Tak mi się kiedyś złożyło, że gdy będąc znacznie młodszym niźli teraz jestem, wstąpiłem do Zakonu. I to nie byle jakiego! Był to bowiem zakon, który w historii zapisał się na tyle sprzecznych ze sobą sposobów, że trudno jedne z drugimi połączyć. Z jednej strony obdarzył świat chrześcijański myślą filozoficzną, która wpłynęła na zmianę patrzenia na otaczającą rzeczywistość, a z drugiej z dumą przewodził działaniom Świętej Inkwizycji. Do dziś zresztą mam w swojej biblioteczce dzieło autorstwa dominikanina Bernarda Gui, jednej z głównych postaci „Imienia Róży” Umberto Eco pt. „Księga Inkwizycji. Podręcznik napisany przez Bernarda Gui”. Dalekie echo „Malleus Maleficarum” – „Młota na czarownice” rzeczywiście napisanej przez dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera. No, ale nie o inkwizycji miała być mowa.
Przypomniało mi się kilka ciekawych sytuacji które, moim skromnym zdaniem, warto wspomnieć. Proszę się nie martwić długo nie będzie, a postaram się, żeby było choć trochę zabawnie.
Ojciec ekonom
Pewnego razu, gdy byłem w nowicjacie (w którym zresztą, ku mojemu własnemu zadowoleniu i niezadowoleniu ojca magistra zrezygnowałem) i przyszła zima, ze zgrozą odkryliśmy z resztą braci, że najwyższe piętro naszego klasztoru nie jest ogrzewane. Z pewnością w ogóle by nas to nie ruszyło, gdyby nie fakt, że tam właśnie mieszkaliśmy. Po kilku dniach, które każdy gorliwie przeznaczał na umartwianie się za wszelkie możliwe grzechy świata (które jednak są skończone) wybraliśmy się do ojca ekonoma.
Sympatyczny i zawsze uśmiechnięty ojciec ekonom to bardzo ważna postać w klasztorze. Jeśli, biorąc analogię małżeństwa, uznamy przeora za ojca to ekonom jest matką. Nasz był, jak już wspomniałem, bardzo szczęśliwym i zadowolonym mężczyzną w kwiecie wieku. Nigdy zbyt długo z nim nie rozmawialiśmy, ale zawsze wydawał się wszystkim jednym z najmilszych braci w całym zimnym i obcym klasztorze.
W dodatku nigdy nie doszły nas żadne plotki odnośnie konfliktów ojca ekonoma z kimkolwiek. To już brzmiało dość dziwnie, no bo miłym to być można, ale bez konfliktów? Trzeba sobie wyobrazić 50 chłopów w jednym, niedużym budynku, którzy żyją w spokoju. Tak, właśnie o to chodzi. Nie da się bez konfliktów!
Pewnego dnia okazało się, że to my mamy konflikt z ojcem ekonomem. On zarządzał pieniędzmi i decydował o tym co jest ogrzewane, a co nie. Wszystko fajnie, ale temperatura niska, nikt spać nie może i zaczynają się pojawiać nerwy. Mi rodzice za zgodą ojca magistra przysłali koc – wszyscy patrzyli z wyrzutem, gdy wnosiłem go do swojej celi. Przeglądałem się w tych spojrzeniach zupełnie jakbym oglądał biedne głodne dzieci wyciągające rączki po coś do jedzenia.
Bracia nowicjusze kontratakują
W końcu, gdy skończyły się grzechy za które się umartwialiśmy, postanowiliśmy iść do ekonoma. Dla większego efektu poszliśmy wszyscy, cała 14-tka. Przygotowaliśmy plan rozmowy, wyznaczyliśmy mówiącego i do dzieła! Zeszliśmy nabuzowani do jego celi-biura i śmiało zapukaliśmy.
– Ave! – usłyszeliśmy i z impetem wlaliśmy się do niewielkiego pomieszczenia.
– Ave! – walnęliśmy chórem, po czym zapadła cisza.
– Słucham – powiedział ojciec ekonom – czym mogę braciom służyć?
Znowu cisza. W końcu, gdy zaczynało się robić głupio i wciąż nikt nic nie mówił wystąpiłem przed szereg i jak głupi w te słowa:
– Proszę ojca, na naszym piętrze jest zimno! – zawołałem.
Ojciec zdjął okulary, odchylił się w wygodnym skórzanym fotelu o którym każdy z nas mógł zaledwie pomarzyć i po chwili napięcia rzekł:
– Drodzy bracia – zaczął uroczyście – jest zimna… to jest zimno. Ave.
Pamiętam, że wracając po schodach do siebie nikt nie mruknął ani jednego słowa. Wszyscy wróciliśmy do swoich zimnych jak lód cel, a ja z niedowierzaniem kręciłem głową chowając się pod mój nowy, bardzo ciepły koc.
Jedzenie klasztorne
Posiłki spożywaliśmy zawsze w refektarzu, który był podzielony na dwie ławy. Przy jednej siedzieli ojcowie, a nam jakoś wszystkim się wydawało, że tam zawsze to lepsze jedzenie wędruje. Przy drugiej my, gdzie na jedzenie też nie narzekaliśmy bo nie było wolno.
