Ale – nad Bieszczadami ściele się zimowy zmierzch. Są słodkie lata 80-te, koksowniki ledwo wygaszone. Budka Suflera najęła trzeciorzędnego śpiewaka z przesterowanym wokalem i on rzęzi „Jolka, Jolka” i że „czarodziejka gorzałka” coś tam.  A ja, idiota, wspinam się do schroniska, co nigdy jeszcze nie byłem. Idiota, bo się ściemnia, znaków na drzewach już nie widać, a jeszcze – pamiętajmy – wilki. I nagle – scena z Disneya: porzucona w lesie Śnieżka widzi chatkę. Takoż ja. Stukam, nic. Naciskam klamkę, puściła.

W izbie zniszczona życiem kobieta chrapie złożywszy skołataną głowę na prostym, z lekka tylko posuniętym heblem stole. Nieśmiało budzę i z bliskiej odległości rozeznaję przyczynę tak uporczywego snu wczesnym wieczorem. Kobieta podnosi głowę, widzi turystę i oświadcza, że zabrakło jej na cukier. Ziemniaki, to owszem, ale cukru nie dali w Lutowiskach nawet spod lady. Bo tyle, co na kartki, to o kant dupy… Przerywam oświadczenie i pytam o drogę do schroniska. Kobieta ma jednak żyłkę bussineswoman i oświadcza wzgardliwie, że ona mi pokaże drogę do schroniska, ale jak dam na cukier. Czuję się postawiony pod ścianą, ale tu zmierzch i wilki. Uiściłem. Zmięła banknot szybkim ruchem i udała się na poszukiwanie kartki i ołówka. Trochę to trwało (przypominam, zmierzch się pogłębia, napięcie rośnie), widać nieczęsto były one w robocie. Rzuciła kartkę na blat i narysowała dwie kreski. Pięciocentymetrowe, w miarę równoległe. Wskazała na pierwsza kreskę i mówi: „- Niech pan nie idzie tędy.” Wskazała na drugą i mówi: „- Niech pan idzie tędy.” Po czym, znużona tym wyczerpującym wykładem, złożyła głowę na ledwo heblowane dechy i popłynęło rzęsiste chrapanie.

Nie powiedziałem „Do widzenia”. Ale nie z braku dobrego wychowania, lecz z poczucia realizmu. I dawaj schodzić z gór w doliny.

Jakaś wioska, ciemno, nie sprawdzę na mapie. Z okien sączy się mdłe światło. Zapewne lampy naftowe, bo zarządzono „planowe wyłączenia”. Aż tu nagle ostry błysk. Drugi raz tego wieczoru poczułem się jak bohaterka Disneya. Walę tam, gdzie światło zwycięża nad mrokiem. Okazuje się, że gospodarz odpalił traktor, tak sprytnie podjechał, żeby reflektory rzucały snop na wejście do ziemianki. Widać, że miał to opalcowane. Podchodzę i grzecznie pytam, gdzie tu przystanek autobusowy, bo muszę się wydostać. Gospodarz doświadcza ambiwalencji.

Na moje pytanie reaguje śmiechem, a potem zwykłym, bieszczadzkim wkurwem. Że, mianowicie, czego ja tu, kurwa, szukam po nocy i szpicluję?! Spokojnie wyjaśniam, co i jak. Udobruchał się, a potem dalej – w śmiech. Okazuje się z mojej naiwności. „- Dziś pan nigdzie nie pojedzie w całych Bieszczadach.” „- Dlaczego?” „- Bo była wypłata w Lutowiskach. Bieszczady pijane w cztery dupy.” Ale on nie jest głupi, z tym kartkowym przydziałem, co go uzyskał za wypalanie węgla drzewnego, to on zaczeka. Bo on tu jeszcze ma… I ukazuje się w drzwiach ziemianki z dwoma potężnymi kanistrami. Jeden wręcza mnie, wolną ręką gasi traktor i prosi w gości. Skwapliwie korzystam.

W chałupie komplet, bo, okazuje się, stacjonują tu na kwaterze różni (po wyrokach, a nawet i nie, niektórzy; wszyscy po barwnych epizodach). Gospodarz wyjaśnia, że ja to żaden kapuś. A wiadomo, jak posterunek w Lutowiskach zaliczy niewykon planu i „emo”  jest zagrożone w kwestii premii kwartalnej, to dostaje regularnego zajoba. I puszcza się na wioskę. Idzie od komórki do komórki, od ziemianki do ziemianki, od obórki do obórki. Wygarnia po kolei, masakruje sprzęt, nie patrzy. Bo przecież premia! Spisuje protokół, po miesiącu – wezwanie na kolegium. Ale jak choć by do tego kolegium doczekać tak o suchym pysku? Więc pełna ostrożność, nieufność wobec obcych – jak najbardziej.

Ale tym razem stany alarmowe to tylko na Sanie pod Przemyślem. Można ziemiankowe rozprowadzać. Z kanistra – od razu do grubo rżniętych szklanek. Stakanczików. Bez zbędnych pośredników – ostatecznie: złota zasada biznesu.

Ja wówczas nie piłem wcale. Alkohol nie był mi do niczego potrzebny, nic w życiu nie załatwiał. Bo później… Ale to temat na inna opowieść. Ale pod naciskiem sytuacji i rytuału zamknąłem oczy i przechyliłem spory wolumen. Cóż, płyn jak każdy… Nie miałem racji! To, co spłynęło w mój abstynencki przełyk, było jak lawa z Etny, jak spust z pieca martenowskiego. Pełny wytrzeszcz, utrata mowy i brak oddechu. Na odległość pół minuty. Później byłem ostrożniejszy. Zwłaszcza, że słuch nie zaszwankował i zacząłem wychwytywać opowieści tych od wypalania węgla. To były numery! Gdyby Hłasko ze Stachurą odsłuchali bodaj część tego repertuaru, pocięliby się z zazdrości. Rififi na kasę spółdzielczą, nikczemność kobiet i szczegóły przecwelania pod celą fruwały w powietrzu. Gdy nad Bieszczadami rozsnuł się pierwszy świt, poczułem nowy rodzaj pragnienia. Wody!!! Zebrałem klamoty. Na podwórzu stał gospodarz – w pozie niedbałej. Pytam o studnię, czy coś… Studni nie ma, wodę czerpią z potoku. Ale nie dziś. „- Dlaczego? – Bo w nocy spadł deszcz.”

Macham, ręką, idę za chałupę, skąd dochodzi szum strumienia. Na brzegu klęczy z pięciu konsumentów, którzy, najwidoczniej mają dylemat. Bo oto strumień to nie jest woda, to jest breja. Rozbełtana w wodzie glina i piach. A pić się chce. Więc oni zanurzają mordy w strudze, coś tam łykają, po czym wyrzygują ze wstrętem. Ale pić się chce. Więc znów pochylają łby nad wodopojem, znowu chłepczą i rzygają. A nad okolicą niesie się donośne: „-  O żesz ty, kurwa! Kurwa!!!”. Zmierziło mnie.

Nie zdecydowałem się dołączyć do poborców wody bieżącej. Idę w kierunku przystanku autobusowego. Siąpi deszczyk. Podnoszę głowę, otwieram gębę, żeby jak najwięcej kropli w nią wpadało. W głowie odwija mi się taśma: „Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas, meta była o dwa kroki stąd…” Emigrowałem.

.

Wiesław Kot

Komentarze