Uczyniłam to, z trudem powściągając drżenie kolan. Ta niezwykła kobieta onieśmielała mnie, chociaż była w tym momencie tylko wypędzoną w niełasce małżonką. Omfale miała rację, określając jej charakter: była przede wszystkim twarda i niezłomna. Stara wiedźma porównała ją do dębiny, ja jednak uznałam, że jej serce musi przypominać lekko przyćmiony, górski kryształ. Pod jej badawczym spojrzeniem czułam się naga, jak podczas sądu przed areopagiem.
– Mój syn twierdził, że jesteś do mnie podobna – podjęła po chwili Olimpias. – Istotnie, tak mogłam wyglądać przed dziewiętnastu laty, kiedy Filip zobaczył mnie tańczącą z wężami na Samotrace… Pewnie dzisiaj przeklina tamten dzień – mruknęła z nieskrywaną goryczą. – Masz jednak w sobie więcej ciepła, gdyż jesteś prawdziwą kapłanką Afrodyty. Mnie zawsze bliższe były Hera albo Atena… Wielu mężczyzn zabiegało w Atenach o twoje względy? – spytała, zaciekawiona.
– Tak, pani – odparłam, unosząc głowę w nagłym porywie dumy. – Nie będę ukrywała, że miałam w swoim łożu wszystkich liczących się Ateńczyków. Oprócz niezguły Demostenesa, który tylko gadać potrafi, a także wiecznie brudnego i zapchlonego Diogenesa – wyjaśniłam, wstrząsając się mimowolnie ze wstrętu.
Królowa zaśmiała się wesoło, ukazując najpiękniejsze w świecie zęby, zachowane w całości, chociaż wkraczała już w wiek przekwitania. Czas jednak zdawał się jej nie imać. Duma i poczucie władzy nad wieloma ludźmi doskonale pielęgnowały jej północną urodę.
– Naprawdę jesteś czarująca – stwierdziła. – Rozbrajająca w swej pozornie naiwnej szczerości. Nic dziwnego, że mężczyźni szaleją za tobą. Dziwię się zatem, że mój syn nie zechciał poznać cię bliżej, zamiast, jak Pigmalion, zakochiwać się jedynie w twym rzeźbionym wizerunku… – zawiesiła głos znacząco.
Tą pozornie lekko rzuconą uwagą wprowadziła nas obie na grząski grunt. Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią, nie chcąc zranić serca monarchini. Wreszcie zaczęłam nieśmiało:
– Twój syn, pani, jest wspaniałym, obiecującym młodzieńcem i nosi na czole iskrę boskiego geniusza…
– Ty także to dostrzegłaś – wtrąciła Olimpias, rozpromieniona matczyną satysfakcją.
– Oczywiście – zapewniłam. – Właśnie dlatego jednak zachowuje się odmiennie niż zwykli ludzie. Jak zauważyła jedna z
mych przyjaciółek, służy raczej Aresowi niż Afrodycie. Woli szczęk wojennego oręża i uścisk mocnych ramion towarzysza broni, aniżeli miękkość kobiecego łona i słodkie więzy czułości… Jest jednak wciąż jeszcze bardzo młody. Bawi się w wojnę jak chłopiec. Mężczyźni, jak wiadomo, dojrzewają później niż my. Jestem pewna, że w końcu znajdzie odpowiednią kobietę, która w jakimś stopniu będzie przypominała… ciebie – dokończyłam z wahaniem, niepewna, czy ją tymi słowami pocieszę, czy też rozdrażnię.
Królowa przestała się uśmiechać i zasępiła nagle. Chwilę dumała nad czymś, przy czym pogłębiła się pionowa zmarszczka, przecinająca jej czoło, wreszcie powiedziała z namysłem:


