Nie słuchając dłużej jej starczych gderań, czym prędzej zrzuciłam lamparcią skórę, w którą wciąż byłam owinięta, po czym chwyciłam podane mi lniane prześcieradło i pobiegłam we wskazanym kierunku, z nadzieją, że nie spotkam po drodze żadnego mężczyzny, choćby to miał być nawet sam król Aleksander Molossos.

Grottger_PhryneGodzinę później, odświeżona, uczesana i odziana w najlepszą suknię zostałam wpuszczona do sypialni królowej Olimpias. Piastunka uprzedzała mnie, żebym uważała, by nie nadepnąć na któregoś z pełzających po posadzce ulubieńców władczyni, patrzyłam więc skromnie pod nogi, przekraczając próg ciemnej komnaty. Dopiero gdy Omfale wprowadziła mnie do dyskretnej niszy za grubą zasłoną, odważyłam się podnieść oczy, by ujrzeć w całej okazałości wygnaną monarchinię.

Padał na nią z góry snop słonecznego blasku, wpadający z umieszczonego wysoko pod sufitem, okrągłego okna. Promienie, igrające migotliwie na diamentowym diademie w kształcie rogatego półksiężyca, wpiętego w kunsztownie upiętą koronę włosów, o ton jaśniejszych niż loki jej syna, tworzyły wokół jej głowy złocistą aureolę. Odziana była w purpurową, pięknie wyszywaną suknię. Siedziała na krześle z wysokim, rzeźbionym oparciem, hieratycznie wspierając dłonie na podłokietnikach w kształcie sfinksów, jakby były poręczami tronu. U jej stóp wił się zielonkawy wąż z zygzakowatym wzorem na grzbiecie. Miałam nadzieję, że kły jadowe zostały usunięte.

Spod wysokiego, godnego wojowniczej Pallady, pięknie sklepionego czoła, patrzyły na mnie wielkie, szaroniebieskie oczy, przenikliwe, mądre, palące. Nie było w nich chłodu, cechującego Aleksandra, a jednak wzbudzały respekt i mimowolny lęk. Wspomniawszy jej wczorajsze zachowanie podczas górskiego rytuału, pomyślałam, że pod tą posągową, wyniosłą powłoką kryje się druga Olimpias: kapłanka z Wyspy Tajemnic, folgująca czasem w imię boże nieokiełznanym żądzom. Nie chodziło jednak o zwykłe, kobiece porywy uczuć. Domyślałam się, że obecnie przepełniały jej duszę dwie namiętności: pragnienie odzyskania władzy i zapewnienia tronu dla ukochanego potomka. Nie zaznawszy nigdy cierpień ani radości macierzyństwa, z trudem mogłam wyobrazić sobie, co czuje kobieta, dla której syn stał się najważniejszą treścią jej życia. Starałam się to jednak zrozumieć i byłam gotowa przysłużyć się z całego serca wspaniałej matce półboga.

Wychwyciwszy moje lękliwe spojrzenie, skierowane na żmiję, zaśmiała się dosyć życzliwie.

– Nie bój się, moja droga – rzekła uspakajającym tonem. – Medea jest jak wierny pies: kąsa tylko tych, których jej wskażę. Sama zresztą wyczuwa wroga na milę. Widzę, że także lubisz owe rozumne stworzenia – dodała, zerkając na bransoletę w kształcie potrójnie skręconego gada na moim ramieniu – na pewno się więc dogadamy. Przede wszystkim nie należy się bać. Strach zatruwa serce i zabija duszę, jak mówi Apollonios. Podejdź bliżej, niech ci się przyjrzę – zachęciła, przyzywając gestem.

Komentarze