FB_zielony_2

No to mamy Zielony Tydzień. Wszystko fajnie – są artykuły o różnych zielskach, przyprawach, marihuanach, aloesach, przepisy przeróżne… Skoro tak to i Wielkiego Świata nie mogło zabraknąć. Tym razem, z powodu zieleni, Wielki Blat, Irlandzki Świat. Ostatecznie Irlandia jest nazywana Zieloną Wyspą.

Swojego czasu znajomy mój, ten sam z Wietnamu, mieszkał w Dublinie i tam wypracowywał irlandzkie PKB. Polsce śmierdział bo wykształcenie nie takie i dlaczego nie kładzie płytek, do kościółka nie chodzi itd. W Irlandii przyjęli go z otwartymi ramionami, pracę niezłą dali i jeszcze mieszkaniem poczęstowali. A że dobre piwko nie jest złe, to i do Guinnessika się człek poczciwy przyzwyczaił.

Irlandzki blat sylwestrowy

1363578_66634601Roku Pańskiego 2009 wybrałem się w odwiedziny do Dublina i to jeszcze w Sylwestra. Miasto przepiękne,  zwiedzałem całymi dniami i nawet sobie płaszczyk po 70% przecenie kupiłem, który z powodów finansowych do dziś noszę, wbrew zaleceniom narzeczonej, siostry i matki. Taki już ze mnie odważny, wręcz szalony, junak.

Najważniejszym punktem programu był oczywiście sam Sylwester. Rozpoczęliśmy go w małym pubie niedaleko O’Connell Street. Miało się już ku wieczorowi, a my zmęczenie wracaliśmy akurat z miejsca gdzie powstawała „water of life” – jak to nazwał kierowca dublińskiego busa, czyli z „fabryki” Jamesona. Siłą rzeczy, takie podróże kształcą i męczą w pewien określony sposób.

Wypoczęliśmy przy kilku Guinnessikach i hopla w przepaść taneczną. Od razu pomyślałem sobie, że irlandzki blat rzadko bywa całkiem trzeźwy, ale z pewnością ciągle jest radosny i uśmiechnięty. Sam nie wiem jak to się stało, ale porwani blatem próbowaliśmy wmówić dwóm dziewczynom przy barze, że pochodzimy z Nowej Zelandii (nie mam pojęcia dlaczego, kolega też nie), potem tańczyliśmy z Niemkami (to już zupełnie strzał do własnej bramki), a skończyliśmy uczestnicząc wraz z mnóstwem ludzi w tańczeniu pociągu – pierwszy klasyczny, drugi indiański (różnica polega na tym, że trzeba mocno gibać się na boki i robić „uauauauauua”; mała siekierka od czasu do czasu też nie zaszkodzi).

Gdy już nas wyrzucili z tego uroczego baru poszliśmy pewni przed siebie szukać kolejnych wrażeń!

Akcent hinduski

841458_93988571Maszerowaliśmy przed siebie w poszukiwaniu kolejnego wodopoju i udało nam się znaleźć takiż na samej głównej arterii. Budynek wielki, brudny, z środka dobiega głośna muzyka typu niesprecyzowanego, wrzaski i światła – wspaniałe miejsce dla nas.

Pan bramkarz jakiś taki mały i w dodatku z wąsikiem typu lata 20te. Wchodzimy do środka i od razu do baru. Barman hindus co się zowie. Mówimy mu, że piwko i wódeczkę, a on „nie”. My na siebie i „co nie”! Jednak w pewnej chwili kolega powstrzymuje moją perswazję słowną (jak wiadomo dozwoloną) i wskazuje, że wokół wszystkie spojrzenia w nas wbite, jakbyśmy co najmniej trędowaci byli. Oczęta w nas wpatrzone jak się okazało – same hinduskie.

Trochę się niepewnie zrobiło, zatem postanowiliśmy przeksenofobić się do drugiego pubu, który znajdował się na piętrze wyżej. Wchodzimy, a tu to samo – bezruch i spojrzenia, coraz bardziej poirytowane. No to my na trzecie, bo przecież musi być jakiś limit liczby hindusów w jednym budynku, który dzieli się na trzy puby.

Niestety i na trzecim to samo. W dodatku im wyżej, tym więksi hindusi, mniej panienek, więcej skór i tatuaży. Nie byliśmy pewni co robić i płynęliśmy w samo sedno tej ławicy niesieni siłą rozpędu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że idzie mi się o wiele lżej niż przedtem – ktoś podał mi pomocną rękę i wziął pod ramię. Był to bardzo duży pan w skórze, podkoszulku typu „Żar tropików” i pewnym siebie, kwadratowym wyrazie twarzy.

Mój nowy kolega był na tyle łaskaw, że odstawił mnie przy drzwiach z drugiej strony sali. Mojemu znajomemu oddano podobną przysługę. Koledzy byli na tyle uprzejmi, że otworzyli nam drzwi i wskazali, że warto przejść się w dół tylną klatką schodową.

Skorzystaliśmy z tej wskazówki nie bez pewnego niepokoju. Choć klatka była dość prosta (prowadziła w dół), panowie zdecydowali się nam towarzyszyć. Co jakiś czas zachęcali nas szczeknięciami w nieznanym nam języku oraz zamaszystymi gestami, które akurat bardzo dobrze rozumieliśmy.

W końcu dotarliśmy na sam dół. Tym razem nikt nie spieszył, żeby otworzyć nam drzwi. Trochę się obawialiśmy, że może między nami dojść do kontaktu fizycznego, ale całe szczęścia panowie jedynie trochę pokrzyczeli, pogrozili pięściami i walnęli drzwiami na do widzenia.

Wcale się nie baliśmy!

Blat romantyczny niczym z holiwódzkiego filmidła

641934_93646490To jednak wszystko było małe piwo. Trochę poruszeni całym zajściem, wyruszyliśmy do Temple Baru – w nadziei na znalezienie tam miejsca pomimo późnej pory. No i tu pojawił się kolejny, mały problem…

Tak sobie stoimy z piwkiem w środku, zastanawiamy się co jest grane, a tu nagle WON – wszyscy wychodzić z środka. Przytomnie mówię koledze, że ja jeszcze do ubikacji zanim wyjdziemy, bo potem może być problem.

Tu muszę się na chwilę zatrzymać. Mój znajomy ma taką dziwną cechę, że jak napełni mu się zbiorniczek to nagle jakoś tak… znika. W sensie: idzie do domu. Normalnie to dusza towarzystwa, ale jak zbiornik się napełni – wychodzi po angielsku i na autopilocie zmierza do miejsca zamieszkania.

Wychodzę z pubu, a mój kolega właśnie to zrobił. Nigdzie go nie ma, a ja już wiedziałem, że nie ma sensu go szukać. Już i tak go nie dogonię. Zwłaszcza, że była to moja trzecia noc w tym mieście i do tej pory opanował kilka podstawowych tras, ale ta do niej nie należała. W dodatku, pomimo tego, że kolega mieszkał w Dublinie już 6 miesiąc wziął ze sobą mapę. Przezorny zawsze ubezpieczony…

 

.

Jakub Napoleon Gajdziński

Komentarze