Osiedle_Ustronie_w_Radomiu_4Bal wyraźnie przygasał. Sklepowe półki coraz bardziej świeciły pustkami, a podejmowane przez władze manewry gospodarcze nie przynosiły spodziewanych efektów. Pamiętam zakupy przed świętami wielkanocnymi w 1979 roku, gdy mama przyniosła do domu niewielki skrawek szynki i kilogram białej kiełbasy. Zdobycie tych wiktuałów okupiła blisko dziesięciogodzinnym wystawaniem w kolejce przed osiedlowym sklepem mięsnym, który mięsnym coraz bardziej stawał się tylko z nazwy. Działo się to w niewielkim wielkopolskim mieście, w stolicach województw zaopatrzenie było nieco lepsze, bo władza bała się eksplozji społecznego niezadowolenia.

Na coraz więcej towarów, nie tylko żywnościowych, trzeba było urządzać prawdziwe polowania. Polacy nauczyli się nosić przy sobie dużą gotówkę, bo w każdej chwili można było niespodziewanie trafić na przykład na lodówkę lub kolorowy telewizor „rzucony” do jakiegoś sklepu. Ale gotówka coraz częściej była koniecznym, acz niewystarczającym warunkiem zakupu. Jedna z koleżanek opowiadała, że jej matka wracając z pracy, wiedziona dziwnym przeczuciem, wstąpiła do sklepu ze sprzętem gospodarstwa domowego. Okazało się, że instynkt jej nie zawiódł, w sklepie stało jeszcze kilka pralek automatycznych. Miała przy sobie odpowiednią sumę, ale transakcja nie doszła do skutku, bo konieczne było jeszcze zaświadczenie o oddaniu do punktu skupu iluś tam kilogramów makulatury. Rozmowy o sukcesach w polowaniach na atrakcyjne towary, w tym czasie kryterium atrakcyjności stale się rozszerzało, stały się obowiązkowym punktem towarzyskich spotkań. Ktoś opowiadał, że przypadkowo kupił japoński, czternastocalowy telewizor Sony (za złotówki!), ktoś inny przebijał go cementem, na który trafił podczas wyjazdu do rodziny na wieś. Na tym tle szczęśliwcy, którzy w normalnym sklepie kupili materiał na sukienkę lub puszkę szynki Krakus, nie robili większego wrażenia.

Miesiąc przed wybuchem strajków sierpniowych pojechałem na obóz OHP do Warszawy, gdzie pracowaliśmy przy konserwacji zieleni w okolicach Placu Zamkowego, w Parku Saskim oraz trasy W-Z. Warszawa jawiła nam się jako prawdziwe eldorado – marlboro było w stałej sprzedaży, łatwe do zdobycia było piwo i importowane wino, udawało się trafić czekoladę. Na wielkopolskiej prowincji po takich rarytasach zostało już wówczas tylko wspomnienie.

W tym czasie Julian P. z Kościerzyc przysłał do telewizji sarkastyczny list. „W telewizji padło kiedyś pytanie co to jest szczęście? od tej pory zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym słowem, wzgl. nad dosłownym znaczeniem tego, jak bym to nazwał – Zbiorka_na_wolne_zwiazki_zawodowe_1980uczucia. Dziś doznałem nagle olśnienia! – oznajmiał. – Żona moja wyszła z domu i przez trzy godziny nie wracała, a z tego powodu byłem zaniepokojony. Jesteśmy oboje w wieku późnojesiennym, to usprawiedliwia nasze przewrażliwienie na nieobecność któregoś z nas. Proszę sobie wyobrazić jak bardzo byłem szczęśliwy, gdy na progu zjawiła się żona, zmęczona, ale uśmiechnięta. Rozpromieniona zawołała ale mam szczęście, patrz co ci kupiłam. Normalnie to nic tak wielkiego, bo było to 1 kg kaszy hreczanej i paczka kakao. Równocześnie z tym przeżyciem, spadł mi ciężar z serca, bo oto ten mały szczegół dał mi odpowiedź na pytanie co to jest SZCZĘŚCIE. Zrozumiałem, aby być szczęśliwym niewiele nam trzeba, wystarczy być nieszczęśliwym. A drobiazg tj. trzy godziny i kilogram kaszy z dodatkiem paczki kakao zmieni ci ten ponury świat w raj na ziemi”.

Mój przyjaciel, Błażej Nadobnik, wówczas uczeń liceum ogólnokształcącego, potrzebował rurę wydechową wraz z tłumikiem do malucha. Peregrynacja po kolejnych sklepach motoryzacyjnych w kolejnych miastach nie przyniosła rezultatów. W końcu udał się do zielonogórskiego Polmozbytu, gdzie uraczył jakiegoś sprzedawcę dramatyczną opowieścią o dziewczynie, która zaszła z nim w ciążę podczas pierwszej spędzonej wspólnie nocy, o mezaliansie, którego się dopuścił. Ogólnie – o dramacie młodego człowieka, którego wydarzenia przerosły i spychają w otchłań. „Za wiele wspólnego z rurą wydechową to nie miało, ale człowieka wzruszyło. Pamiętam swoją dumę, gdy maszerowałem ulicami Zielonej Góry z wielką rurą wydechową wystającą z plecaka – opowiadał po latach. – Nakłamałem szpetnie, ale czułem się szczęśliwy, godnym następcą zwycięzców spod Kircholmu i Wiednia”.

.

Piotr Gajdziński

Fragment biografii byłego I sekretarza KC PZPR „Gierek. Człowiek z węgla”, która ukaże się we wrześniu br. nakładem Wydawnictwa Poznańskiego

Komentarze