze, zdołał uwolnić prawą dłoń i wydobyć zwykle niezawodny kozik. Na próżno. Po chwili był znowu przygnieciony do ziemi. Ledwie zdołał zadrasnąć policzek napastnika, gdy nożyk został mu wytrącony, a dłoń zmiażdżona w żelaznym uścisku. Rzezimieszek legł bezwładnie na ziemi. Dzikus siedział na nim okrakiem. Puścił jego wijące się bezsilnie ręce i wyszarpnął biczyk zza paska ofiary. Błyskawicznie oplótł nim szyję byłego koniokrada i mocno zacisnął.

Żora słyszał szalone ryki zbójnika i charkot konającego rudzielca. Czując, że wpadli w zasadzkę, od początku postąpił najrozsądniej, dając drapaka w drugą stronę uroczyska. Jeśli tylko zdąży dopaść na jego skraj, może zdoła ocalić swój nędzny żywot… Byle tylko wydostać się z tego przeklętego lasu… Nie zdołał daleko ubiec, gdyż nagle spomiędzy wysokich traw i kłębowiska korzeni wyskoczył drugi łowca, odziany podobnie jak jego towarzysz. W odróżnieniu od tamtego miał jasne włosy i zimne, błękitne oczy. Przemyślne warkoczyki ozdabiały świeże zielone liście i pióra leśnych ptaków. U pasa miał mały toporek i parę noży dziwnego kształtu. Zastąpił drogę uciekinierowi. Zrozpaczony grajek skoczył w prawo, tamten uczynił to samo z niezwykłą szybkością i zwierzęcą gracją. Nie atakował jednak bezpośrednio, tylko wpatrywał się w przeciwnika z zachłanną ciekawością. Chyba myśli, że jestem dziewczyną, błysnęło w głowie Żory. Zdarzało mu się czasem coś takiego w kijowskich karczmach i zależało zazwyczaj od stopnia upojenia pechowego zalotnika. Była to jedna z chaotycznych refleksji, które przelatywały z prędkością spłoszonego końskiego tabunu.

Usiłował wyminąć żywą przeszkodę, tym razem od lewej strony, tak samo bezskutecznie. Skoki obu były lekkie i pełne wdzięku. To, co robili, przypominało dziwaczny taniec wojenny albo dziecięcą grę w ganianego.

Teraz tłukła mu się we łbie idiotyczna śpiewka, jaką zasłyszał od kniaziowych wojów: „Skacze po łące ćma Sudowych synów…” Zrozumiał, że nie ma dla niego ratunku. Chyba, że… Ofiaruje tamtemu, czego najbardziej pragnie. Spostrzegł bowiem, w ciągu paru gorączkowych uderzeń serca, że pożądliwe spojrzenie łowcy skupia się głównie na instrumencie, który miał przewieszony przez plecy. Wziął głęboki oddech, uklęknął i pochylił ulegle głowę, wyciągając jednocześnie przed siebie dłonie z bizantyjską lirą.

– Poddaję się – wybełkotał, z trudem obracając skołowaciałym językiem – a to mój okup.

Spoglądał w napięciu spod spadającej mu na twarz gęstej grzywy, jak tamten zbliża się nieufnym, powolnym krokiem, nie spuszczając wzroku z pięknie zdobionego, błyszczącego cacka. W końcu był już o krok i wyciągnął dłoń… Żora upuścił lirę na murawę i zadał podstępny cios otrzymanym od kniazia, ukrytym w rękawie sztyletem. Powinien utkwić pod żebrem łowcy, lecz przeciął jedynie powietrze. Jasnowłosy Sudow odchylił się zręcznie, po czym skoczył do góry. Wykręcił niesamowitego młynka w powietrzu nad pochyloną głową przeciwnika i ani się grajek obejrzał, kiedy miał go już za plecami. Nie zdążył poderwać się z kolan. Mocna dłoń chwyciła go za czuprynę i uniosła głowę. Zimne ostrze przejechało po odsłoniętej grdyce. Żora nie poczuł nawet bólu. Nigdy już nie miał się dowiedzieć, czy jasnowłosy rzeczywiście darowałby mu życie, gdyby dobrowolnie obdarował go cennym instrumentem. Opadł miękko bokiem na trawę, a w jego szeroko rozwartych oczach odbijało się dwóch Sudowych synów, skaczących w stronę najstarszego zwiadowcy.