Dwóch z nas nie jadło tylko przynosiło dania z kuchni i zabierało brudne talerze. Jeden w kącie refektarza przez cały czas czytał Pismo Święte. Naszym zadaniem było udawać, że słuchamy tego co on mamrocze pod nosem. Również zadanie nie do wykonania. Już tłumaczę dlaczego!
W klasztorze człowiek żyje trochę bliżej natury. Rozmawiać? Nie wolno. Czytać książek traktujących o rozrywce nie wolno. Nie można oglądać telewizji ani grać na komputerze. Wychodzić można tylko do kościoła lub posprzątać podwórze. Wszystko otoczone wysokimi murami, przepraszam „krużgankami”. Można za to spać, brać prysznic i jeść. Wszystko oczywiście w umiarze. Już po drugim tygodniu w zamknięciu człowiek zaczyna odczuwać jak bardzo to wszystko istotne. Po miesiącu są to jedyne przyjemności jakie w życiu pozostały.
Modus vivendi
Powiem tak: wstawałem rano o 5:30 i pierwsza moja myśl, pełna strachu i zgrozy była taka: „matko co będzie na śniadanie? Co ze śniadaniem?”. Po krótkiej chwili daremnego uspokajania gnałem do łazienki bo już drugi dzwonek. Właściwie to wszyscy robili tak samo: pierwszy był traktowany jako dzwonek symboliczny, który pozwala zasnąć na kolejne 5 minut – wtedy na wagę złota.
W łazience tłum bo jedna na całe piętro. Cicho trzeba być bo ojciec submagister chodzi po korytarzy i jak usłyszy, że ktoś coś powiedział to dostaje się pokutę i krótka chwila przyjemności: spanie, prysznic czy jedzenie może odejść bezpowrotnie. Wyroków ojców magistrów nie mógł zmienić nawet sam Bóg. Potem powrót do celi, przebieranie w habit i biegiem do kaplicy (za spóźnienie też była pokuta).
Stoję sobie w stellach, ojcowie się zjawiają (oni mogą się spóźniać, albo w ogóle nie przychodzić). Zaczynamy poranne śpiewy, które trwają około pół godziny. Śpiewam po polsku i po łacinie, ale tak naprawdę myślę tylko o jednym: co z tym śniadaniem? A jak będzie jakieś niedobre? Cholera dziś chyba brat Maciej robi śniadanie, a on zawsze robi jakieś głupoty zamiast szynki, sera i chleba dać. Tylko nie płatki, błagam! I tak dalej, przez całe śpiewy, marsze i tym podobne.
W końcu wszystko się kończy. Ojcowie wychodzą, a my stoimy i czekamy. Dopiero potem zejście i ukłon, ale wszyscy tak naprawdę myślą o jedzeniu. Tylko i wyłącznie o jedzeniu. Nerwowe spojrzenia, pot na czołach i biegiem do refektarza.
Ok, śniadanie do zjedzenia!
Najważniejszy moment dnia: obiad
Po śniadaniu szybko na zajęcia, ale prawda taka, że przed książką wysiedzieć się nie da, ani tym bardziej rozmawiać z ojcem prowadzącym zajęcia. Co on tam chce? Teraz nie ma czasu myśleć o głupotach. A co jeśli przestanę wyobrażać sobie najważniejszy punkt dnia, czyli obiad? Jak przestanę być czujny, choćby na małą chwilkę, to może się okazać, że ktoś mnie uprzedzi, coś niedobrego zrobią, albo schrzanią znowu obiad jak w zeszły czwartek i co wtedy?
Trzeba zrozumieć, że zakonne obiady nie są po to by by najedzonym. Służą temu byś nie odjechał z głodu. Stąd ich bardzo wysoka pozycja w mojej hierarchii.
Przed obiadem znowu modlitwy i wtedy to już nerwy sięgają zenitu. 30 – 40 chłopów siedzi w jednym pomieszczeniu, wpatruje się w jeden punkt (adoracja) i myśli o jednym: co do cholery będzie na obiad?! No może od czasu do czasu człowiek rozejrzy się po twarzach braci i szuka jakiegoś pocieszenia, utwierdzenia w tym, że będzie coś smacznego. Czy brat Kamil nie był w kuchni czyścić podłóg? Może coś wie? Nie, kręci głową, że nic nie wie. A może ojciec Norbert? On zawsze się podkrada i sprawdza, ale niestety nie, też nic nie wie. No to zaczyna robić się naprawdę nerwowo. Wtedy rzeczywiście człowiek choć przez chwile się pomodli, no bo już tylko ostatnia instancja może pomóc!
Jedzenie obiecane
Nadchodzi tak chwile, idziemy za ojcami po schodach. Pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro – nerwy sięgają zenitu. Wchodzimy i co? Wszyscy gorączkową rozglądają się po sali i… JEST! Makaron z jakimś mięsem i sosem. Szału nie ma, trochę rozgotowane, sos jakoś za bardzo się leje, ale trudno – do zjedzenia.
Nerwy ustają, pół godziny wolnego. Leniwo wleczemy się na czwarte piętro, każdy do swojej celi. W końcu się udaje! Zamykam drzwi, padam na swoje łóżko, wygodnie się układam, zamykam oczy i tylko jedna myśl zaczyna mi kołatać w głowie… co będzie na kolację?!
.
Jakub Napoleon Gajdziński