Wania tonął, zanurzony w bagnie po pas, lecz nadal żył. Usiłował  się wydobyć z wsysającej go coraz bardziej topieli, czepiając kępek przegniłej trawy, lecz każdy ruch pogrążał go coraz bardziej. Młoda wiedźma drażniła się z nim dodatkowo, mówiąc coś drwiąco i ciskając drobnymi kamykami. Zbójnik lżył wroga najgorszymi słowami, oganiając się potężną buławą. Postanowił drogo sprzedać swe życie. Istotnie, nie sposób się było do niego zbliżyć, dopóki miał oręż w dłoni. Leśni ludzie nie mieli jednak takiego zamiaru. Nadbiegł ten, który wyglądał na brata dziewczyny i rzucił jej pięknie rzeźbiony łuk oraz skórzany kołczan. Bez namysłu napięła cięciwę i założyła długą, zielonkawo barwioną strzałę z białośnieżnymi lotkami. Wania zmartwiał, pewny, że zaraz z nim skończy. Przymknął powieki, usiłując przypomnieć sobie jakąś modlitwę. Strzała jednak świsnęła mu koło ucha, zahaczając tylko niegroźnie kościanym grotem kosmaty policzek. Zbój zaśmiał się złośliwie.

– Widzisz, Sudowa suko? – wychrypiał. – Nie potrafisz ustrzelić  mołojca!

Zwęziła powieki i uśmiechnęła się paskudnie. Zrozumiał, że tylko się z nim bawi. Grząskie błoto oblepiało już jego pierś i wiedział, że nie ma nadziei, nawet gdyby dzikusy postanowiły nie zabijać go własnoręcznie. Tymczasem podszedł drugi, jasnowłosy łowca i powiedział coś do przyjaciół, unosząc  triumfalnie zdobyczną lirę. Przejechał palcami po strunach i wyszczerzył się z zadowolenia. Potem wręczył uprzejmym gestem dziewczynie mały toporek. Zaśmiała się w głos, oddała bratu łuk i zamierzyła się nową bronią.  Wania czuł, jak śmiertelny chłód ogarnia go od pięt po czubki włosów. Spoglądał po chwili z niedowierzaniem na swoją równo uciętą w nadgarstku, tryskającą posoką rękę i pogrążającą się w bagnie prawicę, zaciśniętą kurczowo na okutej pałce. Zdołał jednak chwycić lewą dłonią okrwawiony toporek. Jasnowłosy znowu powiedział coś wesoło i wyjął zza paska dwa dziwne noże z rękojeściami oplecionymi grubym powrozem. Podał je przyjaciółce, ta zaś lekko przykucnęła, zmierzyła wzrokiem cel i cisnęła równocześnie bliźniacze ostrza z obu dłoni.

Wania miał wrażenie, że dwa ostre słoneczne promienie przebiły się przez gęste korony drzew i poraziły mu oczy. Chwilę potem wszystko zalała ciemność.

Nie usłyszał ich zwycięskich okrzyków, nie zobaczył, jak się ściskają i poklepują po plecach. Potem Synowie Drzew w cichym skupieniu pozbierali strzały i odarli bezgłowe trupy ze wszystkiego, co miało dla nich jakąś wartość. Ucięte czerepy zabrali ze sobą, ciała pozostawili w darze Matce Wilczycy i innym leśnym stworzeniom. Nie uważali się za okrutnych. Intruzi naruszyli dębowy mir i ponieśli zasłużoną karę. Sposób wabienia „na rusałkę” okazał się jak zwykle skuteczny. Niefortunni zwiadowcy nie byli pierwszymi mężczyznami, którzy stracili głowy dla pięknej kobiety.

.

Witold Jabłoński

 Kliknij, aby zamówić książkę

 

Komentarze